Od„ekologicznych aniołów” do „żarłocznych diabłów”. Przyrodniczo-kulturowe konteksty zjawiska nuisance animals i ich konsekwencje etyczne

 

Dorrie: Zobacz, jaki ładny! Gołąb!

Sandy: A sio! Nie, wcale nie jest ładny! To są… to są… szczury ze skrzydłami!

Dorrie: Są wspaniałe! Nie, to z pewnością dobry znak. Przyniesie nam szczęście.

Sandy: Nie, nie! Zabierz go stąd! To na pewno jeden z tych morderczych gołębi!
Widzisz? Ma swastykę pod skrzydłami!

Woody Allen, Wspomnienia z Gwiezdnego Pyłu

 

Zacznijmy od Australii. Tam w XIX wieku kolonizatorzy postanowili założyć plantacje trzciny cukrowej. Z dekady na dekadę interes w Queensland szedł coraz lepiej. Niestety, wkrótce zaczął zagrażać mu mały, złośliwy chochlik – lokalny żuk, dla którego trzcina okazała się nie lada przysmakiem. W 1935 roku sprowadzono więc na kontynent populację ropuchy olbrzymiej, żeby rozprawiła się z tym problemem. Lekarstwo okazało się gorsze od choroby – ropucha rozsmakowała się nie tylko w żukach, ale także w australijskich bezkręgowcach, a ze względu na wydzielany przez siebie jad była praktycznie niejadalna dla rodzimych drapieżników. Przez następne dekady rozprzestrzeniała się coraz bardziej, przepełzając na terytoria kolejnych stanów. Gdy w 2002 roku zbliżyła się do Parku Narodowego Kakadu, zagrażając istnieniu endemicznych gatunków, rozpętała się panika. Na walkę z inwazyjnym płazem wydano 17 milionów dolarów. Wszystko na nic. Australijska przyroda stanęła na krawędzi totalnej katastrofy.

Historia ropuchy olbrzymiej w Australii jest jednym z szeregu przykładów nierównej walki człowieka z gatunkami inwazyjnymi. Walki, która rzadko kończy się happy endem, zawsze jednak pociąga za sobą ogromne straty finansowe i cierpienie dużej ilości zwierząt, często także należących do innych gatunków. Temat invasive species sam w sobie zasługuje na osobne opracowanie. Spróbujemy jednak potraktować go tutaj jako nowoczesne wcielenie odwiecznego strachu przez zagrożeniem ze strony niepożądanych gatunków, określanych z angielska jako niusance animals [1],które budziły lęk i niechęć od początku istnienia cywilizacji. Zwierzęta wyjadające i zanieczyszczające zboże, przenoszące brud i choroby, będące konkurentami w walce o zasoby, niszczące stworzoną przez człowieka infrastrukturę określane były mianem szkodników i bezwzględnie tępione. Wyraźne przesunięcie w myśleniu o zwierzętach problematycznych nastąpiło dopiero w XX wieku, dzięki narodzinom myślenia ekologicznego, wraz z towarzyszącą mu koncepcją równowagi ekosystemów[2]„. Gatunek problematyczny to już nie tylko taki, który wchodzi w konflikt z żywotnymi interesami człowieka, ale także taki, który zagraża ekosystemowi.

Z głównymi założeniami ekologii inwazji rozprawia się Fred Pierce w książce The New Wild. Why Invasive Species Will Be Nature’s Salvation, gdzie przytacza między innymi wzmiankowaną historię australijskiej ropuchy[3] non-equilibrium ecology, takim jak Daniel Botkin, Pierce podważa przekonanie o równowadze ekosystemów, którą należy chronić. Ekosystemy nie są tak statyczne i harmonijne, jak nam się wydaje, od początku istnienia życia na Ziemi podlegają bowiem procesom dynamicznych zmian. Gatunki przychodzą i odchodzą, adaptują się, wypierają inne, ulegają wyginięciu – to odwieczna kolej rzeczy. Mając na względzie tę krytykę warto jednak pamiętać, że odrzucana przez Pierce’a ekologia inwazji była bodaj pierwszym systemem cechującym się myśleniem nieantropocentrycznym, w którym to stabilność ekosystemu jako całości była najwyższą instancją w ocenie przydatności lub nieprzydatności poszczególnych gatunków, nie zaś partykularne interesy Homo sapiens. Z drugiej strony optyka ekosystemowa nigdy nie wyparła do końca antropocentrycznej, a jedynie nadpisała jej nowe wartości. I nierzadko stanowiła i stanowi dla niej wygodną przykrywkę, przez co precyzyjna granica między zagrażającymi człowiekowi szkodnikami oraz gatunkami inwazyjnymi, stanowiącymi zagrożenie dla ekosystemu, jest często niezwykle trudna do wytyczenia.

Można toczyć niekończące się debaty o to, w jakim stopniu lęk przed nuisance animals ma podłoże w fizycznym zagrożeniu ze strony niebezpiecznych osobników, w jakim zaś stanowi konstrukt kulturowy. Owe rozgraniczenie na esencjalizm i konstruktywizm nosi jednak w sobie głęboki rys modernistycznego dualizmu na to, co naturalne, i to, co kulturowe – i jako takie wymyka się optyce, jaką przyjęliśmy dla naszych rozważań. Spróbujemy zatem prześledzić zjawisko gatunków problematycznych bez uciekania się do żadnej z tych dwóch skrajności, balansując na cienkiej linii wyznaczającej fantasmagoryczną granicę między sferami, które tradycyjnie określane są jako natura i kultura. Spróbujemy sprawdzić, jak fizyczne i namacalne problemy związane z obecnością niektórych gatunków zyskują symboliczną nadbudowę, sprawiającą, że status szkodnika zaczyna żyć własnym życiem.

PLUGAWY, BRUDNY, ZŁY

Pech pochodzącego od gołębia skalnego gołębia miejskiego (Columba livia) jest stosunkowo świeżej daty, choć ptaki te mieszkają w otoczeniu ludzkich siedzib od tysięcy lat. W Egipcie ich odchody były cenne jako nawóz ze względu na dużą zawartość azotu[4]. W nowożytnej Anglii hodowano je na pożywienie, co może im samym szczęścia nie przysparzało, za to wyraźnie podnosiło ich status symboliczny – na hodowlę gołębi do celów spożywczych mieli zezwolenie jedynie najbogatsi, zaś gołębie odchody prawnym rozporządzeniem należały do Korony, służąc do wyrobu prochu strzelniczego[5]. Jeszcze w XIX wieku czołowym znienawidzonym ptakiem w amerykańskich miastach był wróbel, skądinąd także gatunek nierodzimy w USA. Colin Jerolmack w artykule „How Pigeons Became Rats” wykonał heroiczną pracę prześledzenia wszystkich numerów New York Timesa od 1851 do 2006 roku pod kątem obecności w nich wzmianek o gołębiach[6]. Z jego opracowania wyłania się fascynująca historia stopniowego procesu symbolicznej degradacji tego neutralnego dawniej gatunku, tworzenia statusu „szczura za skrzydłami”, godnego jedynie bezwzględnej eksterminacji.

Jeszcze w ostatnich dekadach XIX wieku o gołębiach rzadko wzmiankowano w nowojorskiej prasie, a jeśli już, to w stosunkowo neutralnym tonie. Przed 1909 rokiem pojawiło się na ich temat jedynie osiem wzmianek, z czego połowa potępiała rozpowszechniony wówczas proceder konkursów strzelania do gołębi (jeden z autorów zasugerował nawet, aby strzelanie do „niewinnych” gołębi zastąpić strzelaniem do inwazyjnych wróbli, co zresztą wkrótce nastąpiło). Sytuacja zaczęła ulegać stopniowej zmianie w kolejnych dekadach XX wieku, kiedy populacja tych ptaków coraz bardziej się rozrastała i stawała się coraz bardziej uciążliwa. W 1935 roku po raz pierwszy pojawia się w gazecie stwierdzenie, że gołębie w mieście są out of place. W 1945 znajdujemy wzmiankę o możliwości przenoszenia przez nie ornitozy – groźnej choroby rozprzestrzenianej przez ptaki (głównie drób i papugi). Pięć lat później na amerykańskich budynkach pojawiają się pierwsze kolce[7], które w kolejnych dekadach zrobią furorę na całym świecie. W 1963 roku pierwsze dwa zgony mieszkańców Nowego Jorku przypisano gołębiom. Choć późniejsze badania nie udowodniły, aby zmarli mieli jakikolwiek bliski kontakt z tymi ptakami, rozpętała się antygołębia panika. I w końcu w 1966 po raz pierwszy pojawia się ikoniczna metafora rats with wings, podchwycona wkrótce przez zarządcę terenów zielonych Nowego Jorku – Thomasa Hovinga, który pod hasłem walki z „latającymi szczurami” rozpoczyna szeroko zakrojoną kampanię zwalczania populacji Columba Livia w największej aglomeracji USA. W kolejnych dekadach metafora odrywa się od swojego pierwotnego kontekstu i zaczyna dryfować po szeregu tekstów kultury, stając się podświadomym automatyzmem myślowym u wielu mieszkańców świata zachodniego. Media podchwytują temat, stając się zarazem wyrazicielem i podmiotem kształtującym opinię publiczną w gołębiej wojnie. Jerolmack przytacza długą listę kreatywnych sformułowań, jakimi gazety ostatnich dekad XX wieku opisują najliczniejszą populację miejskich ptaków. Nuisance, bums, stupid, dumb clucks, enemy, aliens, cocroaches of the sky – to tylko kilka z nich[8]. Gołąb to, według tych przekazów, osobnik brzydki, brudny, leniwy, plugawy, głupi, uprzykrzający się, złośliwy. A na dodatek ów „morderczy” ptak przenosi groźne choroby. Jest więc wrogiem, którego należy zniszczyć.

PURYFIKACJA I KONTROLA

Warto zatrzymać się na chwilę przy metaforze „latających szczurów” oraz tym, w jaki sposób określone językowe klisze kształtują nasz odbiór nie-ludzkich zwierząt. Annabelle Sabloff w „Reordering the Natural World” zgłębia pojęcie metafory, pisząc o wizualizacji zwierząt laboratoryjnych jako maszyn[9]. Myślenie metaforyczne, jak podkreśla autorka, jest charakterystyczne dla naszego gatunku. Metafora jednak, która wystarczająco mocno zadomowi się w języku, z czasem zatraca swoją moc kreatywną, zaczyna funkcjonować w ramach dosłownych odniesień, powodując często szkodliwe skróty myślowe i konstytuując to, jak myślimy o świecie. Staje się tym samym wygodnym modelem kulturowym, generując mechanizm dystansujący. Zwierzęta laboratoryjne przestają być podobne maszynom. One stają się maszynami. Podobny mechanizm odpowiada za przeistoczenie gołębi w szczury.

Używając celnych metafor możemy kreować rzeczywistość, nie tylko w obszarze ludzkiej polityki, ale także „polityki natury”. Kiedy próbowano reintrodukować wydrę w Missouri, podniosły się głosy sprzeciwu lokalnych wędkarzy, dla których ten drapieżnik jest groźnym konkurentem w walce o zasoby. Wkrótce w mediach zaczęły funkcjonować dwie równoległe narracje. Jedna z nich, stworzona przez ekologów, określała przedstawicieli tego gatunku jako ”playful, ecological angels”. Druga, odzwierciedlająca optykę rybaków, korzystała z obrazowej metafory „Hungry little devils”[10]. To samo zwierzę zyskało podwójny, skrajnie odmienny status, w zależności od swojej przydatności dla określonych grup społecznych. Ekolodzy, dostrzegając jej wartość dla ekosystemu Missouri, wygenerowali mit przyjaznej, skorej do zabawy istoty, pozbawionej jakichkolwiek negatywnych konotacji. Z kolei wizerunek wykreowany przez rybaków oparty był wyłącznie na pejoratywnych skojarzeniach. Dla tej grupy wydra była po prostu wrogim, żarłocznym drapieżnikiem, zagrażającym ich bytowi poprzez wyjadanie cennych dla nich ryb. Odwieczny wizerunek szkodnika jako zwierzęcia wchodzącego w konflikt z człowiekiem zderza się tu więc ponownie z optyką ekologiczną, zgodnie z którą gatunek jest cenny, jeśli potrzebuje go ekosystem.

Ustalenie, kiedy mamy do czynienia ze szkodnikiem, a kiedy ze zwierzęciem pożądanym, któremu należy się ochrona i ludzka sympatia, ma zatem bardziej skomplikowane podłoże niż mogłoby się wydawać. Wielu badaczy podkreśla[11], że decydującym momentem w symbolicznym zdefiniowaniu gatunków zwierząt określanych mianem nuisance species był przełom modernistyczny, sankcjonujący kształtujący się od czasów nowożytnych dualistyczny podział na „naturę” i „kulturę”, a tym samym, jak podkreśla Latour, generujący proces „puryfikacji”[12]. Granice między ludzkim a nie-ludzkim zostały wówczas ostatecznie zamknięte, co wpłynęło także na relacje przestrzenne, umacniając antytezy wnętrze-zewnętrze, prywatne-publiczne, cywilizacja-dzikość, wraz z towarzyszącym im dążeniem do kontroli, aby owe zdefiniowane przez człowieka granice nie zostały przekroczone. Zwierzęta naruszające ową barierę między ludzkim a nie-ludzkim, a zarazem niewpisujące się w żadną zdefiniowaną przez ludzi kategorii (pets, zwierzęta rzeźne, dzikie, laboratoryjne) budzą lęk, a nawet moralną panikę jako element „inny”, zaburzający zastany ład. Ikoną kultury modernistycznej stała się nowoczesna aglomeracja, skonceptualizowana jako kwintesencja odseparowania człowieka od natury, także w jej najokrutniejszych przejawach – doskonałym przykładem takiego modernistycznego przełomu w procesie cywilizowania miasta jest zniknięcie powszechnych jeszcze w okresie nowożytnym jatek, w których zabijało się i oprawiało zwierzęta. W nowoczesnym organizmie miejskim ich funkcje przejęły rzeźnie doskonale odseparowane sensorycznie od percepcji przeciętnego mieszkańca, ułatwiające mentalne odcięcie człowieka od brutalnych przejawów relacji człowiek-zwierzę. Zwraca uwagę fakt, że z tym procesem zbiegły się początki masowych kampanii likwidacji bezpańskich psów w europejskich miastach, a także, co znamienne dla naszych rozważań, postrzeganie gołębi jako nuisance animals. Gołębie to bowiem antyteza idealnej modernistycznej metropolii, czystej i uporządkowanej. Ich status ujawnia głęboko skrywany lęk przed chaosem, brudem i utratą kontroli. Przyroda w określonej przez nowoczesność przestrzeni należącej do człowieka może bowiem występować jedynie pod postacią przyrody pokonanej, poddanej absolutnemu władaniu Homo sapiens – takiej, z jaką mamy do czynienia w zorganizowanych parkach, gdzie krótko przystrzyżone trawniki i starannie zaprojektowane klomby kwiatów przywodzą na myśl makietę przyrody, quasi-naturalny Disneyland. Obecność gatunków trudnych, które mimo ciągłej eksterminacji odradzają się jak Feniks z popiołu, ujawnia jałowość ludzkiego pragnienia dominacji. To ujawnienie rodzi lęk.

WŚRÓD PLUSKIEW I KARALUCHÓW

Zejdźmy więc głębiej w podziemne czeluści. Tam, w plątaninie mrocznych kanałów, wśród cuchnących wyziewów, w głęboko skrywanych trzewiach miasta, mieszka Książę Ciemności. Jeśli metafora porównująca banalnego ptaka, jakim jest gołąb, do szczura jest w stanie wzbudzić tak silne emocje, trudno sobie wyobrazić, jak głębokie pokłady nienawiści, pogardy i przerażenia drzemią w ludzkim stosunku do Rattus norvegicus. Jeśli chciałoby się zrekonstruować symboliczną drabinę bytów ludzkiego imaginarium, szczur wędrowny sytuowałby się na najniższym szczeblu, wśród pluskiew i karaluchów, jako bodaj jedyny ze ssaków dostępujący tego wątpliwego „zaszczytu”. Podobnie jak człowiek – ekspansywny, inteligentny, oportunistyczny, płodny, wszystkożerny, żyjący w społecznościach o silnej, wyrazistej strukturze. I tak jak człowiek – niemożliwy do powstrzymania. Nic dziwnego, że jego interesy weszły w konflikt z interesami naszego gatunku. Niewyobrażalna płodność, umożliwiająca przyrost do 15 tysięcy osobników rocznie z pierwotnie jednej pary[13], zęby twardsze od ołowiu[14] i odpowiedzialność za śmierć 10 milionów ludzi w samym tylko XX wieku[15] – takie pobudzające wyobraźnię statystyki można by mnożyć, a każda z nich skutecznie wzmacnia wizerunek szczura jako jednostki godnej wyłącznie całkowitej eksterminacji.

Patrząc na historię szczura z szerszej perspektywy, dostrzegamy jednak pewne pozytywne rysy na jego piekielnym wizerunku – w dzisiejszych czasach chociażby w statusie szczura laboratoryjnego, który, choć traktowany brutalnie jako „żyjąca maszyna” kojarzy się bardziej ze sterylnością laboratorium niż brudem rynsztoka. To prawda, że szczury od stuleci generowały poważne problemy związane przede wszystkim z konkurencją o zasoby z Homo sapiens. Jednak w niektórych epokach i kulturach ich status nacechowany był większą ambiwalencją, podobnie jak w przypadku statusu symbolicznego innych „problematycznych” gatunków – chociażby wilka, któremu bycie „szkodnikiem” i „zabójcą” nie przeszkadzało w zdobyciu podszytego lękiem szacunku człowieka. Na przykład w Indiach szczury miewają status zwierzęcia świętego (świątynia Karni Mata), co zresztą nie zmienia faktu, że przeprowadza się tam regularnie brutalne eksterminacje tego gatunku. W Europie aż do XIX wieku status szczura zbliżony był do statusu myszy i nacechowany negatywnie. Szczur postrzegany był jako podjadający zapasy jedzenia szkodnik i zawzięcie tępiony, nie budził jednak zazwyczaj piekielnych konotacji związanych z chorobą i śmiercią[16]. Na pogorszenie jego statusu u progu nowoczesności mogły wpłynąć dwa zjawiska. Pierwsze to wyparcie szczura śniadego przez większego szczura wędrownego, chętniej zajmującego obszary wilgotne, takie jak piwnice czy ścieki, a więc miejsca nacechowane negatywnie w ludzkiej geografii symbolicznej, kojarzone z brudem i rozkładem, z tym, co niebezpieczne i chore (co ciekawe, największą w historii Europy epidemię czarnej śmierci w XIV wieku wywołał szczur śniady, a nie wędrowny, który przybył do Europy dopiero w XVIII wieku[17]). Drugi zaś proces łączy się ze zjawiskiem kanalizowania miast europejskich[18]. Stworzenie sieci kanałów odprowadzających miejskie ścieki było niespodziewanym prezentem dla nielubianego gryzonia,. Stworzyło mu bowiem komfortowe środowisko życia, a zarazem doskonale wpisywało się we wspomniany proces modernistycznego rozdzielenia przestrzeni. To, co czyste, uporządkowane, cenione, a zarazem objęte władaniem człowieka, pozostawało na powierzchni. Niechciane elementy miejskiego metabolizmu, takie jak brud i nieczystości, zepchnięto zaś do podziemi razem ze szczurami. Szczur pojawiający się na powierzchni przestał być odtąd zwykłym szkodnikiem. Stał się zaburzeniem status quo, naruszeniem nieprzekraczalnej granicy. Obecność szczura w miejscu do tego nieprzeznaczonym (czyli każdym oprócz kanałów) staje się źródłem moralnej paniki. Oto zło wychodzi spod ziemi i zagraża ludzkiemu ładowi.

OD KONFLIKTU INTERESÓW DO MORALNEJ DEGRADACJI

Nuisance animals są naszymi wrogami, pośrednio lub bezpośrednio zagrażającymi interesom, a czasem także zdrowiu i życiu człowieka. Są zarazem świadomymi, czującymi i – co przynajmniej w przypadku szczurów jest niepodważalne – inteligentnymi stworzeniami, o często skomplikowanych zachowaniach społecznych[19]. Wewnętrzne napięcie między tymi dwoma stwierdzeniami powoduje dysonans poznawczy. A najlepszym sposobem poradzenia sobie z nim jest wprowadzenie mechanizmu dystansującego, najczęściej poprzez opisane wyżej działanie w materii języka, budowanie obrazowych metafor, mających odebrać przedstawicielom wrogich gatunków jakiekolwiek przejawy podmiotowości. W przypadku szkodników i gatunków inwazyjnych używa się odpowiednio militarystycznych metafor takich jak „urban terrorists” i „biopollution”, mających uzasadnić ich eksterminację poprzez moralną degradację. Nawet w wyważonych publikacjach poświęconych szczurom, mimo często niezaprzeczalnej fascynacji autorów inteligencją tych zwierząt, nie znajdziemy zazwyczaj etycznej refleksji dotyczącej stosowanych wobec nich metod. Zetkniemy się za to z opowieściami o dzielnych ludziach, którzy stawili czoło tej „inwazji” (w książce Pests in the city Dawn Day Biehler, opisującej m.in. walkę z populacją szczurów w amerykańskich miastach w XX wieku, prócz takich wojennych metafor jak „invasion” i „crusade”, znajdziemy także relacje z masowego trucia nowojorskich szczurów w latach sześćdziesiątych opisywane jako „triumph of civic cooperation”, a Curt Richter, autor najbardziej śmiercionośnej trucizny przeciwko tym zwierzętom, określany jest jako „genius of animal studies[20]).

Główny wniosek płynący z naszej analizy ma zatem charakter etyczny i łączy się z aksjologiczną niekonsekwencją w ocenie wartości moralnej poszczególnych gatunków zwierząt. Zarówno teoria jak i praktyka zachowań wobec zwierząt określanych mianem nuisance animals ujawnia bowiem dążenie do ich degradacji moralnej, często przy pomijaniu kwestii zdolności do odczuwania przez nie cierpienia, zdolności poznawczych czy inteligencji. Ponadto sprzeczność interesów między nimi a ludźmi ujawnia głęboką asymetrię – podjęcie środków ograniczania populacji zwierząt bywa bowiem spowodowane nie tylko jawnym zagrożeniem życia i/lub zdrowia ludzi lub innych gatunków przez np. nadmiernie rozrośniętą kolonię szczurów, ale także kwestiami estetycznymi lub wygodą (np. konieczność usuwania szpecących elewacje gołębich odchodów i związane z tym koszty). Pierwszorzędne interesy zwierząt (dążenie do uniknięcia śmierci i cierpienia) są więc stawiane niżej niż drugorzędne interesy ludzi (potrzeba porządku, ładu, życia w czystym, estetycznym otoczeniu). Stajemy zatem przed wyzwaniem korekty dotychczasowej aksjologii i próby opracowania takich rozwiązań etycznych, które przy uwzględnieniu interesów całej ludzkiej populacji lub ekosystemu brałyby pod uwagę, choć w minimalnym stopniu, także interesy jednostek należących do kłopotliwego gatunku określanego mianem szkodnika. Jest to ekstremalnie trudne, co nie znaczy – niemożliwe.

EKOLOGIA WROGA

Badacze nuisance animals, przyjmujący postawę ekologiczną, tacy jak specjalista od szczurów David E. Davies czy zajmujący się gołębiami Daniel Haag-Wackernagel, podkreślają, że praktyki fizycznej eksterminacji niechcianego gatunku są działaniami nie tylko nieetycznymi, ale też krótkoterminowymi[21]. Na dłuższą metę kontrproduktywne, tworzą bowiem niszę ekologiczną, błyskawicznie zapełnianą przez nowe osobniki. Działający w USA w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Davies podkreślał, że decydujące w powstrzymaniu ekspansji szczura są kwestie topograficzne, związane z przestrzenią życiową oraz higieniczne. Szczury pozbawione miejsc, które mogą zajmować, wynoszą się, albo przynajmniej przestają się rozmnażać. Każdy przypadek raptownego wzrostu populacji tych zwierząt ma bowiem konkretne podłoże ekologiczne. Tak jak ekspansja szczurów na Brooklynie w 1893 roku spowodowana zastąpieniem tramwajów konnych elektrycznymi. Brak końskiej karmy, którą do tej pory się żywiły, wyciągnął je z kanałów i piwnic na ulice i do ludzkich gospodarstw, gdzie poszukiwały nowych źródeł pożywienia, budząc przerażenie mieszkańców dzielnicy[22].

Najciekawszego przykładu dostarcza jednak Bazylea, która swojego czasu borykała się z poważnym problemem rozrostu populacji gołębi[23]. Próbowano wszystkich możliwych – bardziej lub mniej humanitarnych – metod rozprawienia się z niechcianym ptakiem. Zabijano go, przesiedlano, stosowano chemiczną sterylizację. Wszystko na nic. W końcu za radą wspomnianego wyżej Daniela Haaga-Wackernagela zdecydowano się na zastosowanie zupełnie nowej metody. Stworzono w tym celu spójny i konsekwentny system kontroli populacji gołębi, w którego skład wchodziło m.in. stworzenie specjalnych miejsc do gniazdowania w umiejscowionych na uboczu loftach, regularnie odwiedzanych przez wolontariuszy, którzy, sprzątając je, zastępowali jednocześnie gołębie jajka sztucznymi. Jednak najważniejszy element planu zakładał przeprowadzenie szeroko zakrojonej kampanii medialnej zniechęcającej mieszkańców Bazylei do dokarmiania gołębi. „Gołębie są gatunkiem oportunistycznym, w mieście zawsze sobie poradzą. Główne dwie czynności w ich życiu to żerowanie i seks. Im więcej czasu przeznaczają na poszukiwanie pokarmu, tym mniej im go zostaje na kopulację. Dokarmiając gołębie przyczyniamy się do drastycznego wzrostu ich populacji, przez co gołębie społeczności są przepełnione, szerzą się w nich choroby i panuje duża śmiertelność piskląt. Dokarmianie gołębi nie tylko więc im nie pomaga, ale jest wręcz niehumanitarne” – tak brzmiał komunikat, który bazylejczycy otrzymali z telewizji, ulotek i plakatów. Zamiast zignorować kampanię, zbiorowo się do niej zastosowali. Efekt? W ciągu kilku lat populacja gołębi w tym mieście spadła o 50%. Ten fenomenalny efekt osiągnięto stuprocentowo ekologicznymi metodami, bez przelewania ptasiej krwi. Proste rozwiązanie, wprowadzane jednak z żelazną konsekwencją i przy współudziale mieszkańców sprawiło, że populacja sama ustabilizowała się na zrównoważonym poziomie.

A co się stało z australijską ropuchą, od której zaczęliśmy ten wywód? Wyrządziła niestety trochę szkód w lokalnych ekosystemach, rozprzestrzeniając się na większą część kontynentu. W ciągu zaledwie kilku pokoleń drapieżniki nauczyły się jednak polować na nią tak, żeby uniknąć jadu, co samo w sobie wydaje się niebywałym wręcz fenomenem adaptacyjności i inteligencji tych zwierząt. Armageddon nie nastąpił. Dzisiaj ropucha olbrzymia jest atrakcją turystyczną w tej części Australii, a lokalna drużyna rugby nosi nazwę Cane Toads, na cześć nowego symbolu Queensland.

 

CC-ludzik Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

 

 

[1] Na potrzeby tego eseju używam pojęcia nuisance animals jako terminu mieszczącego w sobie zarówno zwierzęta określane jako szkodniki (pests), jak i gatunki inwazyjne (invasive species) – bliskie znaczeniowo używanemu czasem terminowi trash animals. Nie jest to stuprocentowo ścisłe pod względem naukowym, jednak uznałam, że pewne terminologiczne decyzje są korzystne z punktu widzenia płynności wywodu.
[2]„Birds and People in Towns and Cities”, Daniel James Pedley, Hull 2010, s. 29
[3] „The New Wild. Why Invasive Species Will Be Nature’s Salvation”, Fred Pierce, Boston 2014, s. 70
[4] „Flying Rats”, Andres D. Blechman [w:] „Trash Animals. How We Live With Nature’s Filthy, Feral, Invasive and Unwated Species” red. Kelsi Nagy, Philip David Johnson II, Londyn 2013, s. 222.
[5] j.w.
[6] „How Pigeons Became Rats. The Cultural Logic of Problem Animals”, Colin Jerolmack [w:] Social Problems New York nr 55 (2008).
[7] Andres D. Blechman, s. 224
[8] Colin Jerolmack, s. 11
[9] „Reordering the Natural World. Humans and Animals in the City” Annabelle Sabloff, Toronto 2001, s. 24
[10] Colin Jerolmack s. 4
[11] Jason Byrne w”The Human Reationship With Nature. Rights of Animals and Plants in the Urban Context” [w:] „The Routlege Handbook of Urban Ecology” red. Ian Douglas, David Goode, Mike Houck, Rusong Wang, Nowy Jork 2011, Randy Malamud, przedmowa do „Trash Animals. How We Live With Nature’s Filthy, Feral, Invasive and Unwanted Species, Colin Jerolmack, Joyce Hwang „Living Among Pests. Designing the Biosynthetic City”, Volume Magazine nr 35, s. 60-64.
[12] Bruno Latour „We Have Never Been Modern”, Cambridge 1993, s. 10-11
[13] „Rats. Observations on the History and Habitat of the City’s Most Unwanted Inhabitants”. Robert Sullivan, Nowy Jork 2005, s. 23
[14] Robert Sullivan, s. 19
[15] Robert Sullivan, s. 22
[16] „Szczur”, Jonathan Burt, Kraków 2006
[17] Robert Sullivan, s. 25
[18] Jonatan Burt, s. 36
[19] „Assessing the Emotions of Laboratory Rats”, Joanna Makowska, Daniel M. Weary, [w:] Applied Animal Behaviour Science 148 (2013), s. 1-12
[20] „Pests in the city. Flies, Bedbugs, Cockroaches and Rats” Dawn Day Biehler, Waszyngton 2013, s. 118-124
[21] Robert Sullivan s. 25, Andres D. Blechman, s. 229
[22] Robert Sullivan, s. 51
[23] „Wyniki badań ankietowych struktury ludności dokarmiającej gołębie miejskie w miastach Pomorza” Tomasz Hetmański, Karolina Misiec, [w:] Fauna Miast. Ochronić różnorodność biotyczną w miastach, red. P. Indykiewicz, L. Jenak, T. Barczak, Bydgoszcz 2008, s. 629-633 i Andres D. Blechman s. 229

Gabriela Jarzębowska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!