Wszyscy jesteście współwinni

Jesteś na spotkaniu ze znajomymi. Żartujecie, rozmawiacie. W pewnym momencie kobiety zaczynają opowiadać o molestowaniu, seksistowskich komentarzach i upokarzającym traktowaniu, którego doświadczały. Słuchacie, wspieracie, dzielicie się swoimi przeżyciami. Wiecie, że nie jesteście z tym same. Jesteś teraz na tyle silna, żeby powiedzieć, że doświadczyłaś przemocy seksualnej. I wskazujesz sprawcę. To znajomy wielu obecnych osób. Lubicie go, jest błyskotliwy i dowcipny. Kilka innych kobiet przyznaje, że je także stawiał w bardzo niezręcznych sytuacjach. Czujesz ulgę. Nie było tak źle. Uśmiechacie się do siebie. Od teraz możecie wszystko.

Ale potem następuje cisza.

I nagle jeden z twoich kolegów mówi: „To świetny ekspert, znakomicie nam się współpracuje”. Inny: „To mój kolega, ufam mu. A w ogóle czemu mówicie to dopiero teraz, kiedy właśnie jest u szczytu kariery?”. Ktoś: „Rozumiem, to smutne, ale zachowajmy obiektywność, pamiętajmy o domniemaniu niewinności”. Kolega: „Na pewno tego nie chciałaś?”. Koleżanka: „On chyba z tobą zerwał, nie? Może chcesz się zemścić?”. Kolejny głos: „Poczekajmy na decyzję sądu, zanim go ocenimy”. Ktoś krzyknie: „Kultura prawa! demokracja!”. Słyszysz też: „To koniec wolności seksualnej”. Albo: „To, co robisz, to przemoc”. „A gdybym ja teraz powiedział, że gwałcisz koty z Ochoty?”.

I gdy wreszcie osoba z resztkami empatii mówi, żeby się zamknęli, po czym podchodzi do was i po prostu przytula, tamci mówią: „Ale przecież mamy prawo wyrażać wątpliwości”. I zaczynają opowiadać o wolności słowa, „cenzorskich zapędach” oraz o szkodliwości kłótni w waszej grupie. Proponują rozsądną otwartą debatę na ten temat, podsuwają zagadnienia: czy piętnowanie seksualnych nadużyć nie zostanie wykorzystane, by piętnować wolność seksualną? Czy publiczne wskazywanie spełnia swoją funkcję? Kto wygra, ten zdobywa tytuł retorycznej mistrzyni. Czas start!

Siedzisz i milczysz. Okazuje się, że więcej kontrowersji wywołuje opowiedzenie o przemocy i wskazanie sprawcy niż sama przemoc. Inne koleżanki zaczynają się wycofywać: „To molestowanie było raczej niewinne, właściwie żarty, konwencja taka, on już taki jest, robi tak niezależne od płci”. Ty nie możesz się wycofać: twój zarzut jest zbyt poważny. Okazujesz się winna.

 

(K)lincz

Słyszysz to przez kolejne miesiące. Każdego dnia, gdziekolwiek się pojawisz. Coraz częściej i z większymi wyrzutami, bo sprawca jest smutny/wściekły/walczy/ma depresję. Kiedy spotykasz się ze znajomymi, opowiadają o jego ciężkim losie: jak sobie z tym radzi, jak mu pomóc, jak dziwnie się z tym czują. Boją się, że coś sobie – przez ciebie – zrobi. Boją się, że straci – przez ciebie – pracę. Boją się o jego rodzinę – dzieci bardzo to przeżywają. Żadne dziecko nie chce słyszeć, że jego ojciec jest sprawcą przemocy. Ty byś chciała? Nie chciałabyś. Boją się, że dzieci – przez ciebie – będą miały traumę do końca życia. Skoro już nie pomyślałaś o nim, mogłaś pomyśleć o jego dzieciach. Rodzinie. Znajomych. Dlaczego ich krzywdzisz? Dlaczego stawiasz ich w tak trudnej sytuacji?

Kolejne szantażujące i przemocowe zachowania sprawcy usprawiedliwiają tym, że poczuł się zaatakowany. Wyżywa się na tobie i swoich bliskich. Przecież nikt nie chciałby usłyszeć o sobie czegoś takiego. To zupełnie zrozumiałe, że tak się zachowuje. Jezu, w końcu jest człowiekiem, a nie robotem. Sprowokowałaś go, to masz. Przez ciebie jest totalnie rozwalony.

Ciągle musisz zajmować się sprawcą. Codziennie otrzymujesz aktualizacje dotyczące jego stanu, choć o to nie prosisz. Każdym swoim gestem, każdym słowem musisz uwzględniać jego sytuację i samopoczucie. Robisz to, inaczej to ty okażesz się okrutna i bezwzględna. Prawda jest jednak taka, że bardziej niż tego, co z nim się dzieje, boisz się tego, co on może ci zrobić. Co może zrobić innym osobom. Rodzinie. Znajomym. Nieznajomym. Gdy o tym powiesz, usłyszysz, że myślisz tylko o sobie. Że chcesz zniszczyć człowieka.

On staje się męczennikiem. Cierpiącym. Wyklętym. Skandalistą.

Więc kiedy kolejna osoba doradza ci, jak mogłabyś ulżyć cierpieniom sprawcy i zakończyć ten impas, krzyczysz: „Kurwa, to jest typ, który mnie skrzywdził!”. Znajomi spoglądają po sobie z przerażeniem: „Jezu, opanuj się, jaka radykalna. Po co te wulgaryzmy? Czemu od razu krzyczysz i obrażasz człowieka? „Typ”, serio? Nie umiesz inaczej? Nie poznaję cię. Wybacz, ale zrobiłaś się na maksa agresywna. Przemocowa. Niby walczysz z przemocą, a sama ją stosujesz. W ten sposób nigdy nie zwalczymy przemocy. Przecież my chcemy dla ciebie dobrze. Nie niszcz tego”.

W najlepszym razie możesz liczyć na pobłażliwe spojrzenia i trochę współczucia. Ale nie publicznie, byle nie stawać po żadnej stronie. I nie na tyle, żeby nie wyrazić troski o zdrowie psychiczne sprawcy – sprawiedliwość musi w końcu być, krzywda jest przecież po obydwu stronach. A poza tym to wasza prywatna sprawa. Nie ma co się mieszać. Nazywają to „konfliktem”.

Możesz też dostać wsparcie. Wspierające osoby będą zamieszczać oburzone komentarze. Będą wchodzić na jego konto i pisać, co o nim myślą. Sprawca nie znosi tego najlepiej. To też twoja wina. Widzisz, co zrobiłaś? (Spoiler: lincz). Nic z tego nie miałoby miejsca, gdybyś milczała.

Nic z tego nie miałoby też miejsca, gdybyś się nie urodziła. Aż dziwne, że nikt nie obwinia twojej matki. A matka? Pomyślałaś o niej? Co czuje, gdy słyszy o swojej córce takie rzeczy? Żadna matka nie chce słyszeć, że jej córka jest molestowana. Albo – tym bardziej – zgwałcona. Nie chce czytać w komentarzach, że jej córka sama się o to prosiła. Że się puszcza. Że za krótka spódniczka i makijaż. A poza tym to dziwka. Ty byś chciała? Nie chciałabyś. Więc dlaczego jej to robisz?

 

Bezsiła

Wchodzisz do swojej grupy, której zaufałaś – na tyle, że opowiedziałaś o przemocy – i wszyscy milkną. Czujesz, że jesteś obca. Jesteś tu intruzką. Zniszczyłaś tę grupę, wywołałaś podziały. Przez ciebie sprawca cierpi. Przez ciebie inni czują się niezręcznie. Rodzina, znajomi, ta pani w spożywczaku, co na nią nawrzeszczał, bo nie wytrzymuje już presji. Twoja wina.

Nie ma żadnych mechanizmów ani narzędzi, które sprawiłyby, że poczułabyś się bezpieczniej, sprawca poniósłby konsekwencje i więcej nie krzywdził, a środowisko wiedziałoby, jak reagować. Nie ma, więc zostajesz z tym zupełnie sama, sprawca pozostaje bezkarny, a środowisko skonfliktowane. Nie ma, więc wymyśl, skoro tak ci to przeszkadza. Teraz. Jakie proponujesz systemowe rozwiązania? Jak usprawnić przebieg takich spraw? Co zrobić, by przemocowiec więcej nie krzywdził? Nie wiesz? Nie masz gotowych ustaw? To co ty tu w ogóle robisz?

A tak właściwie to czego się spodziewałaś? Przecież wiedziałaś, że system chroni sprawców. Nie wiedziałaś? Głupia jesteś? Naiwna jakaś? Niedouczona? Gdzie ty żyjesz, dziecko? Wiedziałaś? To co, myślałaś, że ciebie potraktuje inaczej? Jesteś lepsza? Wyjątkowa?

Twoja bardzo wielka wina.

Wszystko, co robisz, odnoszone jest do tej sprawy. Jest dowodem albo podważeniem twoich słów. Czytasz książkę o przemocy seksualnej? To dlatego, że #przemoc. Nie no, książka o przemocy seksualnej to dla ofiary zbyt ciężki trigger. Wszystko jasne: #przemocyniebyło. Śmiejesz się? To dlatego, że #przemocyniebyło. No co wy, ona śmiechem odreagowuje. To dowód na #przemoc. Spotykasz się z koleżankami? #przemoc #przemocy nie było. Piszesz na Facebooku? #przemoc #przemocyniebyło. Płaczesz? Idziesz do pracy? Jesteś zmęczona? Jesz śniadanie? Śpisz? Robisz siku? Żyjesz? #przemoc #przemocyniebyło.

Jesteś chodzącym dowodem, który potwierdza z góry założoną tezę.

Powiedziałaś o przemocy, żeby wreszcie przerwać milczenie. Tymczasem w odpowiedzi tym chętniej jesteś uciszana i sprowadzana do roli biernej ofiary. Przecież chodziło dokładnie o coś przeciwnego. O zyskanie kontroli, nie jej utratę. O zakończenie przemocy sprawcy, nie jej wzmożenie. O konsekwencje środowiskowe dla sprawcy, nie dla ujawniającej.

Przemoc po prostu jest – wystarczy nic nie robić, by bez przeszkód istniała dalej. Nie trzeba nawet ufać sprawcy, nie trzeba go gorliwie bronić, by przemoc trwała – wystarczy funkcjonować jak zawsze, bez zmian. Każdy argument będzie świadczył o jego niewinności. I tym samym – o twojej winie. Gdy to on jest młody i zdolny – po co niszczyć tak świetnie zapowiadającą się karierę? Współpracownicy go chwalą, to świetny gość, zawsze robił wszystko na 120%. Gdy to ty jesteś młoda i zdolna – na pewno to zmyśliłaś, żeby zrobić karierę. Współpracownicy potwierdzają: zawsze była ambitna, osiągała to, czego chciała. Gdy to on jest wrażliwy, możesz mu zniszczyć życie. Gdy ty jesteś wrażliwa, na pewno przesadzasz, nic się nie stało, a w ogóle to koniec flirtu. Dokładnie te same argumenty służą do usprawiedliwiania sprawcy i obwiniania ciebie.

Wspierający cię pocieszają, że to typowe mechanizmy podważania zaufania do kobiet. Właściwie to nawet byś chciała, żeby podważano do ciebie zaufanie. Mogłabyś o nie walczyć, próbować je jakoś odzyskać. Problem w tym, że nie ma czego podważać – zaufania do kobiet nigdy nie było. Nic się nie zmieniło. Normalna polska przemoc.

Przemoc po prostu jest. Ujawnienie to nieustanna walka i powtórne znoszenie tego, z czego chciałaś się właśnie wyswobodzić. Zostajesz ukarana za to, że przerwałaś milczenie. Stajesz się przestrogą dla innych – jeśli nic nie powiesz, nic z tego nie będzie miało miejsca. System zachowuje się jak szantażujący przemocowiec, gdy widzi realne zagrożenie. Bo mówiąca kobieta jest realnym zagrożeniem.

Dlaczego nie idziesz na policję? Dlatego.

Dlaczego nie zgłosiłaś tego wcześniej? Dlatego.

Dlaczego tego nie wykrzyczysz? Dlatego.

Dlaczego zadajesz te pytania? Bo uwielbiasz się znęcać.

 

Wszystko w twoich rękach

Możesz dalej walczyć, ale wiesz już, czego się spodziewać ze strony środowiska – hejtu, obwiniania i troski o sprawcę. Doświadczasz tego od miesięcy, jest coraz gorzej. Możesz ich nawet rozumieć – świadomość, że ktoś bliski może być przemocowcem, jest trudna do zniesienia. Zaburza bezpieczne funkcjonowanie w świecie. Sama wiesz o tym najlepiej – odkąd doświadczyłaś przemocy od bliskiej osoby, masz problemy z zaufaniem. Może to dla ciebie katorga. Nikomu nie życzysz tego samego. Możesz im nawet zazdrościć, że wciąż mogą się łudzić. Chcą czuć się dobrze, bezpiecznie. Nie chcą konfliktów. W sumie zrozumiałe.

Też byś tak chciała. Tyle że akurat ty nie możesz wybrać, czy chcesz czuć się dobrze, bezpiecznie i unikać „konfliktów”. Ani przed ujawnieniem, ani – tym bardziej – po nim. Ułuda bezpieczeństwa okazuje się ważniejsza niż twoje realne niebezpieczeństwo. Czujesz, że jesteś z tym sama, że przemoc dotyczy tylko ciebie.

A przecież nie dotyczy. Ty też chciałaś tylko spokoju. Tyle że twój spokój oznacza niepokój dla sprawcy. Nie można zapewnić spokoju i tobie, i osobie, która cię krzywdziła. Dotychczas to ty cierpiałaś w ukryciu: miałaś niewiele wsparcia, bo nikt o tym nie wiedział. Teraz to ty cierpisz publicznie: masz niewiele wsparcia, bo wszyscy o tym wiedzą.

Nikt nie chce być tak traktowany. Nikt nie chce tak się czuć, to oczywiste. Po co dłużej cierpieć i się poświęcać? Niech to się już skończy. Masz dość. Po co to sobie zrobiłaś? Przecież wiedziałaś, gdzie żyjesz. Niepotrzebnie zaufałaś znajomym.

I ta kurewska bezsilność.

Żałujesz, że przerwałaś milczenie – i dokładnie o to chodzi.

Chcesz znów mieć wybór. Znów normalnie żyć.

Możesz więc się wycofać. Gdy znikniesz, zniknie też problem – bo dla środowiska to tym nim jesteś. Wszystko jak dawniej: przemoc będzie niewidoczna, a koledzy kolegami. Koniec niezręczności, konfliktów i stawania przed wyborem strony – skoro jedna strona znika.

Ale możesz nie chcieć znikać. Może więc zdecydujesz się wszystko zbagatelizować. Bardziej opłaca ci się poświęcić własną krzywdę i reputację niż codziennie wystawiać się w środowisku: znosić ciche (albo nie) zarzuty, wykluczanie i ogólną niechęć. Może nawet zaatakujesz osoby, które cię wspierały, zrobisz z nich swoich wrogów – gdyby przestały o ciebie walczyć, wszystko mogłoby być jak dawniej. Stajesz obok sprawcy, uśmiechasz się. Nie chcesz już o tym gadać. Koniec skandalu, można się rozejść, zajmijcie się sobą. Nie ma już stron, znów jest jedna strona. Wspólna. Jego. I dokładnie o to chodzi.

Nagroda za pozostawienie przemocy bezkarnej – możesz normalnie żyć.

I to jest twój wybór. Wreszcie czujesz, że możesz wybrać. Nie jesteś już unieruchomiona w roli ofiary – znów możesz istnieć poza kontekstem przemocy. „Konflikt” rozwiązany. Sprawa znika. Okazuje się, że to tylko histeria dziewczyny, jak zawsze: tak naprawdę przemocy nie ma. Happy end, możesz czuć się bezpiecznie.

Ty, ty i ty. Ty nie.

A kiedy kolejna osoba opowie o swojej krzywdzie, usłyszy: „Nie pierdol, skończy się jak z poprzednią, na pewno tak nie było i chcesz oczernić sprawcę”. Albo: „Ojej, to smutne, ale jesteś pewna? A pamiętasz Martę? Nie dziw się, że po tym trudno mi uwierzyć w takie historie. Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? Może też przesadzasz? Może też się potem wycofasz? Przemyśl to dokładnie”.

Przemyśl to dokładnie.

Maja Staśko

krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje z „Ha!artem”, „Wakatem” i „EleWatorem”. Mieszka w Poznaniu.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!