Wiersze

Dal

odnoszę wrażenie że świat to porcja
jednak głęboko w sobie wiem że nie
<a> / <b> times <c> is a{<b>} over {<a>}

przez pnący groszek zobaczyć gehennę kwiatu
i całe jego zoo co pod skórą okrada tkankę
łączną promenadą oddechów i fotosyntezy

pierdolą mnie cegły <+> mam jedną grupę krwi
<-> to jest zasada łączności z moimi
0 rh- więc wybaczcie mi łamigłowę

 

Podmokła

Na monitorach aorty widać domofony
naciskają je głosem i wpływam na czas
jaki kokardką zawiązał się w powietrzu
i odciążył z niezasadzonej przyszłości

proce dnia doczesnego wiązane są z ciebie
strzelają ogrodem do miast i z piaskownicy
wystaje mój młody łeb co trafił kamień
z przystrzyżonych ślepi zezowatej pszczoły

przystrzyż sobie świat i umaluj mu uszy
malowane ptaki ciągle chcą w nim latać
same chcą w końcu dziobać całe klucze
choćby były nawet od własnego domu

malowane ręce Indian na pstrym brzegu
lepią nowy świat z niemądrych kolorów
z guzików zakładają banki i z nitek
się kręci boskie samochody, papamobile

boję się czasem patrzyć jak świat się zmienia
pnie po całych sklepieniach i porasta
wszystko, to co wydawało się sufitem ziemi
na której stać mi każą wszyscy jak na mszy

na apelu w szkole przy maszynie w lesie
maszynie do pisania czy do strzałów końca
wędrownych duszków bujających się w czasie
całego spektaklu jaki opłucze nam ręce

jaki otworzysz skrzynkę z maszynami do życia
działania te trwają nawet porośnięte, nie zburzy jej
rdza przyszłego żywiołu co się pali w przeręblu
nowego znowu czasu, kolejnej minuty

przebłagania za grzechy i świata gołego.

 

Serpentyna

Wyszedłem z lasu trzymając komodorę
podpaliłem pióra na pijanym albatrosie
oderwałem liście z czoła założyłem buty
będę kręcił nową fabrykę wisów pod radomiem

będę kręcił watę cukrową na pierścieniu
którejś ze spadających nagich planet
kręcił z dziewczyną o niezawodnej twarzy
w przełyku trzymał kawałek serpentyny

settembrini strzelił palcem niestety trafił
w ścianę łączącą katastrofę z łąką i ląd
się rozstąpił przy policzkowaniu młodych
jeszcze iskier supernowych z salem

wszedłem do klasera kanceruję znaczki
biegnę w ciężkich butach pamiątce z wermachtu
trzymając się za zęba a koleżankę za oko
żeby nie wypadło i nie było psychoz

bezprzewodowe myszy już dogania kocur
zmienia przeznaczenie wywołuje wojnę
z igłą nitka uprawia nagi lunch na mojej
osobistej szybce od telewizora czemu tak

przepastnie się we mnie wpatruje współczesny
bachus wychudzony na kokainie z zębem
jednym tylko w swojej młodej twarzy
i jednym oku na wpół zamkniętym kopycie.

Rafał Rutkowski

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!