Wiersze

Komujisty

Kiedyś były to tylko us
ta.
Dziś „muje” w języku rumuńskim to
Często używana wobec polityków uj
ma.
Mujsta to osoba praktykująca oralny seks.
W internetowym słowniku podkreślane jest,
że chodzi zarówno o minetkę (tylko mężczyźni), jak i o lodzik (tylko kobiety).
Znacie pewnie też
ten włoski gest –
pięć zaciśniętych palców w górę idą – to muje.

Określa również pojęcie szpicla.

Widocznie łacini, włosi, tak jak i rumuni
brzydzili się oralnym seksem.
A szkoda. Czyżby polacy, polki też?

Frazeologizm „prowadzić kogoś mują”
znaczy w rumuńskim
obiecywać gruszki na tui.

Przedrostek „ko” – to brzmi, jak i w angielskim – „współ”.
Czyli „komujism” byłoby czymś w rodzaju –
wspólnego fellatio.
Czy może fajniej, ja już to dodaję,
taki sikstinajn.

Słowo „komujism” znalazłem w poemacie Dobrze
Włodzimierza Majakowskiego
w polskim tłumaczeniu Artura Sandauera.

Tłumaczył poemat na froncie, w lasach karpackich.
Nie cofał się przed narzeczami.
Możliwe, że chłopi tak rzeczywiście słyszeli –
że „komujiści” za nimi stoją jakieś, nie komuniści.
U Majakowskiego, w rosyjskim, to „bolszaczy” za chłopami stoją.
Ale „bolszoj” to nie to samo co polski „większy”.
Komunista nie tylko bolszewik.
A bolszewicy też nie wszyscy komunistami, jak się okazało, byli.
Trochę cieszy, że Majakowski
nie był tłumaczony na rumuński przez polski.
Brak spółgłoski
przedniojęzykowej nosowej – n
pozwala na przedziwne skojarzenia.

Ale w rumuńskim jest jeszcze i to:
„A da muie la statuie”.
Dawać muje posągowi, co znaczy
„Rzucać wyzwanie światu”.
Więc nie przestawaj kontestować
konsekrowane symbole.
I to chyba komunizm.

 

Telegram

3 marca 1957 r Kropka
Pilne Kropka
Ściśle tajne Kropka
Przewodniczącemu Republikańskiego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Kropka
Antysowiecki sabotaż Kropka
W miejscowości Kelimeneszti, powiat Kerpinieni Kropka.
Spalona urna do głosowania Kropka.
Funkcjonariuszy na miejscu Kropka
Rozpoczęliśmy działania operacyjne Kropka
Czekamy na instrukcje Kropka
Potrzebujemy pomocy Kropka
Naczelnik powiatu KGB Kerpinieni Kropka

o 7 10 w lokalu wyborczym 14, w Kelimeneszti,
znajdującym się w szkole podstawowej, nagle członkowie komisji poczuli
smród
spalenizny i zauważyli, że
z urny idzie dym.
Urna została odpieczętowana,
a w niej znaleziono tlący, owinięty w papiery i tkaniny kawałek węgla.
Biuletyny nie zostały uszkodzone.
Ktoś zaraz po głosowaniu rzucił węgielek do urny.
Antysowiecka dywersja.
Członkowie komisji przypomnieli sobie,
że z tych pięćdziesięciu, co już głosowali,
jedna wyborczyni
zachowywała się dziwnie.
Nie mogła wcelować biuletynem do urny.
Członek komisji chciał pomóc obywatelce.
Odmówiła, a wychodząc z lokalu
jakby nie patrzyła i uderzyła głową o ościeżnicę.
Dym i zapach popiołu pojawił się kilka minut po jej wyjściu.
Pracownicy służb operacyjnych
przyjechali szybko do domu podejrzanej.
Imie i nazwisko – Flora Muntjanu.
Rok urodzenia – 1932, mołdawianka, niepartyjna, sektantka, chłopka, pracowita i sumienna kołchoźniczka, w 1956 roku odpracowała 255 dni w kołchozie „Woroszyłow”.
Wykształcenie – szkoła podstawowa.
Niezamężna.
Po przeszukaniu w domu Flori odkryto ślady:
rozerwana gazeta Socjalistyczna Mołdawia, której kawałek
wraz z wyrwanym skrawkiem z sukienki
znalezione zostały w podpalonej urnie wyborczej.
Flora została natychmiast aresztowana.
Już na pierwszym przesłuchaniu przyznała się do winy.
Próbowała spalić kartki wyborcze,
bo nie zgadza się z wyborem na członkiń rady dwóch miejscowych kobiet.
Podobno podkreślała, że mężczyźni lepiej nadają się na kierowników.
Nie miała żadnych relacji z kandydatkami do rady.
Kolejne 15 przesłuchań nie przyniosło nic nowego.
Według jej podpisanego krzyżykiem wyznania,
nikt nie namawiał jej i nie zmuszał do podpalania urny.
Nikt nie wiedział o jej planach.
Na pomysł wpadła sama, jak wstała,
w dniu wyborów.
Zapytana, dlaczego nie działała zgodnie z prawem i nie wykreśliła nazwisk obu kandydatek,
Flora odpowiedziała, że nie wiedziała
o takiej możliwości.
Flora Muntjanu została skazana
na trzy lata pozbawienia wolności.
Nikt nie wie, co się z nią stało po tym.

 

W niewoli człowiek jakoś nie dostrzega piękna

Nie pamiętam,
wszystko się przytępia: spłaszczają się kształty,
blakną barwy… piękno jak gdyby przestaje istnieć.
Jefrosinia Kiersnowska została wywieziona w 1941 roku do Syberii.
Uciekła. Miesiącami włóczyła się po tundrze
jak samotna wilczyca.
Złapali w końcu i z powrotem do obozu.
Spędziła w stalinowskich łagrach długie lata.
Po wyzwoleniu pracowała dalej, już nie jako więźniarka, w kopalni węgla.
Napisała i namalowała zbiór 12 zeszytów.
To rodzaj graficznego reportażu, składanie publicznego zeznania,
relacja z wstrząsającej rzeczywistości Gułagu.
„Ile wart jest człowiek” zostało to dzieło zatytułowane.
Po ponad 50 latach od momentu powstania
częściowo przetłumaczone na polski i wydane.
Jest to o życiu na granicy życia i śmierci –
deportacja, bydlęce wagony,
zimno, praca, brak jedzenia,
radzieckie obozy koncentracyjne, śmierć,
czasy powojennej codziennej egzystencji
w sprzecznym Związku Radzieckim.
Słowa i obrazy. Obrazy może dlatego, bo słowa trudno było znaleźć.
„Gdybym znalazła słowa, by wyrazić, co czułam…
pewnie papier, na którym piszę, zwęglił by się jak w ogniu/
Parzące rysunki szkieletów
/ nie pamiętam…
Zapomniałam?
A może nie próbowałam się dowiedzieć?
Nie pamiętam,
nie pamiętam…/
nie pamiętam.
Zresztą, czasami samo zapamiętywanie było niemożliwe:
„W cienkiej koszuli było mi przeraźliwie zimno,
ze zmęczenia plątały mi się myśli,
na niczym nie mogłam się skoncentrować”.
Jefrosinia Kiersnowska

Teodor Ajder

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!