Berlin. Przewodnik po duszy miasta (fragmenty)

letni obóz

Wczesnym rankiem 3 lipca 1981 roku dworzec Zoo wyglądał gorzej niż dworzec poznański. Stare żółte kafelki, przedwojenne kasy, jedna smutna restauracja z tarasem, z którego z daleka widać słonie. Z terenu ogrodu zoologicznego dochodziły głośne skrzeki egzotycznych ptaków, kiedy wysiadałyśmy z pociągu z niewielkim bagażem: moja dziesięcioletnia siostra, trzydziestosześcioletnia mama i ja, lat szesnaście. Czyżbyśmy i my miały zostać zamknięte w klatce? Egzoty ze Wschodu, słowiańska rasa.

W dworcowych zaułkach kręciły się jakieś obdartusy. Co przesądziło o tym, że wysiadłyśmy na tym zaniedbanym, prowincjonalnym dworcu? Czy tak zaczyna się ścieżka do lepszej przyszłości? Aby wejść na peron, trzeba było wykupić peronówkę za jedną markę. Wszystkie dworce kolei miejskiej były wówczas pod kuratelą NRD i nie przeprowadzano w nich żadnej renowacji. Ten też od lat czterdziestych pozostawał w stanie nienaruszonej prawdy historycznej o podziale Berlina na wschód i zachód. Gdzieś w kącie sprzedawała za dwadzieścia marek swoje wdzięki Christiane z dworca Zoo, narkomanka, której wspomnienia stały się później książkowym bestsellerem. Jedyna rzecz zapamiętana z ulicy, na którą wyszłyśmy, to sklepy pełne butów. Obfitość butów wystawianych na stelażach na ulicach oszołomiła mnie na moment tak, że zapomniałam, czego właśnie doświadczam. Za chwilę miałam się dowiedzieć, że nie mamy biletu powrotnego do Poznania.

Jakże się bałam tego miasta, języka i obcych mi przecież Niemców. Najbardziej bałam się jednak tej Doroty, którą miałam się stać, mieszkając tutaj. Z przyszłości spoglądała na mnie kobieta nieznana, z ogromnym bagażem nieprzewidywalnych doświadczeń determinowanych energią obcego miasta. Jakże wydawała mi się wówczas obca!

Pierwszym naszym miejscem zamieszkania okazał się obóz dla przesiedleńców i uchodźców na Marienfelder Allee. Latami nie lubiłam jeździć w tamtą okolicę, mimo że nasz pobyt w obozie trwał tylko trzy miesiące. Najpierw kwarantanna, potem bieganie od urzędu do urzędu z tak zwanym Laufzetlem. Rodzice postanowili udowodnić niemieckim urzędnikom, że zasługują na przyznanie im obywatelstwa RFN. Obóz otoczony był wysoką metalową siatką, wchodziło się przez portiernię, okazując dowód zamieszkania. Pośród niskich bloków w kolorze brudnego beżu, na porośniętych słabą trawą skwerkach postawiono kilka huśtawek dla dzieci i ławki dla dorosłych. W stołówce podawano obiady za okazaniem kartek na podzielonych na trzy części talerzach, żeby sos nie mieszał się z jarzyną. Dziś talerze te wyszły z mody. Śniadania i kolacje można było odebrać i zanieść do pokoju czy mieszkania. W łagrze dominowały wówczas gwary śląska i saksońska. Na początku lat osiemdziesiątych RFN wykupywał dziesiątki więźniów politycznych z NRD. Ci młodzi jeszcze mężczyźni byli na ogół wykończeni zdrowotnie. Poprzez radość z wolności przebijał ból wspomnień z celi. Za pierwsze otrzymane do ręki pieniądze, po załatwieniu niezbędnych formalności, wyjeżdżali natychmiast na Majorkę, czego bardzo im zazdrościliśmy.

Po dwóch tygodniach dostaliśmy w obozie jako rodzina minimieszkanko, pokój z kuchnią. Umeblowanie pokoju stanowiły dwa żelazne piętrowe łóżka, stół i krzesła. W kuchni stało moje łóżko. Lodówka chłodziła w głośny, natrętny sposób, przerywając sen.

O 22.00 bramę obozu zamykano. A jednak to coś w rodzaju ogrodu zoologicznego, myślałam nieraz, wchodząc, tylko że nikt nie pragnie nas tutaj oglądać.

W sobotę grubo po północy młodzież wracała z dyskotek. Nie mogąc się dostać przez portiernię, chłopcy przeskakiwali przez płot. Dziewczyny w sukienkach musiały korzystać z jakiegoś położonego na parterze mieszkania z balkonem. Zewsząd dochodziły chichoty i radosne pokrzykiwania po śląsku.

Tygodnie w obozie dogoniły mnie po latach, w Warszawie, kiedy jako aktywna dziennikarka radiowa prowadziłam spotkanie z Julią Frank, berlińską pisarką, która również jako dziecko uciekinierki z NRD spędziła miesiące na Marienfelder Allee. Siedziałyśmy w warszawskim Empiku i Julia opowiadała o swojej traumie po obozowym życiu. O tym, jak wykluczano ją z klasy w szkole podstawowej w Berlinie Zachodnim za bycie łagrowym dzieckiem z NRD. Nosiła brzydkie buty ze wschodniego Berlina i stary tornister, który stał się pośmiewiskiem w zachodnioberlińskiej szkole. Dziś książki Julii znajdują się tygodniami na listach bestsellerów tygodnika „Der Spiegel”, a jej buty pochodzą z ekskluzywnych butików na Oranienburgerstrasse. Byli prześladowcy z klasy zazdroszczą jej zapewne sławy i pieniędzy.

Może to i szczęście, że my nie mogłyśmy zabrać ze sobą niczego i musiałyśmy organizować sobie nowe rzeczy, poczynając od butów, poprzez paszporty, a kończąc na książkach. W nowym życiu nie powinno się pozostawiać reminiscencji życia starego. Przenoszą obrazy miejsc i czasów, które na nowych drogach z innymi towarzyszami podróży są obce, spotykają się z niezrozumieniem i z biegiem czasu mutują w kule u nóg, uniemożliwiające swobodne posuwanie się do przodu.

Na kurs języka starosłowiańskiego na slawistyce chodziła ze mną Ewelina z Katowic. Wyjechała z rodzicami do Niemiec tak jak ja, w wieku szesnastu lat. Bardzo tęskniła za Polską i nie mogła się pogodzić z emigracją. Trzymała w szufladzie pod francuskim łóżkiem kosmetyczkę z czasów polskiego liceum. W środku: zaschnięty tusz do rzęs, stara polska pomadka w brzydkiej plastikowej oprawce i antyczny, kruszący się puder. Dziewczęce relikwie ze starego świata, nijak nieprzystające do przepychu zachodnich perfumerii.

Ewelina marzyła w Polsce o grze w teatrze. Była piękna, przypominała młodą Annę Dymną. Po wyjeździe zrezygnowała ze swoich planów, które w berlińskiej dżungli straciły rację bytu. Zgubiła kompas, a stara polska szminka stała się symbolem równoległego uniwersum, w którym marzenia o scenie miały swój sens. Zamiast szlifować niemiecki akcent i zdać egzamin do Wyższej Szkoły Aktorskiej, Ewelina wycofała się na studia slawistyczne, a później uciekła do Rosji, z przekory wobec rodziców obiecujących jej wspaniałe życie na Zachodzie. Ich aspiracje skończyły się na posadzie dozorców, co nie było wyjątkiem wśród przesiedleńców z Polski.

W obozie całymi dniami polegiwałam na łóżku w kuchni, wsłuchując się w szum lodówki zastępujący muzykę. Brakowało mi książek, polskich nie zabrałam, języka niemieckiego jeszcze nie opanowałam, nie miałam pojęcia, jak spędzać czas. Często pisywałam długie listy do przyjaciół.

Na Marienfelder Allee ciężko mi było z kimkolwiek się zaprzyjaźnić. Młodzież w obozie przygotowywała się do wyjazdu „do Rajchu”, jak mówiono, i radość z emigracji, na którą czekano latami, nie pasowała do mojej melancholii. Większość rodzin w obozie pielęgnowała w Polsce niemieckie korzenie i wyjeżdżała w euforii. Nie mogłam podzielić tego uczucia, czułam się uprowadzona przez rodziców i nocami planowałam samodzielny powrót do Poznania. Jakże pragnęłam wówczas uciec!

Wiele godzin dziennie zajmowało moim rodzicom kompletowanie papierów mających stanowić podkładkę w przyznaniu obywatelstwa. W końcu się udało dzięki szwejkowskiemu żartowi losu mojego pradziadka Franciszka. Pradziadek mieszkał pod pruskim zaborem, wobec czego podczas pierwszej wojny światowej wcielony został do armii pruskiej. W trakcie ćwiczeń na placu w koszarach poczuł potrzebę i poszedł w pobliskie krzaki, nie zdążywszy do daleko położonych latryn. Niestety, na robieniu kupy w krzakach przyłapał go generał jednostki. Nazwisko pradziadka z wielkim wykrzyknikiem wpisał do swego notatnika, jednak bez złowrogiego komentarza: „Jeszcze to popamiętasz!”. Jakiś czas później na froncie francuskim ten sam generał, dokonując inspekcji kompanii pradziadka, został zastrzelony przez snajpera. W jego kieszeni znaleziono notes z nazwiskiem Franciszek Danielewicz. Pradziadek, zapytany o znaczenie owej notatki, ze zrozumiałych powodów nie przyznał się do wstydliwego przewinienia, twierdząc, że nie ma pojęcia, o co chodzi. Nie można mu mieć tego za złe. Trzy miesiące później został odznaczony Żelaznym Krzyżem Zasługi i przeniesiony z okopów do kuchni, gdzie przetrwał wojnę, nie narażając życia dla Niemców. Doczekawszy niepodległej Polski osiedlił się w przygranicznym Wolsztynie. Żelazny Krzyż, wprowadzony jako odznaczenie za szczególne męstwo na polu bitwy w wojnie prusko-francuskiej w 1813 roku, szwejkowskim fartem znalazł się więc w mojej rodzinie również przez front niemiecko-francuski. Przyznawany był każdemu, niezależnie od stopnia wojskowego, pochodzenia społecznego czy narodowości i paradoksalnie umożliwił moim rodzicom zdobycie obywatelstwa RFN. Jeśli dać wiarę rodzinnym mitom, które opowiadane przez dziesiątki lat, mogły zmienić z czasem i warunkami historycznymi swą wymowę. Jaki film nakręciłby na ten temat Krzysztof Kieślowski? Może pradziadek ów był rzeczywiście walecznym żołnierzem pruskim, a historię z latryną wymyślił na użytek późniejszych polskich słuchaczy? A może było właśnie tak, jak opowiadał swoim dzieciom i wnukom, dokładnie tak i nie inaczej? A może istniała jeszcze inna wersja jego pierwszej wojny światowej, tajemna i smutna, pełna śmierci i bólu, wersja, której nie chciał usłyszeć nikt, a która powracała w snach pradziadka, przyprawiając go o siódme poty i krzyk przez sen.

Jeśli chodzi o Żelazny Krzyż i latrynę, zastanawiałam się wówczas, czy to kpiny, czy siła wyższa. Pierwsze lata pobytu w Berlinie zakrawały raczej na kpinę, ostatnie – na starannie wykreowany los, którego początki sięgały roku 1914, czy nawet jeszcze wcześniej. Teraz już wiem, że dzisiejszy żart opatrzności może jutro stać się błogosławieństwem. Lecz między dziś a jutro leżą nierzadko długie i bolesne lata niepewności.

Pariliarumaniralauqsimanngittunga – Nigdy nie powiedziałem, że chcę jechać do Paryża

Kiedyś umówiłam się na pierwszą randkę z pewnym chłopakiem, na imię mu było Martin, w zoo. Przyniósł mi różę i krążyliśmy między klatkami, liżąc lody. To właśnie z nim byłam po raz pierwszy w dyskotece „Dżungla”, położonej zresztą niedaleko ogrodu zoologicznego. Całowaliśmy się wśród nietoperzy w budynku dla zwierząt nocnych, gdzie panował przyjemny półmrok.

Niedawno berliński ogród zoologiczny przeszedł fazę polarnego niedźwiadka Knuta. Po przyjściu na świat w 2006 roku Knut został odrzucony przez matkę. Miał 810 gramów, był maleńki, miał niewielkie szanse na przeżycie. Całe Niemcy, ba, cała Europa obserwowała małego białego misia chowanego przez oddanego mu opiekuna Thomasa. Opiekun zamieszkał nawet w zoo, aby co sześć godzin podawać Knutowi pokarm. Miś przez 44 dni leżał w inkubatorze. Publiczności berlińskiej przedstawiony został po osiągnięciu wagi ośmiu kilogramów. Po wyjściu na wybieg miś stał się główną atrakcją Berlina, tłumy schodziły się, aby go zobaczyć, w sklepach zoo sprzedawano kartki z jego podobizną i pluszowe misie o imieniu Knut. Tysiące osób kochało Knuta, odwiedzało Knuta, zbierało fotografie Knuta. Niedźwiedź zmarł w piątym roku życia, pogrążając w smutku zakochanych w nim berlińczyków.

Białe niedźwiedzie pochodzą z dalekiej północy, z krain pokrytych wiecznym śniegiem zamieszkanych przez lud Inuitów.

W berlińskim zoo przeszło sto lat temu mieszkało również kilka rodzin Inuitów. Mieli własną, przestronną „klatkę” z wybiegiem. Jeden z nich nazywał się Abraham Ulrikab i pochodził z Labradoru. Był chrześcijaninem, grał na skrzypcach. Swoje wrażenia z podróży do Europy i pobytów w hamburskim i berlińskim ogrodzie zoologicznym opisał w dzienniku. W roku 1880 został wysłany przez Carla Hagenbecka, wówczas największego handlarza zwierzętami i ludnością kolonialną na świecie, pociągiem z Hamburga do Berlina. „Podróż lokomotywą parową była tak szybka, iż wydawało mi się, że lecę” – pisał w dzienniku Abraham. Wraz z trzydziestopięcioletnim Abrahamem podróżowali jego żona Ulrike, lat 24, dwójka dzieci, czteroletnia Sarah i nowonarodzona Maria oraz siostrzeniec Tobias, lat dwadzieścia. Towarzyszyła im para szamanów Terriniak i Paingo wraz z dorastającą córką Noggasak. Przygoda Abrahama rozpoczęła się w roku 1880, kiedy ludzie Hagenbecka przypłynęli do Hebronu na północnym Labradorze na statku „Niedźwiedź Polarny”. Poszukiwali „murzynów, Patagończyków i Eskimosów”. Rodzinie Abrahama obiecano wspaniałą podróż i spory zarobek w Europie w zamian za prezentację kultury i zwyczajów Inuitów. Abraham był winien 10 funtów misji chrześcijańskiej w Hebronie i pragnął zwrócić dług z zarobionych w Europie pieniędzy. Niestety, przed wyruszeniem w podróż nie zaszczepiono ich przeciwko ospie wietrznej i już na statku zmarła córka Sarah. Wkrótce odeszła też maleńka Maria.

W berlińskim zoo Inuitów powitały tłumy. Mieli za zadanie chodzić po wybiegu w swoich tradycyjnych strojach, rozmawiać w języku inuktitut i od czasu do czasu rzucać harpunem. Karmiono ich o stałych porach, co było tak samo atrakcyjne, jak dziś karmienie fok. W porach podawania posiłków zbierały się przed wybiegiem tłumy. Pariliarumaniralauqsimanngittunga to znalezione przeze mnie w internecie zdanie w języku inuktitut, oznaczające, że wypowiadający je nigdy nie mówił, że chce jechać do Paryża. Wydawało mi się, że idealnie pasuje jako tytuł do tego rozdziału.

Umieszczanie „dzikich” w ogrodach zoologicznych stało się w drugiej połowie XIX wieku bardzo popularne. Osoby biorące udział w tych pokazach były „zatrudnione” za jakieś niewielkie honorarium, jeśli pochodziły z USA, lub po prostu łudzone przez ludzi Hagenbecka karierą i przygodą. Afrykańczycy nie otrzymywali ciepłej odzieży, zmuszeni byli mieszkać w nieogrzewanych szałasach. Europejskie zimy i choroby spowodowały śmierć tysięcy nieszczęśników wystawianych w „ludzkich zoo” za drucianymi siatkami. Berliński dyrektor zoo początkowo nie palił się do interesu z Hagenbeckiem, przekonały go w końcu finanse. Zwierzęta przestały być popularne, a na „dzikich” przychodziły tłumy. W latach siedemdziesiątych XIX wieku pokaz Sudańczyków w Berlinie, Warszawie i Paryżu przyciągnął do każdego miejskiego zoo trzysta tysięcy osób. Kiedy prezentowani w Berlinie mieszkańcy Ziemi Ognistej zmęczeni całodzienną paradą przed publicznością wycofali się do swoich chatek, niezadowolony tłum czterdziestu tysięcy berlińczyków, rozgrzany piwem, stratował płot, połamał ławki i krzesła, domagając się „dzikusów”. Indianie przedstawiani byli jako „prawdziwi kanibale” i rzucano im o stałych porach surowe mięso do klatki.

Inuitom nie wiodło się w Berlinie: Tobias był często traktowany przez norweskiego „szefa” grupy, Adriana Jacobsena, szpicrutą. Dziennik Abrahama Ulrikaba opisującego cierpienia swojej rodziny został odesłany do misji Kościoła morawskiego w Hebronie. Nie wiadomo, czy dołączono dziesięć funtów długu Abrahama.

Abraham przybył do Europy we wrześniu 1880 roku, zmarł 13 stycznia 1881roku, jego żona Ulrike odeszła trzy dni później. Nie wiadomo, gdzie są ich groby. Nigdzie nie ma płyty upamiętniającej ich cierpienie w klatce. Jeśli pragnęłabym złożyć kwiaty w rocznicę ich śmierci, nie miałabym gdzie. Chyba że przy marmurowej rzeźbie Knuta, polarnego niedźwiadka, wielkiego brata Inuitów. W języku inuktitut niedźwiedź nazywa się Nanook. Mitologia ludów Inuit pełna jest historii o niedźwiedziach, które uważane są za krewnych człowieka i dlatego zasługują na szacunek. Według pradawnych wierzeń dusza ludzka i dusza niedźwiedzia mogą się wymieniać ciałami. Niedźwiedzie siedzą jak człowiek i poruszają się na dwóch łapach. Inuici wychodzący kiedyś na polowanie zakładali na siebie futro niedźwiedzia. Podobno od niedźwiedzi nauczyli się zasad polowania na foki i budowy igloo. Nierzadko dusza Nanook w następnym życiu przychodziła na świat jako człowiek. Według Inuit z Labradoru, czyli przodków Abrahama, niedźwiedź polarny był czystą manifestacją Wielkiego Ducha zwanego Tuurngasuk.

Inuici, Sudańczycy i inni pokazywani w Berlinie „dzicy” byli niezwykle przydatni naukowcom zajmującym się badaniami antropologicznymi. Jeden z nich, renomowany profesor Rudolf Virchov czynnie współpracował z Carlem Hagenbeckiem, „zamawiając” różne rasy do pomiarów. Berlińscy antropolodzy mierzyli czaszki przyjezdnych w klinice Charité. Pomiary te stały się przyczynkiem do rasistowskich teorii nazistów, jednak Rudolf Virchov nigdy nie przypuszczał, że jego praca może do tego posłużyć. W 1879 roku po wizycie w Troi na wykopaliskach Heinricha Schliemanna, odkrywcy trojańskiego skarbu, i przebadaniu wykopanych tam czaszek doszedł do wniosku, podważając tym samym ewolucyjne teorie Karola Darwina, że rasa ludzka nie pochodzi od małp. Virchov uważał również, że teorie na temat rzekomo bardziej rozwiniętej „rasy aryjskiej” nie mają żadnego naukowego uzasadnienia i biorą się z niemądrego „nordyckiego mistycyzmu”. Profesor wpisał się pozytywnie w historię Berlina, jako pierwszy w Niemczech optując za publicznymi lecznicami i placami zabaw dla dzieci. Przyczynił się także do budowy systemu kanalizacji. Za jego czasów założono kilka publicznych klinik i do dziś, udając się na badania, jedziemy na ogół do jakiegoś szpitala imienia Rudolfa Virchova. Jednakże badani przez ludzi profesora „dzicy” umierali na przeróżne choroby, nie doczekawszy się nawet podstawowej pomocy lekarskiej.

Niedźwiadek Knut był co prawda pod znakomitą opieką lekarską, ale jego wrażliwej duszy brakowało pewnie matczynej miłości i, kto wie, może również nie wytrzymała Berlina i obserwujących tłumów ludzi. Pewnego poranka znaleziono go nieżywego w rowie z wodą oddzielającym wybieg.

Legenda Inuitów mówi o niedźwiedziu polarnym zwanym Gwiezdny Wędrowiec. Był stary, mądry i ogromny. Wiele razy przechodził z jednej strony Arktyki na drugą. Lubił poruszać się nocą, za dnia odpoczywał. Wszyscy Inuici oraz inne zwierzęta mieli do niego szacunek. Gdy nadszedł czas i Gwiezdny Wędrowiec musiał opuścić ziemię, został nagrodzony przez Wielkiego Ducha Tuurngasuka, który pokazał mu drogę do nieba i jako drogowskaz przymocował na nieboskłonie Gwiazdę Polarną. Miała ona również pomóc ludziom odnaleźć w nocy drogę do domu. Nieraz podczas bezchmurnych nocy można na niebie zaobserwować niedźwiedzia, jak wędruje z jednej strony nieba na drugą, wzburzając gwiezdny pył. Spadają przy tym gwiazdy, a ludziom, którzy je zauważają, spełniają się życzenia.

Fragmenty pochodzą z książki Doroty Danielewicz-Kerskiej Berlin. Przewodnik po duszy miasta, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013. Więcej o książce: http://www.gwfoksal.pl/ksiazki/berlin-przewodnik-po-duszy-miasta.html

Dorota Danielewicz-Kerska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!