Czarne słońce — zwierciadło wierzeń i przyzwyczajeń

Mówią na mnie Gruz. Jestem niewypałem, co go twoje dzieci znalazły i wybuchły w pizdu, bąbelki kochane śliczne. Drutem kolczastym, na który trafia dłoń w ciemności. Butelką z kwasem rozbitą na twoim głupim ryju. Nigdy nie zamykam oczu. Słyszę wszystko. Zawsze i wszędzie cię znajdę. Powiedziałbym ci, żebyś uważał, ale po co masz uważać, skoro i tak cię znajdę. Ja i moi ludzie stoimy na zewnątrz i dyszymy. Gdy zwierzę dyszy, to oznacza, że jest w nim nadmiar mocy. Musi jej trochę wypuścić, bo  inaczej eksploduje mu wszystko, serce, dupa, łeb.

 

Główny bohater Czarnego słońca, Gruz, jest inteligentną maszyną do zabijania. Ma dokładnie zaprogramowany plan swoich działań, skrupulatnie zgromadzone argumenty. Jest żołnierzem o mentalności przywódcy. Doskonale wie co robi i dlaczego. Jest świadomy rzeczywistości w której żyje. Kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z charakterystyki Gruza, pomyślałam, że nowa książka Żulczyka może być naprawdę ciekawym odzwierciedleniem fantazji autora o neofaszyzmie. Płonne nadzieje ostatecznie rozwiał fakt, że autor zdecydował się komentować okrucieństwo głównego bohatera niejednokrotnie przywołując go do porządku. Przywołuje więc do porządku niejako samego siebie, uznając zapewne swoje imaginacje za nazbyt brutalne.

W Czarnym słońcu oglądamy Polskę niedalekiej przyszłości. Kilka, może kilkanaście lat do przodu niesie obraz państwa kościelnego. Główny bohater jest członkiem organizacji Prawdziwy Faszyzm, na której istnienie bezpośrednio wpływa obecność rządów konkordatowych w Polsce. Księża będący członkami katolickiej partii stanowią w sejmie sześćdziesiąt procent posłów. Organizacje faszystowskie rosną w siłę, dzięki przystępującym do nich rzeszom głodnych poczucia władzy ludzi.

Obraz rzeczywistości w Czarnym Słońcu nie jawi mi się jako szczególnie szokujący w porównaniu do faktycznego stanu rzeczy, choćby w kwestii skrajnego podziału na klasę uprzywilejowaną i hołotę, a ku mojemu ogromnemu zdziwieniu odbierany jest powszechnie jako dystopia i wygląda na to, że jako dystopia został napisany. Sama forma powieści, rodem z filmów o superbohaterach napawa wątpliwościami. Banalizacja faszyzmu to tutaj nie jedyny problematyczny zabieg. Jakub Żulczyk wprowadza bowiem do Czarnego Słońca postać Jezusa powracającego na ziemię w postaci małego chłopca- uchodźcy, pod wpływem którego główny bohater znacząco się zmienia. Tym samym powieść z komiksowej dystopii, która de facto dystopią nie jest, a raczej światem zbudowanym na kanwie rzeczywistości, przeobraża się w chrześcijańską parabolę.

Co tu w ogóle się dzieje. Dzieciak jest Jezusem, co on tu w ogóle robi, przecież Jezus to jest wysoki hipis brodaty, którego przybili do krzyża i przedziurawili mu brzucho. Jego matkę wzięli do nieba, poza tym ona w takiej chuście chodzi. A tak w ogóle, to żadne z nich nie było brudasem, tylko oboje byli biali. […] – No tak, jestem Zbawicielem — mówi Dzieciak. — Ale nie jestem martwym Zbawicielem, jeśli wiesz o co mi chodzi.

Alfa, bo tak ma na imię chłopiec, choć fizycznie jest kilkulatkiem, porozumiewa się z łatwością osoby dorosłej. Co więcej, okazuje się być niezwykle chłonny na otoczenie, co skutkuje szybkim przejęciem przez „Jezusa” przyzwyczajeń językowych Gruza. Mamy oto postać Mesjasza, która klnie jak szewc, co w warstwie symbolicznej Czarnego słońca podoba mi się najbardziej. Jednak sytuacja rozwija się, a autor poprzez dialogi i zabiegi fabularne postanawia sugerować, iż z instytucjonalizacji kościołów chrześcijańskich wynika kryzys prawdziwej wiary, co właściwie odpowiada za rzeczywistość społeczno- polityczną w Czarnym słońcu. Można więc uznać nową książkę Żulczyka za przypowieść ewangelizującą, wytykającą Kościołowi jako instytucji szereg błędów, jednak gloryfikującą wiarę samą w sobie. Ten częsty w ogólnoświatowej literaturze zabieg porównywania figury Jezusa do ofiar kryzysu migracyjnego budzi we mnie ogromne wątpliwości. Oczywiście, może posłużyć za argument w odwiecznej batalii z prawicą na temat Innego. Zmusza do refleksji nad jego istotą i zasadnością definiowania w negatywnych kategoriach różnicujących, jednak jak sądzę na tym kończy się jego użyteczność. Nie rozwiązuje problemu wiary jako zestawu odrealniających kultów i przyzwyczajeń, nie podważa kościelnego systemu władzy. Swoją drogą dobrze, że Alfa okazał się Jezusem. Gdyby nim nie był, jego wątek skończyłby się po sekundzie urwaną głową z rąk Gruza. Bowiem wedle wspomnianej logiki, obcy jest w porządku, jeśli okazuje się być jednym z nas, lub chociaż jednego z nas przypominać. Niewiele to zmienia w kontekście neofaszyzmu.

Jakub Żulczyk napisał książkę skrajnie polityczną, bo na bazie przekonań politycznych skonstruował wizję świata i ludzi w nim żyjących, po czym całkowicie odciął się od zajmowania jakiegokolwiek stanowiska. Zbudował rzeczywistość, która ma jego zdaniem nastąpić, jednak do końca nie wiadomo dlaczego tak twierdzi. W wywiadach albo podkreśla antypolskość książki, albo ucieka przed odpowiedzialnością porównując ją do fantazji komiksowej, skrajnie przerysowanej.

Społeczeństwo polskie chce wierzyć, że neofaszyzm jest swoistym folklorem, marginesem, na który należy zwraca uwagę jedynie w kategoriach możliwej eskalacji. Obecne już w czasie rzeczywistym ruchy neofaszystowskie bagatelizuje się na rzecz wyobrażeń o rozprzestrzenianiu się tego nurtu, choć na poziomie deklaracji podobne wyobrażenia mają działać ku przestrodze. Jednak moim zdaniem jest to proces szkodliwy i choć zapewne wynika ze znajomości dziejów historii, które nie napawają optymizmem w kontekście rozwoju nacjonalistycznych ugrupowań, w pewien sposób pomija kwestię tego co tu i teraz. Przepowiednie zawsze były, są i będą efektowne. Przepowiadający zyskuje społeczny status wizjonera, co zdaje się być dla wielu (pisarzy) niezmiernie kuszące.

Radykalny nacjonalizm, wbrew opinii polskiej inteligencji co rusz ulegającej mitom, jest nie tylko obecny jako realna siła polityczna, ale stale rośnie w siłę. Jego incydentalność jest złudzeniem. Podobnie jak przeciwstawianie go charakterowi narodowemu Polaków. Radykalny nacjonalizm to ekspansywna ideologia zbudowana na kulturze przemocy.

Podobno Jakub Żulczyk stworzył dystopię. Przerysowany obraz ku przestrodze, brunatną wizję rzeczywistości podglądanej z bezpiecznej jeszcze teraźniejszości, bowiem jak sam twierdzi, nie opisuje tego co tu i teraz. Brzmi absurdalnie? Gadżety takie jak czapki z daszkiem i ubrania dla psów z logo książki tylko dopełniają tę farsę.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony Czarne słońce jest na swój sposób magnetyzujące. Jak wszystkie dzieła, które można scharakteryzować nadając im przedrostek -pop. Książka Żulczyka jest pop-antyfaszystowska, co oznacza dla niej mniej więcej tyle, że porusza problem w taki sposób, aby nie sprawiał specjalnych problemów interpretacyjnych i odnosił się do alternatywnych, ale wciąż mocno ukorzenionych wśród polskiego społeczeństwa wartości. Dlatego, choć moralizujący wątek Jezusa wzbudza moje wątpliwości, jestem w stanie zrozumieć skąd się wziął. Książka, choć nie nazwałabym jej kontrowersyjną, z pewnością wprowadza w konsternację. Szczególnie, gdy na końcu pojawia się sugestia, że jest zaginionym opowiadaniem Szulca.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!