„Książka to nie jest karabin tylko kanapka”: Rozdzielczość Chleba i kolaboracja

Jakiś czas temu na fanpejdżu Rozdzielczości Chleba pojawił się wpis: „Ludzie uczą się powoli, że książka to nie jest karabin tylko kanapka. Trzeba dawać ją ziomkom”. Różnica jest mocna: karabin zabija i dzieli, a kanapka podtrzymuje życie i można się nią dzielić przez rozdzielanie na części.

Dlatego kanapka jest bez wędlin, ale to przecież oczywiste.

Kanapka zbudowała napięcie w nazwie wydawnictwa, a podwójność słowa „rozdzielczość” ujawnia, że mechanizmy działające we wspólnotowo postrzeganej tzw. rzeczywistości offline znakomicie sprawdzają się tam, gdzie rozdzielczość ekranu ustawia nam ogląd sprawy, czyli w tzw. rzeczywistości wirtualnej czy hiperrzeczywistości. Ta druga daje też wreszcie to, co w tzw. rzeczywistości było kwestią wiary: cuda. Oto bowiem kanapki, tomiki rozmnażają się jak chleb Chrystusowi podczas imprezki nad Jeziorem Galilejskim. Ale w nowej przestrzeni to nie cud dla ludu wywoływany mocą natchnionego przez tatusia i jego wpływy człowieka-boga, lecz powszechna – niezależnie od pozycji społecznej tatusia – możliwość kopiowania i wklejania. Elitarność urodzenia wpisana w kulturę poczyna się rozwiązywać, a nawet skłaniać ku rozwiązłości, by wodzić na pokuszenie kolejne urodzenia, często mezaliansowe.

Poezja staje się współżyciem ze wspólnotą przez nowe medium. Choćby taki wiersz Internet Leszka Onaka z I numeru „Nośnika”. Koncept jest prosty: Onak wpisuje w konwersację z Cleverbotem, najlepiej rozwiniętym językowo chatbotem (w 2011 r. niemal zdał test Turinga na człowieka), wybrane frazy utworu Allena Ginsberga America, który stanowi rodzaj poetyckiego dialogu z imperialistycznym krajem. Cleverbot odpowiada. Gdzie tu autor? Kto go natchnął? Onak niczego tu nie napisał, Onak jedynie przepisywał wersy z Ginsberga (albo – co bardziej prawdopodobne – kopiował je i wklejał) w okienka rozmowy z Cleverbotem. Drugą częścią zajął się chatbot przez wygenerowanie odpowiedzi na zadane kwestie. Onak swoim działaniem sprowokował komunikację. I tu znajduje się odmienność poezji Rozdzielczości Chleba od tradycyjnie (i strukturalistycznie, i post-) rozumianej poezji: poeci już nie piszą słów w wersy, lecz tworzą sytuacje komunikacyjne, które wyzwalają konkretną aktywność i konkretne działanie. Poezja wreszcie robi, a nie znaczy lub jest, nie znaczy bądź nie jest. Poezja działa przez porozumienie.

Ale i wygenerowane odpowiedzi to nie jedynie efekt gramatycznego algorytmu, który wyłowił arbitralnie wrzucone przez programistę słowa z baz danych. Baza słów i struktur gramatycznych Cleverbota nieustannie się powiększa i modyfikuje, także teraz, gdy rozmawia naraz ze 105 652 osobami. Każda rozmowa uczy Cleverbota kolejnych zwrotów, struktur, słów i języków, a jego baza to olbrzymi zbiór ludzkich porozumień i nieporozumień. Rozmawiając z Cleverbotem, rozmawiasz po części z całym światem, gdzie rozmowa z profesorem i programistką znaczy tyle samo, co rozmowa z gimnazjalistką i robotnikiem, a nawet bezrobotnym czy prekariuszką. Poszczególne wyrzucane frazy to przedziwny miks wypowiedzianych zdań, słów i emocji w setkach milionów przeprowadzonych rozmów. Ich powtarzalność oraz przemieszanie sprawia, że generowane treści nie mają swojego autora w tradycyjnym rozumieniu: autorem są wszyscy rozmówcy naraz przefiksowani przez maszynę.

Jak w takim układzie ustawić „wszelkie prawa zastrzeżone”? Kto zastrzega sobie słowa Cleverbota? Każdy rozmówca, programista, program, maszyna? W tej sytuacji nawet Creative Commons, gdzie „wszelkie prawa zastrzeżone” zastąpione zostają „pewnymi prawami zastrzeżonymi”, są ograniczające. Autorem jest – plus minus – cały świat i jego porozumiewanie się. Ginsbergowska America, imperialistyczny stygmat, dotknęła świata, a granica między zadającym pytanie człowiekiem (każdym) a odpowiadającym programem (jednym) rozmyła się. Dlatego wgraa, poezjograficzny split, ma nie tylko podwójne autorstwo (Łukasza Podgórniego i Leszka Onaka), ale stanowi przejęty zapis gwary cyfrowego środowiska naturalnego, w którym wszyscy żyjemy i uczestniczymy. I które wszyscy współtworzymy.

W tym kluczu poezja to dialog potencjalnie każdego z każdym, przestrzeni z przestrzenią, kultury z kulturą i ciała z ciałem. Kategorialne granice między nimi zatracają się w masowo wyrzucanych z mediów – gąb, ekranów, papierów – słowach. Kultura wysoka z nazwiskiem konkretnego autora (Ginsberg) zderza się z kulturą nowomedialną (quasi-masową) kolektywnego współautorstwa, a z ich kolizji powstaje rozmowa. Nie nowy utwór nowego autora, nie postmodernistyczny cytat, nie ironiczne obśmianie jednego przez drugie, lecz rozmowa. Próba komunikacji. Może i wszystko już było – powtarza Maciej Taranek w repetytorium – ale tej chwili i tego ułożenia nas w tej chwili jeszcze nie było. Współistnienie i działanie w porozumiewającej się wspólnocie rozmytych podmiotów (czy jeszcze podmiotów?) to znamię poezji Rozdzielczości Chleba. Już nie chodzi o sens czy bezsens, o esencję czy jej brak: chodzi o nas i nasze relacje. Naszą komunikację, która nie mieści się w dawnych ramach rozumienia i interpretacji poezji, z kategoriami autora, czytelnika, tekstu i kontekstu. Wszystkie te kategorie zasługują na zamianę lub co najmniej przewartościowanie, tak by zmieniło się prawo, a lewo nabrało rozpędu. Idzie wszak o naszą imprezę.

No więc na ostatniej wieczerzy, która ostatnia jest wiecznie, bo zawładnęła nią pętla, podobnie jak rozmnażanymi na gwałt chlebami i pytaniami do Cleverbota, spotykają się ziomki i imprezują. Ostatnia wieczerza to też bal, jak u Łukasza Podgórniego w Skanowaniu balu, czy clubbing, jak u Kamila Brewińskiego w Clubbingu. Ziomki składają się na materiał do kanapek i wspólnie je przygotowują, po czym oddają wszystkim głodnym i potrzebującym melanżowiczom (nie wyłączając siebie) jako wikt i opierunek podczas bibki. Przyjęcie przyjmuje każdego, kto ma ochotę poimprezować – każdy może przynieść własną kanapkę, ale może i nie przynosić, a gdy jakiegoś składnika z kanapki nie znosi lub jest na niego uczulony, może go odłożyć na bok lub do innej kanapki i zjeść pozostałość.

Inaczej z karabinem: na karabin też składają się wszyscy członkowie wspólnoty (niekoniecznie znajomi), ale dostaje go tylko najlepszy, czyli najbogatszy, czyli z najlepiej postawionym tatusiem, wedle wzoru Thomasa Piketty’ego „r > v”, gdzie stopa prywatnego zwrotu z kapitału (r) jest wyższa od stopy wzrostu dochodu i produkcji (v), który to wzór mówi, że pokaźny majątek tatusia sam się reprodukuje i powiększa nieporównanie szybciej niż produkcja i płace. Karabin nie dzieli się bowiem na części, którymi można by obdarzyć resztę i które reszta mogłaby dowolnie dodawać i odejmować. Karabin jest jeden i niezmienny. Śrubka bez karabinu nie zadziała, lufa bez karabinu nie zadziała, a połowa kanapki jest zazwyczaj równie dobra jak druga, trzecia i dziesiąta połowa.

Zbierają się zatem ziomki wokół talerza z kanapkami i wspólnie imprezują. Kanapki służą wszystkim, którzy są je w stanie zjeść, a więc nie tylko ludziom, lecz także innym zwierzętom. Ontologiczna nadrzędność, która każe myśleć człowiekowi o człowieku jako władcy świata, rozwiązuje się jak hierarchiczne podziały w obrębie ludzkich struktur społecznych. Karabin wyznacza mocną granicę – karabinu może użyć tylko człowiek, by zabić innego człowieka lub inne zwierzę. Z pozostałego ciała zwierzęcia może powziąć mięso do kanapki z wędliną i zjeść sobie ze smakiem. Stać go na to. Jedzenie człowieka byłoby kanibalizmem, więc nie bardzo, podobnie jak kazirodztwo, choć z antykoncepcją żadnych pragmatycznych przesłanek, by tego nie robić, nie ma. W końcu i mięso jest jadalne, i ciało brata jest seksowne.

Kanapka roztapia mocną granicę – kanapkę może zjeść zarówno człowiek, jak i pies, kot, świnia, lis czy lew. Co więcej, kanapkę musi zjeść zarówno człowiek, jak i pies, kot, świnia, lis czy lew – kanapka utrzymuje ich przy życiu. Gdyby kanapka była z wędliną, żyjące mięso jadłoby nieżyjące mięso – z perspektywy międzygatunkowej to bardzo średnio etyczne. Zwłaszcza że bez mięsa kanapka bywa zdrowsza i smaczniejsza, a międzybytowa współpraca sprawia, że z wydalanych nasion wyrosną nowe drzewa i inne rośliny. Żaden Jezus Chrystus nie ma tu prawa sztucznie rozmnażać ryb i udawać, że ryby nie rozmnażają się same, płciowo (wszak sam wyszedł ponoć z bezpłciowego obcowania), a ich zjedzenie to w końcu nic takiego. Zabijanie ludzi to zabijanie zwierząt; zabijanie ryb to zabijanie zwierząt. Ontologiczną hierarchię ustawia wszechmocny karabin odziedziczony po tatusiu. Kanapki z kolei zrównują prawa przez fakt posiadania życia i konieczności przeżycia. Nie zabijamy i nie zjadamy swoich ziomków, i już. Bo to niemiłe.

To jakość, którą do Rozdzielczości Chleba wprowadził bodaj Arkadiusz Wierzba, jeden ze współredaktorów, zaangażowany weganin i obrońca praw zwierząt, znany choćby z przejmującego głosu w sporze z Andrzejem Franaszkiem o kształt nowej poezji. To jakość, do której reszta redaktorów dochodzi, gdy zwraca się ku cyberżulerstwu w trzecim numerze „Nośnika” oraz ku ZUS-owi w czwartym, gdy włącza nowonowomedialne doświadczenia do offlinowego trybu życia, a która z otwartym, wspólnotowym i partycypacyjnym modelem społecznych relacji ściśle się w końcu wiąże. Współpraca zwierząt nad zrobieniem kanapek i współpraca zwierząt i roślin w przemieszczaniu nasionek w układach pokarmowych, by układy oddechowe miały czym oddychać, to kolaboratywny tryb, który po raz pierwszy na tak dużą skalę umożliwiły nowe (nowe) media przez społecznościowe upowszechnienie i aktywizację tych, którzy wcześniej biernie pochłaniali ryby wyprodukowane przez wszechmocnego Pana z tatusiem na stanowisku.

W tym momencie znajduje się teraz Rozdzielczość Chleba – gdyby czteroletni staż wydawnictwa podzielić na etapy, znajdowalibyśmy się w trzecim. Pierwszy, z manifestem, pierwszym numerem „Nośnika”, tomami redaktorów Marsz na ROM Piotra Puldziana Płucienniczaka i wgraa Onaka i Podgórniego, to faza awangardowego rozpoznawania granic i możliwości nowego medium przez nieustanne go testowanie i eksperymenty na nim. To radykalne odcięcie się od wartości, hierarchii i panujących układów offline’u na rzecz otwartej, demokratycznej struktury internetu. Ale to także rewolucja gotowana przez ziomków związanych z poezją cybernetyczną głównie dla ziomków związanych z poezją cybernetyczną: w wydawnictwie wychodzą tomy założycieli wydawnictwa redagowane i opracowywane przez założycieli wydawnictwa. Rzecz jest radykalna i dla wielu hermetyczna, czyli nie do przejścia. Skoro nowe media, to i zupełnie nowa poezja, a zatem taka, która nie ma nic wspólnego z tą starą, by nie powielać jej wykluczających schematów. Ot, awangarda.

Drugi etap byłby budowaniem – w zakreślonych przez pierwszy granicach – wspólnoty, która wykorzystywałaby partycypacyjny potencjał nowych mediów. W tej fazie mieszczą się tomy Skanowanie balu Podgórniego, Clubbing Brewińskiego i repetytorium Taranka. To tomy wyłamujące się z cybernetycznych dekonstrukcji na rzecz poezji budowanej w ramach internetowych wspólnot, z założonym przez Onaka forum Liternet.pl na czele. Tu pojęcie wiersza, właśnie przez źródło, na którym się wybudowało, ulega znaczącemu przemianowaniu. Wiersz nie jest oderwany od wspólnoty, w której funkcjonuje, wiersz to nie wytwór natchnionego artysty, outsidera, któremu zleciał z nieba (czyli od nadzianego tatusia) pomysł, ale i nie radykalny eksperyment na nowym medium: wiersz to konsekwencja przebywania w konkretnej (cyber)przestrzeni z konkretnymi ziomkami. Wiersz to wyraz imprezowania, wiersz jest zawsze z ludźmi i wśród ludzi, wiersz lubi gadać i poznawać nowych poetów i naraz czytelników, wiersz lubi spontanicznie się upodlić i uwznioślić, wiersz bywa pijany i naćpany, wiersz tańczy w takt muzyki, a czasem się prześpi ze świeżo poznanym gościem. W tej fazie chodzi już nie tyle o medium, które może zmienić świat (i zmienia), lecz o tych, którzy symulakrycznie funkcjonują w tym medium i komunikują się przez jego znaki, przez jego języki. To poezja wychylona ku wspólnocie, wraz ze wszystkimi etycznymi i materialnymi tego konsekwencjami.

Bo gdy poezja staje się współżyciem z całym światem, jak to z Cleverbotem, to współżycie nigdy nie smakuje tak dobrze jak w realu. „Cyberżulerstwo jest jak seks: siedzisz sam(a) przed komputerem” – reklamuje się trzeci numer „Nośnika”.

Wyjście sprzed komputera okazuje się nagle konieczne do wejścia w kontakt z innym ciałem.

Stąd wreszcie trzecia faza, którą otwiera cyberżulerski numer „Nośnika”, a kontynuuje ZUSwave, czwarty numer i rzuca w nieznane. Trzecia faza, czyli prze-pisanie wyciągniętych z partycypacyjnego współistnienia wniosków na przestrzeń niewirtualną, gdzie mięso rzeczywiście się zabija, a nie kopiuje i wkleja, a bez kanapki się umiera, a nie kończy grę, by zacząć ją od nowa. Komputer wpływa na system nerwowy jak zioło i alkohol (drugi numer „Nośnika” poświęcony jest narkokulturze), a system operacyjny bez systemu nerwowego i ubezpieczeniowego to lipa. Cyfrowa etyka rozpuszczeń, cyfrowe kolaboracje ustawiają offline w całkiem nowym świetle, w którym inna rzeczpospolita jest możliwa.

Inna poezja jest możliwa.

Karabin ustawił słowo „kolaboracja” w jednoznacznej opozycji: to, co w źródłosłowie stanowi połączenie tego, co wspólne i pracy (‘ko’, łac. – razem, wspólnie; ‘laborare’, łac. – pracować), a zatem w dosłownym tłumaczeniu oznaczałoby współpracę, przez karabin zostało przemianowane na zdradę. Wspólnotowy ruch włączający włączony został w struktury wsparte na wykluczeniu, na mocnym podziale na dobrych „nas” i złych „obcych”, i zaczął oznaczać współpracę z wrogiem. Tymczasem problem nie tyle we współpracy z wrogiem, co we współpracy w ogóle. Karabin mówi ustami wywyższonego polityka, że teraz lud ma biernie umierać w jego imieniu i biernie zabijać w jego imieniu, a każde zachowanie oddolne, każde zachowanie w celu zachowania życia (własnego i domniemanego wroga) czy uformowania wspólnotowej alternatywy uznane zostaje za zdradę. Wspólnota jest jedna i jej granice oraz powinności kreśli władający karabin: każdy inny model, w którym na przykład członkowie mogliby decydować o własnym – a przecież wspólnym i obcym – życiu, jest tutaj nie na miejscu. Każdy inny model to kolaboracja, czyli współpraca z wrogiem panujących hierarchii – na rzecz partycypacji.

Niechęć do zabijania i bycia zabijanym nie mieści się w panującym systemie, dlatego po ciężkim dniu na froncie żołnierze pochłaniają stosy mięsa.

W tym sensie Rozdzielczość to wspólnota na wskroś kolaboracyjna: zdradza władające wartości, podziały i granice na rzecz relacji bardziej demokratycznych i aktywizujących. Zamiast składać się na karabin dla mordowanych morderców, rozdaje kanapki. Zamiast wychwalać najbardziej utytułowanych morderców, jak w Snajperze Clinta Eastwooda, wychwala dobre frazy i rytmy, do których można tańczyć i uprawiać seks. Zamiast pobierać niemal 100% zysków z książki, udostępnia książki legalnie za darmo; zamiast bronić tekstów przed tymi strasznymi czytelnikami, którzy mogą się nimi zainspirować lub nawet przepisać bądź przywołać w swoich utworach (za które wydawnictwo już nie ma żadnych zysków, więc rzecz jest z gruntu nieopłacalna), udostępnia książki na licencji Creative Commons, by czytelnik mógł swobodnie czytać i pisać te wiersze w sposób aktywny; zamiast trzymać się ostoi papieru, która zwiększa szanse pojawienia się na półce w Empiku i wygrania prestiżowych nagród literackich, oraz pozbawia nas drzew, których nawet najlepsze przewody trawienne nie są w stanie szybko odrosnąć, udostępnia tomiki w formatach elektronicznych: zarówno na komputery, jak i w wersji mobilnej; zamiast inwestować w rzeczy popularne i poczytne, publikuje autorów nieznanych, debiutantów i poetów przeklętych awangardowym piętnem, czyli kojarzonych z poezją cybernetyczną. Wielkie wydawnictwa żerujące na kreatywności autorów, wielkie korporacje księgarskie żerujące na pazerności wydawnictw, wielkie wartości podtrzymujące istniejący model społeczeństwa, na które zwykła istota bez tatusia na stanowisku nie ma absolutnie żadnego wpływu, a które odbijają się w całym życiu literackim w Polsce, zapewne bardzo by się zezłościły na Rozdzielczość Chleba za jej istnienie i wyciągnęłyby karabin, by więcej nie rozdawała kanapek, gdy można za nie ściągnąć niezłą kasę.

Wyciągnęłyby, gdyby wiedziały o jej istnieniu. A wiedziałyby, gdyby Rozdzielczość miała tatusia na stanowisku. Ale wówczas zapewne nie rozdawałaby kanapek za darmo, nie dzieliłaby się nimi z ziomkami, bo tylko idiota odrzuca rękę, która go karmi kanapeczkami.

I nawet Silesius, dla którego tomiki debiutantów – Clubbing Brewińskiego i repetytorium Taranka – zostały wydrukowane na papierze, niewiele tu zdziałał. Może dlatego, że dostała go Martyna Buliżańska z Biura Literackiego, którego książki poetyckie jako jedne z niewielu znaleźć można w Empiku, co tylko upewniło działający system w przekonaniu o własnej wyższości. Działania antysystemowe w ramach systemu po prostu się nie mieszczą, a Kukiz to samo centrum panującego systemu i dobrze to czuliśmy, gdy nagle każdy zaczął przejmować populistyczny pomysł o JOW-ach. Zwiększenie podatków dla najbogatszych już nie poddaje się tak łatwemu przejęciu.

Inna poezja jest możliwa, ale nie teraz. Jeszcze trochę, działamy.

 

Tekst na podstawie referatu z maja 2015

CC-ludzik Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL)

Maja Staśko

krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje z „Ha!artem”, „Wakatem” i „EleWatorem”. Mieszka w Poznaniu.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!