Wiersze

2.

Marzę o kraju, w którym każdy może bez opłat kopnąć w kalendarz,
gdzie starość nie oznacza wyboru między jedzeniem a tabletką.

Marzę o dojrzałości, która nie skreśla wszystkich straconych lat,
lecz potrafi, jak nagie ciało, cieszyć się wolnością.

Marzę o kraju, w którym młodzieńcy trzymają się za ręce legalnie,
a hasło „pedały wypierdalać, bo zajebiemy” nie istnieje.

Marzę o młodości, która mądrze doświadcza i nie słucha się innych,
bardziej doświadczonych, bo sama wie, co dla niej najlepsze.

Marzę o kraju, w którym kobiety nie będą gwałcone za krótkie spódniczki,
a każda wagina (na wszelki wypadek) będzie zębata.

Marzę o dzieciństwie, które nie oznacza podcinania skrzydełek,
ale naukę latania według własnego kierunku i wiatru.

Marzę o wspaniałej Polsce, której nie ma na żadnym globusie,
o normalnym życiu, które się jeszcze nie poczęło.

 

3.

Święty porządek przychodzi co sobotę i domaga się uwagi. Chce, by o niego zadbać, tak jak się dba o zwierzęta. Jest mi wciąż bardziej obcy, bo nie miałam nigdy psa, co najwyżej chat noira w książce. Pomówmy o impresjonizmie, gdy siadasz pod gruszą, a liście kładą cienie. Kiedyś brązowy króliczek pojawił się i zniknął w sinej przestrzeni.

Święty porządek mówi ci o zasadzie harmonii, która rządzi światem albo chociaż własnym płótnem: im więcej u kogoś, tym mniej u siebie. Czuję, że żyję, więc zazdrość nie jest mi obca. Wszystko się równoważy, choć kto zabiera, ten się w piekle poniewiera i pewnie jest tam specjalny sektor. To może motywować, to może zabijać.

Święty porządek, ale wybór jak zwykle należy do ciebie, odbiorco. Czerwień, czerń, a może złoto. Wóz lub przewóz na drugą stronę, co dalej? Przybywa chmur w przestrzeni. Namalowałam kolejny obraz i nie wiem, czy jest dobry. Możesz pierdolić autorytet, który dostałeś w spadku, jeśli zamiast wzbogacać ogranicza paletę. Spróbujesz?

 

4.

Wchodzimy do domu jak do obcej historii, której początek przeoczyliśmy. Nie wiem, czego się spodziewać po pięknym ogrodzie. Pod którym krzakiem rozrzucono popiół z piwnicy, dlaczego kobiety skaczą sobie do piesi, napinają brzuchy pod postacią żeberek. Wchodzimy

do domu jak z filmu Dolana. Matka nieboska wznosi oczy do nieba, do piekła zagląda przypadkiem podczas kłótni z młodszym ciałem. Mieszkamy pomiędzy lodówką a piecem
w plamie błękitu Turnbulla. Kiedy robi się melancholijnie, nie wyrażam zgody na liczenie

włosów. W zagięciach ciała jest kosmos pełen ciepła i wilgoci.

 

5.

Szczęśliwie nie potrzeba kurewskich haków, by założyć sukienkę, wystarczy zamek na boczku albo w spodniach. Tak, zamki na piasku i zaraz lżej. Wspominam stalowy gorset jak wczorajszy film Viscontiego, ten, w którym Romy grała Elżbietę. Czas leczy, czas kaleczy.

Piętnaście minut. Wolę myśleć o orgazmie, otwieram usta. Przez szybę wyglądasz lepiej niż zwykle. Smutno mi, kobieto, gdy czytam o pani Jacksonowej Pollockowej, która była tylko żoną malarza. Widać jej abstrakcje były mniej widoczne, a barwy wypłowiałe.

 

9.

Po krawędziach z góry na dół. Rustykalne schody skrzypiały miarowo, kiedy po nich wchodziłam. Farba złuszczona pachniała jak ściana w kościele. Uduchowienie sięgało sufitu. Myślałam o błękitnej kamienicy Bertolucciego z pięknie zatęchniętą piwnicą. Czego

oczekiwałam? Świętego przedpokoju i zimnych kafli pod stopami. Widziałam na nich przyszłe twarze, profile piękne jak twój. Po krawędziach z góry na dół turlałam się szybko. Bordowy chodnik wychodził na skórę sińcami.

 

10.

Kobieta jest skafandrem, który ma nosić to, co chcą – napisali ci, którzy nie są, sprzedali empatię na olx.pl. Biały panel z niebieskim paskiem zachęca do poszukiwań. Szukajcie, a spadnie wam na głowę. Mondrian układał arkusze kalkulacyjne na płótnie. To były piękne

równowagi z niebieskim prostokątem. Teraz wszystko jest sztywne, tak trzeba, barwy czyste po kąpieli, a w powietrzu sandałowa głębia. Ta mała już wie, ma kiedyś uprawiać abstrakcję geometryczną, zapomnieć o luźnym brzuchu.

Na skafandrze z prawej strony wypalą jej znamię.

 

12.

Tło nabierało waloru, jak zdjęcie w ciemni. Słyszałam wszystko zbyt wyraźnie, choć był to rok pański podstawowy, mury grube. Na dworze klucz wchodził w chmury, drzewa zieleniły się pysznie. Przepraszałam jak na spowiedzi za słowa koleżanek, które nie stawały się ciałem, tylko zamieszkały między nami brzydkie i zimne.

Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, niech odpoczywa w niepokoju. Amen

 

14.

Zima pachniała stęchlizną i maślanym tortem. Na szybie biała wycinanka ze śniegu. Prosiłam cię, Boże, o urodziny rok, a może i dłużej, bo choroby wychodziły spod rękawów. Zielona głowa zataczała się zatokami w obie strony.

Zima pachniała stęchlizną. Miałam lalkę o twarzy niemowlaka, którą można było przykładać do piersi. Rodzice pytali, czy daję jej siebie na talerzu. Umrze kiedyś w czarnym plastiku z pomalowanymi na kobaltowo oczami.

Zima pachniała maślanym tortem. Znalazłam horoskop Skorpiona, który jak zastrzyk wpijał się w skórę. Gęsi tłuszcz na szyi oraz oskrzelach. Boża poszewka na poduszce, pierze w pierzynie. Później sińce, jak sinice w wodzie.

Zima pachniała. Dostałam dwie spódniczki, z których można było zrobić jedną. Jeansowy dyptyk z identycznymi skrzydłami. W końcu pasowała, jak amen w pacierzu, jak waniliowa nuta w bazie. Rano, wieczór, we dnie, w nocy nie popłynie we mnie mleko.

Karolina Kułakowska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!