Punkt zapalny

Debiutancki tomik poetycki Szymona Domagały-Jakucia, Hotel Jahwe, to podskórna podróż po organizmie bardzo materialnym, silnie powiązanym z rzeczywistością, choć jednocześnie naznaczonym – decydującym o jego głębszej wiarygodności – wyraźnym akcentem lirycznym.

Lekturze tej książki z pewnością towarzyszy poczucie tymczasowości, doraźności i niestałości świata przedstawionego, na które zwraca uwagę już sam tytuł, sugerując, że nigdzie nie jesteśmy w stanie poczuć się jak w domu. Dyskretny posmak beznadziei, budujący tkankę właściwą tej poezji, stawia czytelnika niemal w pozycji obserwującego dzikie zwierzę, które wpadło do wilczego dołu i nie może się z niego wydostać. Opresywność tej liryki nie stanowi jedynie jej naskórka, ale wynika z przepracowania treści, jakie podtyka czytelnikowi autor. Ów klimat sprzyja rozwojowi z jednej strony refleksyjnego, z drugiej natomiast gotowego na bunt wobec rzeczywistości podmiotu.

Mieszkanie jest nieczyste dopóki nie pościelę łóżka
życie w mieszkaniu chcę przenieść niżej
szafa sięga za wysoko brzydzi się podłogi
podłoga nie wierzy szafie ale ją dźwiga
sufit to czyjaś podłoga wejdź na szafę

[„W dupie mam wszystkie twoje kraje”, s. 9]

Swoisty dialekt apokryficzny, skłonność do używania składni kojarzącej się z biblijną i tendencja do motywowania wydarzeń poprzez analogie do sytuacji z Pisma Świętego to cechy charakterystyczne debiutanckiej książki Domagały-Jakucia. Jednak pomimo wielu tematów religijnych, wyznań wiary i zwątpienia, a także domagania się „lokalnej” paruzji, w gruncie rzeczy wiersze zogniskowane są wokół człowieka, który jest w stanie zaistnieć tylko w relacji do innego – nieważne, czy będzie nim Jahwe, Jezus-ziom czy ukochana kobieta. W zasadzie można zaryzykować stwierdzenie, że od początku mamy do czynienia z poezją „bliską ziemi” – nie tylko dlatego, że podejmuje ona wątki ściśle związane z fizjologią ludzkiego ciała. Już choćby zawężenie perspektywy wiersza do kochanych i kochających się (równie często chodzi tu o emocjonalność, co o fizyczne stosunki) uwalnia na chwilę od ciężaru walącego się na podmiot świata-miasta. Warto przy tym zauważyć, że arkusz poetycki, który autor – jako jeden z laureatów projektu Połów. Poetyckie debiuty 2011opublikował nieco wcześniej w pokonkursowym almanachu, nosił tytuł właśnie Niskie rejestry; w debiutanckiej książce znajdują się zresztą (z niewielkimi zmianami) także i tamte utwory.

Hotel Jahwe składa się z dwu części: Ewangelia dla wykluczonych oraz Ewangelia dla miasta Łodzi – i trudno nie odnieść wrażenia, że obie są ekwiwalentami dobrych nowin, które zatraciły gdzieś, na przykład wskutek powszedniego używania, nacechowanie dodatnie i pełnią już raczej funkcję informacyjną. Być może stąd też wrażenie horyzontalności kreślonego przez podmiot świata. Chrystus przyzywany jest „na dół”, ponieważ optyka tej przestrzeni nie ma wektora wertykalnego.

Gdy ksiądz mówił o Synu Marnotrawnym dojrzałem w jego ustach
światłość plomb

[„Jahwe”, s. 11]

W konsekwencji wydźwięk biblijnej frazy: „i widział Bóg, że były dobre” pozostaje jedynie kwestią obranej perspektywy. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że w owym poapokaliptycznym, smutnym łódzkim pejzażu, gdzie chodzi się ze spuszczoną głową, na nic nie warto zwracać uwagi. Kiedy czytelnik przebije się już przez naskórek tekstu utkany z żądz, postulatów i lamentów, napotka niesłychane momenty estetyczne, które pozostają zalążkiem nadziei, dobrym nasieniem w tej poezji:

[…] dzięki tobie jedyny upadek, jaki zobaczę,
to upadek płatków śniegu na pęknięcia między płytami szarego chodnika.

[„Chrystus to mój ziom”, s. 62]

Silnie akcentowana lokalność, skupienie całego świata w obrębie w części znienawidzonego, ale równocześnie branego w obronę miasta sprawia, że poetyckie ciśnienie mierzone na centymetr kwadratowy debiutanckiej książki jest odczuwalne z niezwykłą intensywnością.

Rozwijanie poetyckiego pejzażu w perspektywie poziomej równoważy wpisaną w nią hierarchię – u Domagały-Jakucia wszystkie postaci niejako pozostają w równej, choć przeważnie nędznej, kondycji. Uprawiana krytyka Watykanu, jako wzorca bezwzględnej drabiny społecznej, wydaje się najlepszym tego przykładem. Poeta wskazuje na niesprawiedliwość i zakłamanie kościelnego systemu, toteż religii nie utożsamia z instytucją, a podziały przez nią narzucane – między innymi na Stary i Nowy Testament – skutecznie znosi, o czym świadczą choćby naprzemiennie pojawiające się monologi z Jahwe i Jezusem. Warto raz jeszcze podkreślić, że wiara w omawianym tomiku jest kwestią emocji, domeną osobistego doświadczania i prywatnych „układów” z Bogiem. W konsekwencji człowieczo-mistyczne relacje, sprowadzone na plan czysto ludzki, nabierają charakteru materialnego – takiego, który daje się definiować na płaszczyźnie zmysłowej:

[…] ostatnio Miłość przypomina mi
eucharystię w stanie erekcji/kulminacji trzeba klęknąć i połknąć
a droga do Miłości wiedzie przez nasieniowód aż do kapliczki w migdałkach
[Erotyk msza albo dość dużo dobrej Duszy by zabrała nas gdziekolwiek, s. 12]

zbliżenie eksperymentuje we mnie wynosząc korpus aż do świętości

[„Hymn do Miłości (jak szybko dojadę Zbawicielu)”, s. 41]

Połączenie erotyki i religii, pojawiające się od bardzo dawna w sztuce i literaturze w kręgu kultury judeo-chrześcijańskiej, w Hotelu Jahwe stanowi swego rodzaju oś tematyczną i jedyną możliwość funkcjonowania w nieprzychylnym świecie. Oralność, realizowana zarówno na poziomie przekazywania treści Pisma, jak i w odniesieniu do stosunków seksualnych, rozwiązuje problem poddaństwa wobec wstrzemięźliwego, kościelnego patriarchatu. Domagała-Jakuć skrupulatnie podkreśla zresztą ważność kobiety jako tej, która przyjmuje (kochanki), oraz tej, która daje (matki), co równocześnie nie oznacza, że istnieje ona o tyle, o ile pełni funkcję. Zajmując miejsce w centrum, staje się w oczach podmiotu esencją wszystkiego, wcieleniem absolutu:

Mój umysł pomylił Ciebie, Jahwe, z kobietą, i doznał samozapłonu.

[„Karmi mnie”, s. 15]

Warto zauważyć, że Hotel Jahwe nie jest prostą antytezą nauk i nakazów Kościoła, nie próbuje im zaprzeczyć dla samego unieważnienia ich; punkty potencjalnie zapalne przy uważnej lekturze przemieniają się w próbę zrozumienia i dokonania własnej interpretacji religii, znajdującej odzwierciedlenie w zwykłej, przyziemnej praktyce. Stąd też w niejednym wierszu poeta porusza problem wykluczenia o podłożu religijnym, pochodzeniowym oraz seksualnym, nie uprawiając jednak modnej ostatnio retoryki genderowej, ale pogłębioną refleksję socjologiczną.

Pan Bóg nie jest biały, a Styks czeka na ciebie,
Pan Bóg jest Murzynem, a honor to gej,
white power, white rower, wsiadaj i jedź

[„Do Przemka z NOP-u (myślami będąc przy skatowanym chłopcu ze squatu na Wagenburgu)”, s. 24]

W łódzkim pejzażu wszyscy powinni być sobie równi. Wypunktowywana regularnie skłonność do gniewu i nienawiści jednych ludzi wobec drugich sprowadzona zostaje do chwili właśnie trwającej, a podobny plan temporalny daje nadzieję na szybkie zażegnanie konfliktu, choć wskazuje jednocześnie na jego dotkliwość: „wszystkie gniewy są teraźniejsze” („Prezydent lot”, s. 21). Swada i radykalność Domagały-Jakucia w komentowaniu bieżących wydarzeń zresztą są tym, co w tomiku szczególnie przyciąga i nakłania jeśli nie do dyskusji, to przynajmniej do intensywnej refleksji. Język, jakim operuje podmiot, pozostaje cięty, łapczywy, choć przy tym dość okrzesany – mimo że nie buduje okrągłych zdań. Jednak wbrew pobieżnemu wrażeniu, daleko tej książeczce do poszukiwania sensacji; w gruncie rzeczy dotyka ona kwestii dobrze zadomowionych w kulturze oraz spraw doczesnych, widocznych społecznie, choć niejednokrotnie przemilczanych.

Na koniec chcę jeszcze zwrócić uwagę na przedostatni, miażdżący wręcz swoją szczerością utwór w tomiku, stanowiący kwintesencję myśli organizującej tę całość:

Wszystkie drogi ucieczki zastawione.
Ulica tak brzydka, że grawitacja abdykuje, zaczyn miasta krąży w oczach,
kwaszone co dzień rośnie dla kolejnej infekcji,
brakuje mi powietrza, zbiera się na wymioty. Słońce nie świeci,
chwyta rejony nawykłe do ciemności, do strachu, groszowych
psychomanipulacji.
Gdy ciemność Zakrzewskiej walczy z polemiką słońca, pragnę wyprzeć raczej to drugie,
bo światłość tworzy tu dysharmonię ze ścianami, od których odpada nadzieja.

[„Ulica Zakrzewska”, s. 63-64]

Nazywanie rzeczy po imieniu jawi się jako podstawowa zasada poetyki Hotelu Jahwe, którego tytularny patron – pod tym względem – sprawia wrażenie wybranego nieco na przekór. Radykalność słowa jest gwarantem autentyczności – i właśnie dlatego w poezji Szymona Domagały-Jakucia Łódź pozostaje ospowatym i nieznośnym miastem, a nie barką pozostawianą na brzegu, na którą „w razie czego” można zawrócić z obranej ścieżki.

Szymon Domagała-Jakuć, Hotel Jahwe, Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź 2013.

Joanna Żabnicka

Poetka o ciągotach dramatopisarskich. Opublikowała arkusz poetycki Tymczasem w ramach almanachu Połów. Debiuty poetyckie 2011. Jej wiersze przeczytać można było w „Arteriach”, „Czasie Kultury”, Dwutygodniku.com, „EleWatorze”, „Tygodniku Powszechnym”, „sZAFie” i „Zeszytach Poetyckich”. Niebawem ukaże się jej debiutancki tomik Ogrodnicy z Marly.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!