Pozycja trupa

Owijały się o dzieci i dopiero w ten sposób mogły spać, zawsze zaczynając na lewym boku. W ciąży nie chciały przygnieść ciężarem macicy żyły głównej dolnej i narazić dzieci na niedotlenienie. W połowie nocy zaczynały je boleć prawe biodra, obluzowane z zawiasów przez hormon – relaksynę. Budziły się i przekręcały na prawą stronę, na której nie spało się już tak łatwo. Miały wrażenie, że albo uleżane w lewej stronie myśli zaczynają je budzić, spływając w klepsydrze głowy, albo ich lewe uszy słyszą wyraźniej od prawych.

Po porodzie też spały z dziećmi – mała główka na wysokości piersi, lewa w łuku nad nią. Kiedy próbowały odwrócić się do nich plecami, dzieci zaczynały płakać.

Może w ciąży też płakały, tylko nie było ich słychać.

 

***

Dwa tygodnie to za krótko, żeby odzwyczaić się od jogi na własnym dywanie. Tyle minęło od odwołania zakazów epidemiologicznych, a szkołę otworzono trzy dni temu. Na początku epidemii Ewie jeszcze chciało się uczestniczyć w ćwiczeniach na Zoomie, ale potem stwierdziła, że nie ma ochoty zapraszać tych wszystkich ludzi do swojego domu, widocznego w tle za matą. Nie chciała im pokazywać swojej córki, którą od czasu do czasu musiała brać na ręce, żeby ją uspokoić. Epidemia z jednej strony oddaliła ludzi od siebie, a z drugiej sprawiała, że łatwiej wkraczali w nietykalne przestrzenie cudzych mieszkań, oglądali swoje obrazki na ścianach, kapcie i porozrzucane na kanapach pranie.

To ciągle było dziwne – doświadczać “zgromadzeń ludzkich” po tylu miesiącach odosobnienia. Jeszcze dziwniejsze było to, że wszyscy nosili teraz na twarzach maski. Prowadząca, Marta, witała wchodzących zza kontuaru, ze swoją zwykłą pogodą i dystynkcją.  Ewa wiedziała z Facebooka, że mąż Marty zmarł w trakcie epidemii. “A ona taka stara i przeżyła” – pomyślała Ewa. Nigdy nie wypowiedziałaby tego na głos, ale była pewna, że każdy wchodzący jogin tak myślał, wpadając być może, podobnie jak Ewa, w zadumę nad ochronną mocą jogi, losu i innych eschatologicznych cudów.

Prowadząca przyjmowała pieniądze z zalecanej jeszcze do niedawna odległości półtora metra. Mimo że nie trzeba było jej już przestrzegać, to nikt nie przekroczył tej bariery i nie przywitał się z nikim uściskiem. Ewa na pewno nie zrobiłaby tego pierwsza, bo i tak nienawidziła tego zwyczaju. W szatni było mało osób, a znajoma biała sala do ćwiczeń z widokiem na panoramę miasta wydawała się ogromna. Ewa położyła swoje rzeczy na jednej z półek i wzięła “jak zwykle” – myśląc o dawnym “zwykle”– wałek, dwa klocki, pasek i dwa koce. Przeszła jej przez myśl wątpliwość – czy na pewno te wszystkie rzeczy zostały zdezynfekowane? – ale postanowiła nie przejmować się tym więcej.

– Mata pod drabinką – zarządziła prowadząca po początkowym wspólnym śpiewaniu sylaby “om”, które dla Ewy było zawsze najgorszym momentem sesji. – Złóżcie cztery koce w rozmiarze do świecy jeden na drugim i połóżcie tak, żeby podeprzeć barki i szyję. Głowa leży na macie.

Zaczęli się wszyscy wspinać piętami po drabinkach, podparci jedynie na barkach i głowach, wypychali biodra do góry. Głowy przyginały się do mostków, twarze pęczniały krwią. Płody, pomyślała Ewa. I jeszcze takie zdanie, wyczytane w Biegnącej z wilkami – “śmierć obraca dziecko w łonie matki głową w dół”.  Jej skojarzenia były ostatnio takie monotematyczne, zaczynało ją to naprawdę męczyć.

Z perspektywy narzuconej przez pozycję, w jej wąskie pole widzenia mogła dostać się tylko najbliższa sąsiadka. A raczej jej brzuch, który wyślizgnął się spod koszulki w obwisłym, babcinym fałdzie, przedzielonym wzdłuż ciemną kreską. Był nieproporcjonalnie wiotki względem całej wysportowanej sylwetki. Trzeba samej urodzić, żeby rozpoznać poporodowy brzuch. Kresa czarna znika do roku po porodzie – dziecko tej dziewczyny musiało być jeszcze bardzo małe. Może takie jak córka Ewy. Poczuła w piersiach nagły napływ mleka, pieczenie od obrzeży do szczytu. Minęło już, widać, sporo czasu od wyjścia z domu.

Kiedy zmienili pozycję na Trikonasanę, obejrzała sobie tę dziewczynę uważniej. Była blondynką, na niebieskiej koszulce miała napis good enough.  Miała maskę w pawie ogony, która zasłaniała jej całą twarz, od policzków po żuchwę. Maska też była niebieska, kobaltowa właściwie, ale do jej urody lepiej pasował niebieski z koszulki – złamany i przybrudzony, jak niebo w brzydki dzień.

Jak zaczepia się kobietę w połogu? Gdyby jeszcze były obie ciężarne, albo chociaż jedna z nich. Ciężarne zagadywały się nawzajem i zadawały sobie intymne pytania: gdzie rodzisz, na kiedy masz termin, jak się czujesz, jak mdłości, jak kręgosłup. Teraz nie było żadnego powodu, żeby zacząć rozmowę. Cała oczywistość i domyślna radosność ciąży, z jaką wiązał się rosnący brzuch, zniknęła i pozostały tylko niedoskonałości, których nie wypadało zauważać. Ale właśnie z ich powodu Ewa chciała porozmawiać.

Zobaczyła ją, kiedy dziewczyna kupowała karnet i gawędziła z prowadzącą zajęcia.

– Karnet miesięczny lepiej się opłaca od dziesięciu wejść? Muszę wierzyć ci na słowo. Liczby są dla mnie jak za mleczną szybą. Milion i miliard to mniej więcej to samo.

– Chyba żartujesz – spojrzała na nią prowadząca.

– Każda cyfra ma dla mnie inny kolor. Pięć jest na przykład różowe, a zero białe. No i milion jest jasnoróżowy, a miliard jeszcze trochę jaśniejszy.

– No to chyba nie było ci trudno śledzić wiadomości. Wszystkie te śmierci, tylko więcej białego.

No i ciekawe, czy dziewczyna jest typem, który raczej czuje się winny, czy raczej się obraża, kiedy coś takiego słyszy. Ale Ewa stała tam już za długo. Poszła po szklankę i nalała sobie herbaty z lipy. Kojarzyła jej się z latem, które ich w tym roku tak zupełnie ominęło. Ciekawe, czy szklanki też są zdezynfekowane. Trzeba przestać tak myśleć. Już trzeba przestać. Trzeba o czymś innym. Pięć różowe, zero białe.

– A jaki kolor ma czwórka? – zapytała nagle Ewa, przez cały korytarz, i zamilkła, zadziwiona samą sobą.

– Zielony, to oczywiste – odrzekła dziewczyna, wzięła z półki adidasy, włożyła je bez rozwiązywania i wyszła.

Kiedy Ewa wróciła do domu i sikając patrzyła na swój brzuch, z pewnym zażenowaniem zrozumiała, o co jej chodziło. Miała ochotę położyć rękę na brzuchu dziewczyny i zjechać w dół, żeby zobaczyć, czy też miała cięcie. I czy ta blizna jest w dotyku tak zgrubiała jak jej blizna, i czy dzieli ciało na pół, na górę i dół. Od czasu cięcia nic już w Ewie nie było jednością.

Epidemia się skończyła, trzeba będzie wreszcie pójść do psychiatry po jakieś prochy.

 

***

Magda zamknęła klapę laptopa i westchnęła ciężko. Nic. Nikt nie chciał tam jechać. Ani na Facebooku, ani na BlaBlaCar nie pojawiła się żadna wiadomość. Nie żeby potrzebowała do tej podróży towarzystwa, nic z tych rzeczy. Świadomość, że będzie dzielić ograniczoną przestrzeń samochodu z drugą osobą w masce – a ich skuteczność pozostawała dyskusyjna – nie budziła w niej zapału. Wolałaby pojechać tylko z córką, ale nie było jej stać.

Wybranie się na drugi koniec kraju “ot tak” stanowiło teraz poważny kaprys, szczególnie że jej stawka na macierzyńskim pozostawała licha i mimo najszczerszych chęci przy dziecku nie była w stanie wykonywać żadnej dodatkowej pracy. Benzyna nie była tania, równo z zakończeniem ograniczeń związanych z epidemią ceny poszybowały w górę, a chodziło o siedmiogodzinną podróż. Miejsce pozostawało poza zasięgiem pociągu, poza tym nawet gdyby tam dojeżdżał, to pozostawał niebezpiecznym “środkiem masowego transportu”.

Pomysł, żeby zrobić to w szkole jogi, przyszedł do niej po tygodniu bezskutecznych poszukiwań. Wiedziała, że ludzie ze szkoły są dziwni, ale umieją milczeć przez całe półtorej godziny zajęć – a to dużo. Poza tym umieją trwać w pozornym bezruchu pozycji jogowych przez długi czas, dodatkowo znajdując w nich ciągle coś nowego. W kontekście siedmiu godzin w samochodzie – bezcenne. Być może są też zdolni do większej ogólnej ascezy – w trakcie drogi właściwie nie powinni przy sobie jeść, żeby nie narażać się na ryzyko związane ze zdjęciem maski. Wydawało jej się, że te zdolności wskutek epidemii i dystansowania społecznego, rozdzielania się i spędzania przymusowo czasu w samotności stają się udziałem całego społeczeństwa, ale tak czy inaczej, ci tutaj byli starymi wyjadaczami, albo smakoszami tego stanu.

– Czy któraś z was ma ochotę jechać do X albo ma jakąś sprawę do załatwienia w tej okolicy? – zapytała po zajęciach w damskiej szatni.

– Ja mam ochotę – odpowiedziała niemal natychmiast niska dziewczyna o krótkich, kręconych włosach. Magda pamiętała, że zamieniła z nią dwa słowa jakiś czas temu, ale nie była w stanie przypomnieć sobie, czego dotyczyły.

Dziewczyna zastygła, wpatrując się w Magdę. Było w niej coś desperackiego – czy X kojarzyło jej się, tak jak Magdzie, ze śmiercią? Ludzie po odmrożeniu kraju zaczynali masowo odwiedzać groby bliskich zmarłych w trakcie epidemii, był to teraz jeden z najczęstszych powodów do wyjazdu. Ale może powód tej desperacji był inny, albo Magdzie po prostu się wydawało, bo niscy i chudzi ludzie kojarzyli jej się z napięciem, wyglądali jak znaki przestankowe, przecinki, i kropki, dyscyplinujące wyrazy w zdaniach.

– Świetnie – powiedziała Magda i pomachała do dziewczyny z przeciwległego końca szatni. W innych okolicznościach podałaby jej rękę. – Jestem Magda.

– Ewa.

Więc tak to będzie wyglądać – pomyślała, patrząc na swoją przyszłą towarzyszkę podróży, w gładkiej czerwonej koszulce i czarnych legginsach do pół łydki. Ewa miała na twarzy maskę w kolorze czarnym, podbijającym jeszcze intensywność ciemnych oczu.

Na prawej piersi dziewczyny w ciągu kilku sekund wykwitła plama. Koszulka była czerwona, więc Magda pomyślała, że to krew. Po chwili uświadomiła sobie, że to musi być mleko.

– Masz opiekę nad dzieckiem? – spytała Magda, węsząc komplikacje.

– Mam – odrzekła Ewa, zastanawiając się, skąd dziewczyna wie o jej córce. – Gdybyś chciała, to moja mama zajmie się też twoim.

Wet za wet, paranoiczna piłeczka po drugiej stronie. Grube, jasne brwi Magdy zmarszczyły się nad maską.

– Moja mama zmarła trzy miesiące temu. Jadę na jej grób – powiedziała Magda. Bardziej ruszyła ją wzmianka o matce niż to, że Ewa wie coś o dziecku. – A ty, czego potrzebujesz w X?

– Muszę mieć powód?

– No tak – zaśmiała się nerwowo Magda, tylko po to, żeby wydać się miła. Naprawdę chciała, żeby Ewa miała powód, i to w miarę normalny. – Pytam jak policjant. “Czy to jest niezbędna życiowa potrzeba?”

– Niezbędna. Chcę przejechać się bez celu. Z obcą osobą – odrzekła Ewa.

Plama mleka powiększyła się. Magda pomyślała, że napięcie, jakie wyczuwa, może wynikać z tego, że nie widzi ust dziewczyny. Są cienkie czy mięsiste? Mają ironicznie uniesiony kącik? A może wypełnia je powaga?

Więc tak to będzie wyglądać – powiedziała raz jeszcze Magda, do samej siebie.

Najważniejsze, żeby zapłaciła za benzynę.

 

***

Zanim wyszły ze szkoły, obiecały dodać się do znajomych na Facebooku i tam domówić szczegóły swojej wyprawy. Ewa zrobiła to zbiegając po schodach szkoły jogi, między czwartym a trzecim piętrem. Oglądając zdjęcie profilowe Magdy, uświadomiła sobie, że pierwszy raz widzi w całości jej twarz. Jej nos był nosem Mariny Abramovic, sokoli, węszący, z rozdętymi chrapami (pomyślała – “chrapy” – ale może tak mówi się tylko o koniach?). Statement nose, można by powiedzieć. Część ciała, do której się dojrzewa. Zbiera się na operację, będąc nastolatką, a w dojrzałym wieku zaczyna się widzieć, że cała uroda, cała szlachetność twarzy osnuta jest wokół takiego nosa i gdyby on zniknął, nic już by z człowieka nie zostało.

Ewa miała poczucie, że to są myśli sprzed epidemii, oparte na systemie znaczeń, który przed nią był aktualny, a po niej przestał taki być. Nie miała jednak pojęcia jak teraz będzie się myślało o nosach, oprócz tego, że im większy, tym trudniej znaleźć odpowiednią przyłbicę, i że być może właścicielka cieszyła się, że musi zakrywać go maską.

Dziwiło ją, że wystarczył jej jeden impuls, żeby poczuć chęć zbliżenia się do kogoś. Nie miała się za kogoś takiego i stwierdziła, że jest to prawdopodobnie konsekwencja epidemii. To, co jeszcze przed nią można było nazwać działaniem absurdalnym, teraz stawało się jedyną możliwością poszukiwania bliskości. Wszystkie bardziej oczywiste kierunki poznikały wraz z kolejnymi śmierciami. Ci, którzy pozostali, mogli nazywać siebie “ocalałymi” – nie robili tego tylko przez szacunek do ofiar Holokaustu, które może tak samo utraciły całe swoje rodziny, ale poza tym były jeszcze torturowane.

Oni musieli jedynie znieść opłakiwanie strat w pustce własnych mieszkań. Rodzice, przyjaciółki, koledzy, byli partnerzy. Znajomi, w których się podkochiwały. Ojcowie ich dzieci – z którymi co prawda nie chciały utrzymywać kontaktu, ale gdyby kiedykolwiek przyszło im zmienić zdanie, nie było to już możliwe. Stosy trupów układane w wewnętrznych światach. Świat zewnętrzny teraz otwierał się, ale miał inną twarz. A impulsy być może były tam zawsze, tylko teraz, w ciszy, wyraźniej było je słychać: potrzebę oglądania samych siebie cudzym okiem, słuchania własnego głosu w studni obcego ucha.

Magda odezwała się do niej pierwsza i sama nawiązała do sugestii Ewy, że jej matka popilnuje dzieci. Na co dzień, kiedy Magda wychodziła na jogę – raz w tygodniu, żeby nie zwariować – zostawiała dziecko z sąsiadką, dla której w zamian gotowała obiad. Sąsiadka była stara, i skoro nie umarła w trakcie epidemii, to musiała dobrze dbać o siebie albo być odporna. Ale zostawić małe dziecko z kimkolwiek na noc?

Było jednak coś szczególnego w tym, że osoba, która ma się opiekować jej córką jest czyjąś matką i na dodatek jeszcze babcią. Coś mniej szczególnego było w tym, że Magda była potwornie zmęczona opieką nad córką i była skłonna skorzystać choćby tylko z tego powodu. Za dawnych czasów nie do pomyślenia byłoby zostawić dzieci z jedną osobą na tak długi czas, ale nawet jeśli chciałyby być bardziej ostrożne, to kręgi ich bliskich pomniejszyły się tak, że inne rozwiązanie przestało to być możliwe. Potrzeba wolności też była czymś nowym, stalowym, wyklutym z rozpaczliwego lęku o siebie i o dzieci oraz świadomości, że mimo wszystko przeżyły, więc być może otacza je jakiś rodzaj nieśmiertelności.

– Jasne. Podjedź po mnie z nią, zostawimy twoją córkę i fotelik u mojej mamy.

Zgodnie z zaleceniami rządu mleko mroziły już w czasie epidemii, nie będąc pewne, czy nie umrą, miały go więc pod dostatkiem. Zaczęły też tworzyć listę potrzebnych rzeczy – laktatory, lodówka turystyczna, pieluchy, chusteczki nawilżane. Smoczki. Suche jedzenie i słomki do napojów, które można jakoś wsunąć sobie pod maskę, żeby jeść i pić bez jej zdejmowania.

 

***

Kiedy zostawiły dzieci i wsiadły do samochodu, automatycznie włączyła się płyta z nagranym uspokajającym szumem. Szum ten miał przywoływać dzieciom dźwięki wód płodowych, przepływającej krwi i bijącego serca. One, leżąc po parę godzin dziennie w pokoju pełnym szumów, czuły, że ich działanie nie pozostaje bez wpływu, że ten dźwięk z pogranicza huku wywołuje w nich ogłupienie, podobnie jak u ich dzieci wycisza niepokoje, ale i wraz z małymi ustami przyssanymi do piersi przygważdża je do łóżka i paraliżuje.

A z drugiej strony cudowne było patrzenie w półmroku na śpiące dzieci, mimo upływającego czasu dalej w tych momentach wyglądające jak płody w macicy na obrazkach. Ten widok przywoływał ekscytację towarzyszącą oczekiwaniu na ten czas, który właśnie nadszedł, zbliżał je do córek, przywoływał rozpaczliwy lęk o ich zdrowie. W pokojach pełnych szumów, splecione ze sobą białą pępowiną strumienia mleka jak pępowiną, zwrócone twarzami do siebie, przeglądały się w sobie z zamkniętymi oczami. Oksytocyna buzowała w nich, rozplątując granice, kołysząc do snu, matki i córki, córki i matki.

– To biały czy różowy?

– Że co?

– Szum.

– Biały. Różowy ją drażni.

– Moją też. Gdzie rodziłaś? – zapytała w końcu Ewa

– W szpitalu X. A ty?

– W Y. Naturalnie czy cięcie?

– Naturalnie – odpowiedziała Magda.

Ewa poczuła falę rozczarowania.

– O ile to można nazwać naturą, twarze w maskach, zakaz odwiedzin. Koszmarne to było. I prawie cała ciąża na leżąco. A ciebie cięli? – spytała Magda, nie odwracając oczu od drogi. Była bardzo skupiona.

– Cięli.

Wyjeżdżając z miasta minęły kilka radiowozów, ale nie zostały zatrzymane. Nawet jeśli teraz jazda samochodem nie była zakazana, to pozostawała obawa, że to, co robią, jest zagrażające. Gdyby dobrze się zastanowić, to wszystko takie było. Chodząc do sklepów, Ewa czuła, że skażenie jest wszechobecne, jak promieniowanie, ale w przeciwieństwie do niego – niewykrywalne, i że żaden gest nie jest pozbawiony ryzyka. Dotknięcie klamki, dotknięcie pudełka od rękawiczek, pokusa, by poślinić palce, żeby rozdzielić rękawiczki. Uchwyt lodówki z jogurtami. Skórka jabłka. Przyciski domofonu. Swędząca strużka potu na skroni, wzywająca rękę, żeby ją otarła. A mycie rąk przez 30 sekund – co, jeśli to o sekundę za krótko?

Magda prowadziła dobrze. Zatrzymywały się często, nie mogąc się nasycić możliwością bezcelowego stania i wpatrywania w puste przestrzenie wypełnione naturą – tak bardzo upragnione przez miesiące zamknięcia. Jednak zapach tych miejsc pozostawał niedostępny, miały na twarzy maski. Nie robiły tego z powodu zakazu, ale dlatego, że sobie nie ufały, natomiast żadna nie zamierzała powiedzieć tego głośno. Rozmawiały o dzieciach i porodach, a ostatnie cztery godziny drogi spędziły właściwie w milczeniu. Najpierw zajechały pod cmentarz, ale był zamknięty. Spóźniły się dwadzieścia minut.

– To znak – powiedziała Ewa. – Trzeba przyjść rano.

Jak zawsze, kiedy nie dopełniała jakichś wypowiedzianych i niewypowiedzianych zobowiązań wobec matki, Magda czuła się rozgoryczona i winna. Pożałowała, że zatrzymywały się tak wiele razy. Potem jej poczucie winy rozlało się na córkę. Co za idiotyzm, zostawiać dziecko na tak długo, i to z kimś obcym. Potem w znany jej dobrze sposób poczucie winy odwróciło biegun i zmieniło się w złość na Ewę. Dlaczego ona ją na to namówiła?

– I tak miałyśmy gdzieś tu spać, prawda? – dopytała Ewa. – Nie chciałaś chyba wracać po nocy.

– No tak. Prawda – otrzeźwiała Magda i wróciła za kierownicę. Zirytowała ją pewność, z jaką Ewa zakładała, że Magda ją przenocuje. A potem zirytowała ją własna niegościnność.

– W mieszkaniu po matce mieszka teraz jej sąsiadka, więc tam nie pojedziemy. Zatrzymamy się na działce. Nie jest zimno, w domku są też jakieś koce – powiedziała, parkując samochód pod wymalowaną odchodzącą farbą bramą ogródków działkowych. Na bramie przywieszono ogłoszenia o konieczności zamykania jej na klucz i nieudostępniania go osobom spoza rodzin właścicieli, obok plakatu z listą zakazów epidemiologicznych.

Kiedy zbierały papierki po zjedzonych pod maskami batonach i puszki po wypitej przez słomki Coli do plastikowej reklamówki, Magdzie przyszły do głowy słowa: “zabezpieczanie ciała szczelnym workiem”. Myślała o tym worku za każdym razem sprzątając i wyściełając śmietnik. Czytała na stronach rządowych, jak wygląda odbieranie ciał osób zmarłych przez pracowników zakładu pogrzebowego. “Kombinezony ochronne, dezynfekcja zwłok płynem odkażającym, unikanie mycia, ubierania i okazywania zwłok”.

Izolacja, pełna izolacja.

Oglądała pogrzeb swojej matki przez internet, leżąc, z miską na wymioty na brzuchu. Podobno przestaje się chcieć wymiotować w ciąży po pierwszym trymestrze, ale ona rzygała cały czas. Jej terapeutka, z którą w czasie epidemii miała sesje na Zoomie, miała różne analityczne hipotezy na temat tego, czym rzyga Magda. Matka Magdy miała wysoką pozycję wśród tych hipotez. Ciąża Magdy była zagrożona, więc do tego wszystkiego musiała jeszcze leżeć. I tak było cudem, że jej ginekolog zgodził się ją przyjmować w trakcie epidemii – większość państwowo przyjmujących lekarzy, widząc ścielący się gęsto trup, rezygnowała z pracy. Co innego w opiece prywatnej, ale Magdy rzecz jasna nie było na nią stać.

Kiedy matka zmarła, funkcjonariusze zakładu pogrzebowego zainstalowali w kaplicy kamerę, dzięki której miała dokładny streaming obrazu, ale kamera stała w miejscu, nie przemieszczała się, tak jak Magda wyobrażała sobie, że chodziłaby po tej kaplicy, lamentując, poprawiając kwiaty. Nikt nie sfilmował dla niej twarzy matki, kiedy umierała. Nie było przy niej nikogo bliskiego – matka była rozwiedziona, samotna, zresztą osoby zakażone nie miały prawa do odwiedzin. Personel szpitala wysłał do Magdy smsa, że matka zmarła. Magda nie oczekiwała więcej.

Czytała w ciąży “Listy do nienarodzonego dziecka” Oriany Fallaci, co było to dla niej zaskakująco ożywcze. Bohaterka książki stoi przed dylematem – czy wybrać się w podróż służbową, kiedy ginekolog zaleca jej leżenie w związku z tym, że ciąża jest zagrożona. Musi wybrać między sobą – dziennikarką i sobą – matką. Magda rozumiała ten dylemat, bo musiała wybierać między sobą – matką i sobą – córką. Nie miała pewności, czy gdyby nie całkowity zakaz przemieszczania, to nie wybrałaby inaczej. Przy takiej matce, jaką miała, łatwo było chcieć – albo musieć pozostać córką.

Potoczyło się to szybko. Matka Magdy nie chciała podporządkować się żadnym zasadom dystansowania społecznego i odwiedzała chorą przyjaciółkę. Była wściekła, że ktoś stara się czegoś jej zakazać. Potem sama zaczęła kaszleć.

– Przyjedź do mnie – powiedziała do Magdy w ostatniej rozmowie.

– Nie mogę. Jest zakaz.

– Mam gdzieś ten zakaz. Potrzebuję cię.

Matka nie wiedziała, że Magda jest w ciąży. Nie wiedziała tym bardziej, że ciąża jest zagrożona. Czy gdyby wiedziała, powstrzymałaby się od proszenia o wizytę? Magda wątpiła w to. Mimo to Magda wyobrażała sobie, że to matka będzie z nią przy porodzie, nikt inny, tylko matka, że będzie ją podtrzymywać na duchu i wspierać, co było kompletnie niezgodne z typowym zachowaniem matki. Teraz, kiedy nie żyła, Magda miała nieodparte poczucie, że jej duch wszedł w córkę, tylko po to, żeby jej nie opuścić. Kiedy córka darła się wniebogłosy, Magda słyszała matczyne “potrzebuję cię” w każdym kawałku swojego ciała. Patrzyła w jej oczy – szaroniebieskie planety, samotne jak oczy jej matki, i zawsze, zawsze widziała w nich wyrzut.

 

***

W milczeniu szły do bramy działki, oświetlając sobie żwirowe alejki telefonami. Nie było to właściwie potrzebne – księżyc świecił z całą siłą pełni. W zaduchu wrześniowego wieczora grały świerszcze. Ewa uświadomiła sobie, że bezwiednie zachowują z Magdą dystans półtora metra, i że ta subordynacja wbudowana z nie przez miesiące słuchania nakazów i zakazów stała się czymś odruchowym. Czy kiedyś minie? A może tak naprawdę zawsze miały ochotę trzymać się na dystans, chronić przed przekraczaniem fizycznych granic?

Magda weszła na działkę pierwsza, świecąc latarką z telefonu, włączyła prąd i skierowała się do kuchni. W kolejnym geście, który stał się dla nich obu oczywisty w trakcie epidemii, umyły ręce licząc w głowie do trzydziestu, a potem każda spryskała je sobie płynem dezynfekcyjnym.

– Masz ochotę poćwiczyć? – spytała Magda.

– Czemu nie.

Świeżo umytymi rękami Magda odplątała sznurki maski, zdjęła ją i zaczęła drapać się po spoconej twarzy. Trudno było stwierdzić, czy to zaufanie czy zmęczenie sprawiły, że ją zdjęła, ale Ewa zobaczyła jej twarz na żywo po raz pierwszy, nos i usta. Nos w rzeczywistości był nieco mniejszy niż na zdjęciach albo po prostu wszystko razem, w ruchu, wyglądało inaczej. Ewa też zdjęła maskę i odetchnęła pachnącym mokrymi liśćmi powietrzem. Magda przyjrzała się Ewie i stwierdziła, że teraz, kiedy widzi ją całą, to już wie, że Ewa musiała mówić całkiem serio, o tym, że chce przejechać się bez celu z obcą osobą. Jej usta, takie, jakie były, miękkie i zdradzające prostoduszność, dały jej tę odpowiedź.

Na trawie leżała wieczorna wilgoć, ale było przyjemnie dotykać jej gołymi rękami i stopami. Wyginały się po kolei w pozycję góry, bogini, trójkąta i żaby, otwierając biodra, prostując zesztywniałe w trakcie jazdy karki. Jak zielone pędy, rozciąganie wślizgnęło się w ich kręgosłupy nagłym prądem życia. W lakierowanych ścianach domku odbijał się księżyc. Wypełniał też kule jemioły obrastające dąb, uroczyste i figlarne jednocześnie, jak lampiony na wieczorze panieńskim albo czymś podobnym, czego nazwa kazała myśleć o dawnych czasach, czasach “sprzed”.

– Jesteś pewna, że nie musimy mieć teraz masek? – spytała Ewa.

– Nikt tu nie przyjdzie.

Dotarły do końca sekwencji powitania księżyca, Ćandra Namaskar, powtórzyły ją kilka razy.

– Jestem martwa – wydyszała Ewa. – Robimy trupa?

– Śavasanę? –zapytała Magda. – No przecież, pozycja trupa. Swoją drogą, moją matkę spalono, więc trudno mówić o pozycji. Może pozycja urny.

Ewa klepnęła się w czoło.

– Przepraszam cię. Nie chciałam.

– Nie ma za co. Nie zdążyłam zapomnieć, po co tu jesteśmy – odrzekła Magda, kładąc się na mokrej trawie.

Żadna z nich nie pamiętała natomiast, kiedy ostatni raz tak leżała. Na plecach. Bez dziecka. W swoim ciele sama.

 

***

Tym różniła się ciąża od samotnego macierzyństwa, że mogły doświadczać osobności w tych rzadkich chwilach, kiedy dzieci spały, a one nie. W dawnych czasach ciąży dzieci pozostawały aktywne, ale ciche, niewiele różniąc się od żołądka czy wątroby, w pełni podporządkowane. Osobność po porodzie nigdy nie była na tyle duża, żeby w momencie drzemki dziecka pozwolić sobie na samotne wyjście gdzieś dalej niż na śmietnik. Nie dało się nie nasłuchiwać, czy dziecięcy oddech nie gaśnie. Po wprowadzeniu zakazów epidemiologicznych ich wolność została jeszcze bardziej ograniczona, gdyż wówczas przez kilka miesięcy nawet spacer z dzieckiem był niemożliwy, zamknięto parki, zakazano poruszania się gdzie indziej niż do sklepów spożywczych i aptek, a kiedy już się wyszło, należało mieć na twarzy maskę. W czasach przed epidemią nie były matkami, więc nie wiedziały, gdzie są granice między jedną i drugą formą ograniczenia.

Bycie z dzieckiem wymagało ciągłej aktywności, w niewielkiej skali, ale stałej i powtarzalnej. Tego samego potrzebowały ich ciała po ciąży, nagle opustoszałe, przesunięte względem samych siebie. I tak to się toczyło – zmiana pieluch i podkładów poporodowych, obcinanie czterdziestu paznokci, mycie czworga uszu, smarowanie dwóch skór. Gdzieś w tym szumie czynności leżało pocieszenie, bo w każdym krzątaniu istniał pierwiastek uprzątania pola walki, przebierania popiołu i maku. Wieczorem nie były w stanie sobie przypomnieć, ile drzemek miały ich córki, ile zmieniły pieluch, jakby taniec tych czynności sytuował je zawsze w teraźniejszości, nie dawał przywiązać się do rutyny dnia wczorajszego, nie pozwalał wyglądać jutra.

 

***

Rozluźniasz mięśnie prawej nogi. Prawa noga jest ciężka, bardzo ciężka, nie możesz jej podnieść. Oddychasz lekko, spokojnie. Odczuwasz spokój. Rozluźniasz mięśnie lewej nogi. Lewa noga jest ciężka, bardzo ciężka, nie możesz jej podnieść.

 

***

Krzyk wydobył się z niej bez jej udziału i zmiótł swoją falą to wszystko, zamknięte szpitalne drzwi, leniwą położną, senność. I te słowa: “dawniej kobiety rodziły w jaskini, a ta jak księżniczka na ziarnku grochu!”, “sraj!”,“ cierp ciało jak się chciało”. Zmiótł twarze zakryte maskami i przyłbicami, niebieskie fartuchy, podwójne rękawiczki. Krzyczała z wściekłości, że to wszystko nie tak, i z bólu, który otwierał w niej wszystkie zatrzaśnięte miejsca tego tunelu, jakim miało przejść dziecko. Krzyk nabierał siły, a ból ją tracił. Uświadamiała sobie, że słychać ją wszędzie, że drze się jak obdzierana ze skóry i czuje, jak wielka jest moc jej zemsty. Był w tym krzyku chochlik, dziecięca satysfakcja z tego, że ona, jak najbardziej upiorny noworodek, nie da tutaj nikomu spać. “Rozjebię to wszystko. Jak bum cyk cyk, rozjebię”. Oddech przerywał się, pękał, gardło ją piekło, zaczynała kaszleć.

I kiedy jej krzyk już na dobre stał się kaszlem, i rozharatał jej krtań, otworzyła się w niej płonąca obręcz. Usłyszała sygnał od własnego ciała – przewlekaj się na drugą stronę. Stała się tubką pasty do zębów, wypychającą z siebie wnętrze, wszystko, co widziała jej córka, a czego ona nie zobaczy – ściany macicy, cienie jelit i wątroby. Była wynicowana, przewleczona, jej kolorem stała się czerwień mięśni i krwi, pierwszy kolor po czerni i bieli, jaki rozpoznaje małe dziecko. I to było piękne. A potem weszła położna.

– Do cięcia idziesz.

– Dlaczego? – zawyła.

– Kaszlesz. Możesz być chora. Nie będziemy tego przeciągać – powiedziała i wyszła.

 

***

Twoje obie nogi: prawa i lewa są bardzo ciężkie, przylegają do podłogi. Oddychasz lekko i spokojnie. Całe twoje ciało jest rozluźnione. Czujesz ciężar całego ciała.

 

***

– Oni lubią jak tu jest na glanc wygolone, a ty masz tu cały las.

Nie pamiętała widoku swojego wzgórka łonowego, bo od miesięcy zakrywał go brzuch, ale starała się w domu doprowadzić go do porządku. Położna zabrała się sama za golenie jej. Maszynka była tępa i bolało. Nie przypominała sobie, kiedy przeszły z położną na “ty”, była raczej pewna,że tak naprawdę nigdy, i nie było jej wolno powiedzieć do położnej po imieniu.

Dostała znieczulenie w kręgosłup i przypięli ją do stołu przypominającego krzyż, leżała płasko, z rozłożonymi rękami, w każdą wpięty był wenflon, w który lała się zimna ciecz.

– Czuje pani tak samo, tu i tu?

– Tak

– A teraz?

– Już nie.

Między jej głową a nogami postawiono parawanik, rzucono na to wszystko niebieską płachtę. Nacisk rąk ginekologa przedzierał się do niej przez czas, zaglądał do przodu i wracał jak bumerang tym dotykiem z głębin. Czuła, jakby po kolanach raczkowały jej kilkumiesięczne dzieci, ugniatały ją małymi dłońmi, łapały za okrywające ją prześcieradła, z trudem utrzymując równowagę. A potem uderzenie łokcia o żebra, które zaparło jej dech.

– Dajcie mi ją chociaż na chwilę! – wołała, ale pielęgniarki zachowywały się tak, jakby nie słyszały. Albo, co gorsza, jakby to, co słyszą, było mniej ważne od tego, co dzieje się z jej córką, bo z nią dzieje się źle.

A jeśli nie mogła dotknąć jej wtedy i dostać do rąk, to skąd miała mieć pewność, że to było jej dziecko?

 

***

Po której stronie leżysz, życia czy śmierci? Plecami do wód gruntowych, twarzą do słońca i traw? W którą stronę opadają twoje rozluźnione oczy? A może się wznoszą?

 

***

Kiedy leżały tak na trawie, czuły jakby jądro ziemi przyciągało je do siebie, żeby mogły się ogrzać w jego ciepłym wnętrzu, a potem spłonąć i nie być, nie robić nic, znieruchomieć w oczekiwaniu na impuls pochodzący z wewnątrz, a nie z zewnątrz. Nad nimi było niebo i szczyty drzew, pod nimi ziemia pełna martwych ludzi. Czuły, że powoli rozpływają się ich granice i przynajmniej jakieś części ich ciał zanurzyły się już w ziemi. Może był to nos Magdy, może mięsiste usta Ewy – ciała traciły spójność i charakterystyczność. Teraz zresztą nie miało to żadnego znaczenia – przy zamkniętych oczach wszystko, co można nazwać obrazem, znikało, nawet z przestrzeni wyobraźni, i pojawiały się tam coraz lepiej słyszalne ciche dźwięki świerszczy i własnych ciał, dotyk trawy, ziemi i powietrza, tworzące chłodny obrys ich brzuchów.

 

***

Rozluźniasz przód ciała. Twoje piersi, brzuch i podbrzusze są ciężkie, bardzo ciężkie, nie możesz ich podnieść. Ciężar z przodu ciała spływa na podłoże.

 

***

Słońce już wstało, ale to nie ono je obudziło, tylko mrowienie przepełnionych piersi i chłód. Całą noc przespały na ziemi.

Spojrzały na siebie, z przeciwległych kątów działki, wybuchnęły śmiechem i zgodnie wstały. Magda pobiegła do domku, sięgnęła po pomarańczową bluzę i ubrała ją, zanim zorientowała się, że należy do Ewy. Ewa zwróciła na to uwagę, ale nie skomentowała – po prostu ubrała niebieską kurtkę Magdy. Zaczęła robić kawę. Magda wyciągnęła niedojedzone batony z trasy i położyła na stole. Jadły, piły i odciągały mleko, wsłuchane w monotonne buczenie laktatorów.

– Mogę dotknąć twojej blizny? – spytała Magda.

– Możesz.

Ewa rozpięła kurtkę i podciągnęła do góry koszulkę. Spojrzała na swój brzuch. Wyczuła pod ręką zgrubienie, zapadnięte już w sobie. Nad blizną skóra tworzyła jakby półkę, wzgórek łonowy pod nią był śmiesznie płaski. W obrębie brzucha dało się wyczuć zgrubienie, podszycie, kawałek skóry zaplątany w porządkach, przypadkiem wessany z zewnątrz do wewnątrz. Źle zszyte. Odsunęła ręce.

Magda dotknęła ostrożnie brzucha Ewy. W Ewie pęczniało uczucie patroszenia, wyjmowania szkieletu, napychania watą, trocinami i drutem. Magda dotykała i dotykała. Ewa zamknęła oczy.

Kiedy ponownie je otworzyła i spojrzała na swój brzuch, blizny nie było.

 

***

Spakowały odessane mleko do lodówki turystycznej, umyły kubki pod pompą i nałożyły maseczki. Jeśli chciały wrócić przed zmierzchem, trzeba było już ruszać, nie były też pewne, czy godziny otwarcia cmentarza wypisane na bramie są aktualne. Magda wiedziała, że nie wyjedzie stamtąd, póki nie zobaczy grobu. Kiedy wsiadły do samochodu, znowu włączył się biały szum.

– Zero jest białe, prawda? – powiedziała Ewa.

– Prawda – Magda odwróciła się do Ewy. –Skąd wiesz?

– Też tak mam. Każda liczba ma swój kolor.

– A jaka jest czwórka?

– Zielona. To oczywiste – uśmiechnęła się Ewa i spojrzała w lusterko pasażera. Była pewna, że gdyby odkryła twarz sama przed sobą, zobaczyłaby inny nos niż ten, który przywykła widzieć. Nawet teraz, kiedy patrzyła na dół swojej twarzy, był inaczej uwypuklony niż zwykle. Pomyślała o nosie Mariny Abramović, nosie Magdy. Taki właściwie mogłaby mieć, czemu nie. Zgodziłaby się wejść z takim nosem w starość, obnosić go dumnie, kiedy pozwolą zdjąć maski, wystawić na świat i wąchać nim bez, wilgotne liście, skórę swojej córki.

Tak pomyślała, a potem poczuła, że się przeziębiła.

Pod bramą cmentarza było niemal pusto i tym razem weszły bez problemu. Magda kupiła znicze i mały bukiet astrów, jej matka zawsze lubiła te kwiaty. Ewa spodziewała się grobu, i to obsypanego wieńcami świeżych kwiatów, tymczasem Magda prowadziła ją do ściany. Zgonów w rejonie X było tak wiele, że miasto zdecydowało o wybudowaniu kolumbarium wewnątrz muru otaczającego cmentarz, jak wyściółka. W ten sposób udało się oszczędzić teren cmentarza przed postawieniem dodatkowych budynków, za to niektóre kwatery były trudno dostępne. Żeby dostać się do miejsca, gdzie znajdowała się urna z prochami matki Magdy, trzeba było wejść na trawnik. Było to w samym rogu cmentarza i na samej górze, tak wysoko, że z trudem były w stanie dojrzeć tabliczkę.

– I co? Mam rzucać tam kwiaty? Na filmie wyglądało to jakoś przyjaźniej – zirytowała się Magda, a potem pomyślała, że słowo “przyjaźniej” wydaje się zupełnie nie na miejscu.

– Może można wypożyczyć jakąś drabinkę?– zaryzykowała Ewa – Chyba nie zbudowaliby tego, gdyby nie można było tam się dostać.

– A może mnie podsadzisz? – spytała Magda i zawahała się. Ewa, nie rozważając, jaki procent ironii zawierało pytanie, pochyliła się przed nią z rękami splecionymi w koszyk. Wciąż miały na sobie nie swoje ubrania i Magda poczuła się dziwnie, patrząc na swoją niebieską bluzę zwisającą z mniejszej od niej Ewy. Magda zawahała się, ale postawiła stopę w strzemieniu rąk i odbiła się. To wystarczyło, Magda znalazła się twarzą w twarz z tabliczką, na której widniało nazwisko jej matki, data narodzin i śmierci.

– Naprawdę chodziło ci tylko o to, żeby się przejechać? – zapytała z góry Magda.

– Tak. Coś w tym złego? Pytasz o to któryś już raz.

– Nic. Ale wydaje mi się, że nigdy tak nie jest, że się robi rzeczy bez powodu.

– Masz rację.

Ewa stała mocno na szeroko rozstawionych nogach, unosząc w rękach Magdę. Trochę kręciło jej się w głowie i czuła pełzające po skórze dreszcze. Przespać całą noc na ziemi – kto to widział? Pomyślała z tęsknotą o swojej córce, nie przeszkadzałoby jej już znaleźć się w domu. Magda zapaliła znicz, położyła astry na szczycie muru kolumbarium, bo nie zmieściły się w kwaterze matki.

Czekała jeszcze dłuższą chwilę, żeby przyszły do niej jakieś uczucia.

Ale tak się nie wydarzyło.

 

***

Całą drogę powrotną Ewa przespała na siedzeniu pasażera. Kiedy przyjechały do jej matki po dzieci, Ewa zaczęła mieć nieodparte wrażenie, że coś ją od matki oddala, jakby ta nagle stała za szybą i jej zwykłe gesty zaczęły wydawać się obce. Może było tak dlatego, że matka, z uwagi na obecność Magdy, ubrała maskę i inaczej niż zwykle, nie opowiadała Ewie od wejścia, co działo się z małą. Musiała być zmęczona opieką nad dwojgiem dzieci. Ewa z Magdą weszły do pokoju, gdzie na macie edukacyjnej obok siebie leżały dwie malutkie dziewczynki.

Ewa podchodziła bliżej i bliżej, aż rozmyła jej się ostrość wzroku i dwie dziewczynki zlały jej się w jedną, którą próbowała wziąć na ręce. Ale kiedy wyciągnęła je przed siebie, nikogo tam nie było.

– To rozliczmy się za benzynę i będziemy kwita – powiedziała Magda, wyrywając Ewę z zakłopotania.

– Jasne. Dzięki za wycieczkę – powiedziała Ewa i sięgnęła po portfel. Poczekała, aż Magda weźmie jedną z dziewczynek na ręce, żeby nie pomylić się ponownie.

 

***

Po powrocie do domu Magda obejrzała uważnie swoją córkę. Może kolor jej oczu subtelnie zmienił się w ciągu tego dnia, a może chodziło o co innego. Było jednak pewne, stwierdziła z ulgą, że dziecko z całą pewnością już nie przypomina jej matki.

 

***

Kiedy Ewa wróciła do domu, była już właściwie pewna, że się zaraziła. Coraz bardziej kręciło jej się w głowie, chciało się spać, zaczęła kaszleć i oddychała ciężko. Wiedziała, że zaburzenia widzenia nie pojawiły się przypadkowo. Od kogo mogła się zarazić? Od kogoś na jodze? Od Magdy? A może to przez to spanie na ziemi? Ale przecież od samego wyziębienia takie coś nie mogło jej spotkać – ta utrata pewności, stopniowa, ale wszechogarniająca niewiedza o tym, ile właściwie trwał już ten stan i czy ich wycieczka na pewno się odbyła, czy jej poród się odbył, ona miała dziecko, czy była matką, czy miała matkę, i jeśli ktoś umarł, to kto komu?

Dotknęła miejsca w dole brzucha, między łonem a pępkiem.

Blizny dalej tam nie było.

Pozostało jej więc jeszcze ciało, nienaruszone – albo odbudowane. I świadomość, że rzeczy, których doświadczyła, to za dużo dla jednej osoby. A jednocześnie, że wszystko to jest tak powtarzalne, narodziny i śmierć – że jeśli przeżyje, to ktoś kiedyś na pewno ją zrozumie. A jeśli umrze, to nic takiego, bo takie rzeczy działy się teraz w każdym mieszkaniu tworzącym to opustoszałe miasto. Mimo że było ich wiele, to gromadząc się, tworzyły tylko kolejne zera, kolejny popiół, niewiele różniący się od białego szumu. Ale, co pocieszające – w tym też byli do siebie, w swoim osamotnieniu, podobni.

 

Katarzyna Szaulińska

(1987) Publikowała opowiadania, teksty publicystyczne i komiksy w „Chimerze”, „Fabulariach”, „Zadrze”, „Kulturze Liberalnej”, antologiach „Bostońskie małżeństwa”, „Polski Komiks Kobiecy” i „Bloody Strips”. Scenarzystka komiksu o depresji „Czarne Fale”.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!