Jedna łza Man-Motha

W Księga Kapłańskiej czytamy: „Jeżeli w waszym kraju osiedli się przybysz, nie będziecie go uciskać. Przybysza, który się osiedlił wśród was, będziecie uważać za obywatela. Będziesz go miłował jak siebie samego, bo i wy byliście przybyszami w ziemi egipskiej” (19:34-35). Fragment ten jest interesujący nie tylko dlatego, że zawiera nakaz bezwarunkowej, absolutnej gościnności[1], gościnności, która, nie zważając na tożsamość „przybysza”, podejmuje go jak obywatela, ale także dlatego, że wiąże możliwość takiej gościnności z faktem, iż gospodarz sam kiedyś był przybyszem. Tylko taki pan, który pamięta o iluzorycznym charakterze swojego panowania, może otworzyć podwoje domostwa innemu. Tylko taka tożsamość, która nie wyrzeka się źródłowej obcości i która, wobec tego, sama siebie nie rozpoznaje, może uczestniczyć w zdarzeniu, które określimy jako etyczne, jeśli etyka to „otwarcie tego, co znajome na to, co nieznajome” (Tracy McNulty, XVI).

Co jest nieznajome? Laura (Riding) Jackson powiedziałaby, że istnieją dwie takie rzeczy, dwa rodzaje obcości kształtującej tożsamość człowieka-mężczyzny, pana domu europejskiej myśli i sztuki: Bóg i kobieta, a może raczej – kobieta (obcość absolutna) i Bóg (wyolbrzymienie cech mężczyzny). Jednak tylko Bóg pojawia się w opowieściach o gościnności w sposób jednoznaczny, rola kobiety (kobiecości) jest bardziej tajemnicza, ukryta, choć – jak próbuję dowodzić od pierwszej części niniejszych rozważań – kluczowa. Przypomnijmy, że w niemal wszystkich kulturach pojawiają się opowieści o bóstwach wstępujących w ludzkie progi w przebraniu, żeby poddać gospodarzy testowi (od razu jednak zapytajmy: czy warunkiem pozytywnego przejścia testu jest rozpoznanie boskiej natury gościa, czy wręcz przeciwnie – wytrwałość w niewiedzy?). W opowieściach tych często występują, zwykle jako postacie drugoplanowe, także kobiety. Bardzo interesująca wydaje mi się teza przytaczanej już kilkakrotnie Tracy McNulty, która dowodzi, iż kobieta jest częstokroć tą, która umożliwia zajście relacji gościnności pomiędzy panem domu (mężczyzną) a gościem (boskim przybyszem), choć sama na pozór nie bierze w niej udziału. McNulty analizuje przypadek Sary, żony Abrahama, której niedowierzający śmiech w reakcji na obietnicę, że ma jeszcze urodzić dziecko, stanowi przypieczętowanie Abrahamowej gościnności. Sara jest eksterioryzacją niewiedzy Abrahama, niezbędnej, jeśli gościnność ma być autentyczna. Zarazem jednak zagrażałaby owa niewiedza tożsamości Abrahama jako pana domu, dlatego zostaje umieszczona w żonie, która nie jest tym samym, co mąż, ale przecież do niego należy. Z kolei słup soli, w który zamieniła się żona Lota, stanowi realną (w sensie nadanym temu słowu przez Jacquesa Lacana) pozostałość symbolicznej transakcji pomiędzy Lotem a Bogiem. Obydwie kobiety ucieleśniają niekompletność praw i nieszczelność porządku symbolicznego, a zatem także – iluzoryczny charakter monoteizmu. Łono Sary to ucieleśnienie gościnności namiotu Abrahama (kobiecy charakter bezwarunkowej gościnności zostanie dobitnie podkreślony w dalszych księgach Starego Testamentu, ale wtedy gościnność będzie już potępiona. Ezechiel porówna namiot do kobiecych organów płciowych, Izrael określi mianem niewiernej małżonki). McNulty odnotowuje ponadto, że jedno z dwóch najważniejszych hebrajskich słów oznaczających obcość to zar: słowo to określa stan inności, ale może też odnosić się do aktu bałwochwalstwa albo cudzołóstwa, może też określać „zagubiony przedmiot lub kobietę” (McNulty, 29).

Analiza McNulty dowodzi prawdziwości prostego stwierdzenia Laury (Riding) Jackson: „women are strangers in the country of men”, czyli – kobiety są przybyszkami w kraju mężczyzn. (Riding) Jackson miała na myśli nie tyle sytuację polityczną w Europie (choć w latach trzydziestych, kiedy pisała te słowa, nie wszystkie europejskie kraje gwarantowały kobietom prawo do głosowania), co rzeczywistość duchową, dotykającą samych podstaw bycia. Mężczyźni mianowali siebie gospodarzami ludzkiego domu (domu, którego budulcem, zdaniem (Riding) Jackson, są przede wszystkim słowa) i zarządzają nim zgodnie z logiką ego-logicznej tożsamości, natomiast kobiecość czeka w podziemiu, czasem tylko dając o sobie znać w takiej czy innej wyjątkowo gościnnej opowieści.

Chciałabym teraz przyjrzeć się wierszowi Man-Moth Elizabeth Bishop, w którym mowa o chwilowym wyjściu z podziemia czegoś, co – podobnie jak kobiecość – nie ma pozytywnego bytu, a jest jedynie ucieleśnieniem niekompletności bycia i zawodności dominujących sposobów zarządzania rzeczywistością. Wiersz ten może służyć za przykład gościnnej poetyki ze względu na to, w jaki sposób buduje relację pomiędzy podmiotem mówiącym, czyli panem (w tym wypadku – „panią” domu), a „przybyszami”, którym pozwala się w tym domu, choćby tylko przelotnie, zaistnieć. Ponadto, Man-Moth jest opowieścią o braku gościnności; o przemocy porządku symbolicznego, który – w celu zachowania pozorów spójności – musi wytrwale eliminować to, co inne, obce, dziwne, zagubione, zarazem jednak niepokojąco bliskie, źródłowe, unheimlich, w skrócie – to, co nie jest człowiekiem-mężczyzną (Man), co zatem jest nieczłowiekiem, a więc kobietą, zwierzęciem, pustką. Przytaczam wiersz Bishop w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego:

Man-Moth

Tu, na górze,
blaski rozbitego księżyca zatykają szpary w budynkach.
Całkowity cień Człowieka sprowadza się do kapelusza.
Pada mu do stóp jak rondo podstawki pod lalkę i powstaje
odwrócona szpilka o czubku namagnesowanym przez księżyc.
Człowiek nie widzi księżyca; obserwuje jego ogromne rewiry,
czując tylko paradne światło na rękach, ni zimne, ni gorące,
w temperaturach, których nie mierzą żadne termometry.

Ale gdy Man-Moth
składa swoje rzadkie, lecz regularne wizyty na powierzchni,
nieco innym okiem patrzy na księżyc. Wychodzi
z dowolnego otworu w krawężniku któregoś z chodników
i zaczyna nerwowo zdobywać frontony różnych budynków.
Przypuszcza, że księżyc to maleńka dziura w powale nieba
świadcząca o bezużyteczności nieba w roli osłony. Drży,
lecz musi sprawę wyświetlić tak wysoko, jak tylko się da.

Piętro po piętrze
cień wlecze się za nim jak szmata fotografa wzdłuż fasad,
gdy wspina się, wylękniony, myśląc, że tym razem da radę,
wepchnie filigranową głowę w ten otwór okrągły i czysty
i da się wycisnąć na światło w czarnych skrętach jak z tuby.
(Człowiek pod nim stojący nie ma podobnych iluzji.)
A Man-Moth musi wykonać to, co go najbardziej przeraża,
choć nic z tego, rzecz jasna; ląduje zatrwożony, acz cały.

Wtedy powraca
w blade tunele z cementu, które nazywa swym domem. Fryga,
fruwa, i nigdy nie zostaje pasażerem bezgłośnych pociągów
wystarczająco pospiesznych. Drzwi zamykają się w mig.
Man-Moth zawsze zajmuje miejsce tyłem do kierunku jazdy,
a metro rusza z maksymalną, straszliwą prędkością
bez jednej zmiany biegów czy jakiejkolwiek gradacji.
Man-Moth nie ma danych o szybkości swoich podróży do tyłu.

Każdej nocy musi
przejeżdżać w kółko te sztuczne tunele i śnić seryjne sny.
Jak podkłady pod pociągiem, sny migają serią pod spodem
jego rozpędzonego mózgu. Nie śmie wyjrzeć przez okno,
ponieważ trzecia szyna, jednostajny podmuch trucizny,
biegnie obok niego o włos. Uważa ją za pewną chorobę,
na którą ma dziedziczną podatność. Musi chować ręce
w kieszeniach, tak jak inni muszą nosić szaliki.

Gdyby dał się złapać,
bateryjką świećcie mu w oko. Ma samą źrenicę, ciemną
noc w czystej postaci, i zjeży się jej owłosiony horyzont,
gdy zerknie na was i oko zatrzaśnie. Spomiędzy powiek
wszystko, co ma – jedna łza – wysuwa się wtedy jak żądło.
Chyłkiem zgarnie ją w dłoń i – jeśli nie będziecie czujni –
połknie. Lecz wystarczy mieć oczy otwarte, a odda –
czystą jak z głębinowych źródeł i schłodzoną do picia.[2]

Czytelnicy będą oczywiście pamiętali, że słowo „Man-Moth” powstało w wyniku gazetowej literówki; chodziło o „mammoth”, czyli „mamut”. Zupełnie nie da się określić, czym lub kim jest Man-Moth, a nawet – jaki jest jego status ontologiczny. Czy można powiedzieć, że istnieje? Ani tak, ani nie. Istnieje tylko jako byt potencjalny i wyłącznie w kontraście do Człowieka. Albo odwrotnie, to Człowiek istnieje w kontraście do Man-Motha, o ile „istnieć” to być w pełni poddanym prawom logiki jakiegoś świata. Że nie jest to jedyny możliwy świat (i jedyna możliwa logika), o tym zaświadczają już pierwsze słowa wiersza: „tu, na górze…”, sugerujące obecność jakiejś innej rzeczywistości, „tam, na dole”. Man-Moth jest przybyszem nie tyle z konkretnej, alternatywnej wobec „tu” rzeczywistości, co z obszaru czystej potencjalności. Jego pojawienie się dowodzi, że „tu” to po prostu miejsce, być może jedno z wielu wyobrażalnych miejsc, nic absolutnego. Pisany wielką literą „Człowiek” (w oryginale: „Man”) zdaje się być nie tylko istotą ludzką (płci męskiej), ale też figurą człowieczeństwa jako jednej z wiodących idei myśli europejskiej, jednej z podstaw zachodniej metafizyki (nie trzeba przypominać o związkach metafizyki z fallogocentryzmem). Pojawienie się Man-Motha można potraktować jako prztyczek w nos Człowieka, wprowadzający niepokój. Czy Man-Moth to podgatunek człowieka („Man”), specyficzny egzemplarz człowieczeństwa (analogicznie moglibyśmy zapytać o relację pomiędzy kobietą, „Wo-Man”, a mężczyzną, „Man”)? A może Człowiek to podgatunek Man-Motha, taki, który utracił swoją ćmią naturę? (Zgodnie z objaśnieniem relacji pomiędzy słowami „Woman” i „Man” przedstawionym przez (Riding) Jackson – „Woman” to istota z woalem, „Man” byłby zatem kobietą, która straciła woal – tajemnicę? Swoją pierwotną naturę[3] – podkreślam tu zbieżność między budową angielskiego słowa „Wo-Man” i budową nazwy „Man-Moth”) Odmienne zachowania Człowieka i Man-Motha wobec księżyca zdają się sugerować raczej to drugie, wizja Man-Motha jest przecież pełniejsza i chyba prawdziwsza, choć zarazem bardziej niebezpieczna. Człowiek obserwuje jedynie „paradne światło” księżyca na dłoniach, Man-Moth nie tylko widzi sam księżyc, ale też zmierza ku niemu. Powiemy oczywiście, że zmierza ku niemu „na własną zgubę”, ale czy zgubienie siebie (swojej metafizycznie pojmowanej tożsamości) nie jest warunkiem wyjścia ku czemuś innemu, ku czemuś, co nieznane? Przypomnijmy przywołane powyżej sformułowanie Tracy McNulty: etyka to „otwarcie tego, co znajome na to, co nieznajome”. Man-Moth okazuje się zdolny do takiego otwarcia, człowiek – (już?) nie. Trudno też pominąć komizm sytuacji opisanej w pierwszych zwrotkach wiersza (etyczna wartość śmiechu to jednak temat, którego z braku miejsca nie mogę tu rozwinąć). Człowiek, „korona stworzenia”, sterczy pod lampą księżyca, obserwując swoje dłonie, bo od źródła światła oddziela go ogromny kapelusz, nadający mu widok groteskowej lalki na podstawce z cienia albo odwróconej szpilki „o czubku namagnesowanym przez księżyc”. Z kolei Man-Moth, ten tajemniczy starszy brat (siostra?) Człowieka, gramoli się ku księżycowi. Obserwując tę wędrówkę, mamy przecież w pamięci jego mamucią genealogię, zarazem jednak dowiadujemy się, że głowa tego stworzenia jest „filigranowa”, zapewne jak u ćmy. Zabawność sytuacji nie zmienia tymczasem faktu, że w daremnym wysiłku Man-Motha kryje się coś głęboko wzruszającego i znajomego, coś, w czym każdy Człowiek rozpozna ślad swojego własnego pragnienia.

Po nieudanej próbie wepchnięcia filigranowej głowy w „okrągły i czysty” otwór księżyca Man-Moth wraca do domu. Z kolejnych zwrotek dowiadujemy się, że jego naturalnym środowiskiem są „blade tunele z cementu”, w których podróżuje „tyłem do kierunku jazdy”, „ze straszliwą prędkością”. Ten dynamiczny obraz przywodzi na myśl film przewijany do tyłu na podglądzie. Podczas przewijania widać sztuczność przedstawionych czynności i zdarzeń: to samo, co podczas zwykłego (zgodnego z obowiązującym „tu, na górze” porządkiem percepcji) seansu jest w pełni wiarygodne, ukazuje teraz swoją dziwaczność. Rozpędzony (do tyłu) Man-Moth jest jak niedający się usunąć alternatywny punkt widzenia, powiedzmy – z boku albo z drugiej strony ekranu, skąd widać, że wyświetlające się w kinie obrazy to tylko iluzja wygenerowana przez grę światła i ciemności (światło może być księżycowe). Man-Moth widzi te obrazy pod postacią snów – zawsze tych samych, powtarzalnych, „seryjnych” – jak słowa. Cały ten niemożliwy teatr utrzymuje się w nieustającym ruchu za sprawą „trzeciej szyny”, śmiertelnie niebezpiecznej, jak „jednostajny podmuch trucizny”. Man-Moth „nie śmie wyjrzeć przez okno”, zarazem jednak wie, że nie ma żadnej ucieczki przed tą „chorobą”, ponieważ ona sama jest ucieczką, paradoksalnym „miejscem”, nazywanym przez Man-Motha swoim domem, które jednak nie jest domem, bo nie można o nim powiedzieć, żeby w ogóle czymkolwiek było.

Ostatnia zwrotka wiersza wyjaśnia, że Man-Moth w żadnym razie nie jest „zewnętrzny” wobec obserwowanego przez siebie teatru światła i cieni („tu, na górze”), a wręcz przeciwnie, jest jego częścią, warunkiem, ciemnym tłem, na którym wyświetlają się rozmaite zjawiska – także nieco zabawne zjawisko o nazwie „Człowiek”. Jeśli Man-Moth zostanie pojmany i przyszpilony okrutnym, policyjnym gestem („bateryjką świećcie mu w oko”), jego jedyną esencją okaże się pojedyncza łza. Jedna łza Man-Motha, jak słup soli, który pozostał po żonie Lota, jest ekscesem, naddatkiem materialności, z którym logika obowiązująca „tu, na górze” nie całkiem sobie radzi (właśnie dlatego wiersz ironicznie namawia do próby zneutralizowania Man-Motha). Jednak to właśnie dzięki łzie Man-Motha – dzięki tej niemęskiej rzeczy – jest życie, odporna na przemoc metafizyki niespodzianka, wobec której wiersz Bishop (nie tylko ten) pozostaje gościnnie otwarty, nie rezygnując przecież z poezji.

[1] Tracy McNulty w książce The Hostess: Hospitality, Femininity and the Expropriation of Identity (University of Minnesota Press, 2007) zwraca uwagę, że nakaz ten pojawia się przede wszystkim w Księdze Rodzaju, natomiast nadanie dekalogu usuwa obowiązek bezwarunkowej gościnności jako sprzeczny z monoteizmem – gościnność będzie się odtąd wiązała z ryzykiem bałwochwalstwa. McNulty przywołuje w tym kontekście myśl Jacquesa Derridy, który pisał o napięciu pomiędzy dwoma rodzajami prawa: absolutnym „Prawem” gościnności i poszczególnymi (względnymi) prawami regulującymi gościnność w konkretnych sytuacjach. Te drugie stawiają granice, czyniąc to, łamią absolutne Prawo gościnności. Prawo jest ponad prawami i właśnie z tego powodu jest – w ścisłym znaczeniu tego słowa – nielegalne. (zob. McNulty, str. 35).
[2] „Literatura na Świecie”, 12/2000 (353), str. 176–178.
[3] Laura (Riding) Jakson, The Word Woman and Other Related Writings.

Julia Fiedorczuk

(1975) Poetka, prozaiczka, tłumaczka i krytyczka literacka. Doktor nauk humanistycznych, prowadzi zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim. Akademicko zajmuje się krytyką feministyczną i ekologiczną, poruszając się przede wszystkim w obszarze literaturoznawstwa. Wydała cztery książki poetyckie, zbiór opowiadań ("Poranek Marii i Inne Opowiadania", Wrocław 2010, ) i powieść ("Biała Ofelia", Wrocław 2011). Laureatka nagród: Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za najlepszy debiut (Poznań 2003) i Huberta Burdy (Wiedeń 2005). Jest członkinią ASLE (Association for the Study of Literature and the Environment). Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!