Oderwanie

Irek pozornie był normalnym facetem znajdującym się teraz na kolejnym etapie życia. Przeszedł mozolną drogę edukacji, harował w jednej firmie, potem w drugiej, by osiąść wreszcie w fabryce długopisów i ołówków Omegasquo, gdzie, na podstawie umowy-zlecenia, kończącej wielomiesięczny, melancholijny okres bezrobocia, został zatrudniony jako składacz długopisów jednorazowych.

Szło mu całkiem nieźle, co zauważali najwyraźniej także i przełożeni, regularnie przedłużając z Irkiem dwutygodniową umowę oraz powiększając mu od czasu do czasu wynagrodzenie. O kwotę premiową, równą dokładnie trzem procentom płacy zasadniczej brutto minus dwa złote i dziesięć groszy na działalność charytatywną, z której firma tak słynęła w okolicy. Ściślej, chodziło o dofinansowywanie schroniska dla bezdomnych saren.

Raz szefostwo zdecydowało się nawet skierować do mężczyzny ciepłe słowa pochwały. Irek pamiętał, że poproszono go wtedy do biura, gdzie, wraz z sześcioma kolegami, wszyscy w ramach indywidualnie przyznanej, dodatkowej przerwy, mógł wsłuchiwać się w podniosły ton głosu młodszego asystenta do spraw bieżących oraz kwestii interpersonalnych.

* * *

Osoby, które poznały naszego bohatera nieco lepiej, miały w zwyczaju powtarzać zasłyszaną opinię, że gdyby doszło kiedyś do tak niezwykłej sytuacji i UFO, wylądowawszy na Ziemi, zdecydowało się na porwanie jednego z mieszkańców planety, a wyboru dokonało w oparciu o najdokładniejsze obliczenia, z wykorzystaniem wszelkich możliwych miar zwyczajności, normalności i przeciętności, to więźniem tym niechybnie zostałby Irek. Na drugim miejscu większość z tych znajomych naturalnie widziała samych siebie.

I nikt naprawdę nie spodziewał się, że ten z pozoru zwyczajny mężczyzna może chować przed światem niesamowicie mroczny fakt. Tajemnicę, jakiej nikt się po nim nigdy nie mógł po prostu spodziewać. Coś, co po długich latach, i to tylko za sprawą naprawdę wyjątkowego zrządzenia losu, miało wydostać się wreszcie na światło dzienne, tak jak żmija z jaskini. Jadowita, obślizgła, opasła. Rozlać się jak szambo na dziewiczą łąkę.

* * *

Irek spędzał w Omegasquo już trzeci z kolei rok i zdążył, rzecz jasna, w tym czasie zawrzeć szereg różnych znajomości. Spośród nich jedna nawet rokowała nadzieje. I to duże.

Klaudiusz, trzydziestosześcioletni składacz długopisów jednorazowych, który nosił na za dużej głowie bujną fryzurę na kształt trochę afro i seplenił, zupełnie jakby brakowało mu jedynek (co akurat mniej więcej odpowiadało rzeczywistości), wydawał się całkiem niezłym materiałem na przyjaciela. Irkowi bardzo przypadło do gustu oryginalne poczucie humoru i sugestywna mimika, jaka przywodziła na myśl znanego brytyjskiego aktora Rowana Atkinsona. „Ach, te żarty na granicy dobrego smaku i do tego podparte niesamowicie kpiarskim grymasem. I jak go tu, no jak, nie kochać?!”, wiele razy Irkowi przechodziło przez głowę, gdy w dusznej stołówce zakładowej pochłaniał kolejne kęsy kanapki z żółtym serem, czosnkiem i salcesonem. Najmocniej jednak imponował mu ten skrajnie arogancki sposób bycia, jaki odznaczał Klaudiusza dokładnie zawsze, w tym również – a może przede wszystkim – w kontaktach z przełożonymi.
– Pojebany jesteś? – pewnego chłodnego, mokrego przedpołudnia Klaudiusz rzucił do dyrektora technicznego i jakości wewnętrznej. – Sam sobie zetnij włosy, łysa pało. – Za krótką chwilę, śmiejąc się ironicznie, Klaudiusz na powrót śledził szybko przemieszczające się, podłużne przedmioty, które tego dnia nie chciały przybrać innego koloru niż ten cholerny szary. – Wie pan, panie, co to jest mobbing?

Dziwne, już dwa lata z hakiem obaj pracowali w tym samym przedsiębiorstwie, na tej samej zmianie, obsługując zazwyczaj tę samą maszynę, do tego będąc jeszcze – jak Irek się kiedyś dowiedział – praktycznie rówieśnikami, a mimo to nie zdążyli się dotąd w gruncie rzeczy poznać. „Naprawdę przeolbrzymia szkoda”, myślał Irek niejednego przedpołudnia, wieczoru i poranka. „Jakież to smutne”. Oczywiście, codziennie witali się podaniem ręki, bywało nawet, że wymienili parę nic nieznaczących zdań o pogodzie. Czasem rzucili do siebie coś o opóźnieniach dręczących miejską komunikację czy proponowanej w przedsiębiorstwie wysokości wynagrodzeń, a parę razy zdarzyło się, że w nieskomplikowanych kilku słowach ujawnili własne przemyślenia odnośnie umiejętności współpracownic i ich możliwości. Trudno byłoby jednak, okazując nawet maksimum dobrej woli, nazwać wszystko to przyjaźnią czy chociaż jakimś jej najbiedniejszym zalążkiem. Irek ubolewał w skrytości, ale nadzieję – niczym chłop małorolny ostatniego koguta – wciąż przy życiu podtrzymywał.

Ta dziwaczna fascynacja mogłaby bez trudu zniszczyć obraz normalności naszego bohatera. Mogłaby, gdyby w jakiś sposób została uzewnętrzniona. Tymczasem – pozostając w ukryciu – jedynie nieco go mąci. I dotyczy to oczywiście tylko nas, którzy możemy zajrzeć w głąb irkowej duszy.

* * *

Razem ze swoją partnerką, Martą, Irek wynajmował na obrzeżach miasta kawalerkę. Nie było to może nic specjalnego, ze ścian troszkę tynk odpadał, a z sufitu ciekła woda (przynajmniej taką mieli nadzieję, że to była woda), ale im takie życie na razie wystarczało. Nie znaczy to naturalnie, że pozbawieni byli jakichś większych ambicji, bo pragnęli zmian, naprawdę. Ona szczególnie. Na wszystko jednak – jak stwierdzili – przyjdzie kolej, muszą tylko cierpliwie czekać.

Wieczorami – gdy czując jeszcze ten gorzkawy posmak piwa, leżeli już pod kołdrą, gorącą jak sierść łaszącego się w nieskończoności kota – pośród tych wszystkich natchnionych słów o świecie, które po brzegi wypełniały ciemny niczym wnętrze studni pokój, coraz odważniej wznosiły się snute w gorączce plany. Wkrótce kipiało.

Potem, w czasie, kiedy ich pokój cichnie, wciąż bardzo rozgrzani, ale już pod z wolna gasnącym wpływem iluminacji, kochankowie wkraczają do krainy, gdzie rządzi Morfeusz; pogodnej wtedy zazwyczaj jak niebo nad Egiptem. Kobieta z reguły trafia tam wcześniej, o kilka minut, nieznacznie. Tuż obok mężczyzna; jedno, by później drugie. Przez gorące niezwykle poduszki, przedartą kołdrę, przesiąknięte do szpiku prześcieradło.

Czy tym razem będą słuchać lutni, czy może skrzypiec przy akompaniamencie cytry? Grzecznie, z uśmiechem skłonił się lokaj w liberii, podał przepastne menu. A może zaśpiewać ma chór wszystkich aniołów albo sami zechcą znaleźć się pośród tych rzesz głoszących chwałę, by za sekundę już w natchnieniu równi bogom, nabierając w płuca powietrza, czystego jak wiara człowieka prostego, jak pytania dziecka, jak sam początek rewolucji – odtworzyć dawno utracony ideał ludzkiej doskonałości?

W obrębie tych wieczorów – a zdarzały się, gdy obojgu w pracy przypadała akurat ta sama zmiana, czyli raz na dwa miesiące – młodzi ludzie potrafili wszystko sobie nawzajem wyjaśnić i wiele wyznać. Dotykali się tak opuszkami palców, jakby dzisiaj się poznali, dopiero co, przed kilkoma minutami, albo nawet zostali stworzeni na ten moment tylko. I jedynie. Zapalenie światła i zgaszenie natychmiastowe, aż do żarówki nagłego przepalenia, bólu palców, nadwyrężenia wzroku.

Na stwórcy podobieństwo uzyskani, ale wyszło lepiej odrobinę. Nieco. O jedno pociągnięcie pędzlem albo lekkie przejaśnienie, niemal niedostrzegalne. Tak to czują. Mocno. Wówczas. Te dwie kropki schowane na trzecim piętrze chylącej się ku upadkowi kamienicy.

Naturalnie nie zawsze było aż tak zgodnie. Jako zwykli przecież, przeciętni, normalnymi ludzie od czasu do czasu sprzeczali się ze sobą oczywiście, a niekiedy dochodziło nawet do awantur. Owszem, z użyciem narzędzi – ale w przypadku młodych par to jak najbardziej normalne. No przecież. A wręcz świadczy, że związek rozwija się prawidłowo, a partnerom na sobie zależy.

Skłócić mogło ich czasem, prawdę mówiąc, byle głupstwo. Siłę taką miały na przykład, jak okazało się całkiem niedawno, tłuste ślady na szklance, najpewniej palców. W każdym razie dość duże i niezmiernie trudne do usunięcia. Nikt nie przyznał się – oboje oburzeni i rozwścieczeni winą obarczali drugie. Innym z kolei razem poróżniła ich podniesiona deska sedesowa.

Gdy któremuś właśnie doskwierał zły humor, a brakowało jakoś innego pomysłu na wyładowanie emocji, zawsze istniało kilka takich pewnych, sprawdzonych metod wyrządzania drugiemu przykrości. Mężczyzna wspominał wtedy, przedstawiając odpowiednie dokumenty, najczęściej prawdziwe, o stanowczo zbyt dużej sumie, jaka przeznaczana jest miesięcznie na zakup ubrań, kosmetyków, środków odchudzających i innych takich. A więc rzeczy, bez których z łatwością można by się obyć. Przynajmniej przez jakiś czas, to znaczy – jak uważał – tak z pół roku.

On z kolei wysłuchiwać musiał, jak to mało zarabia i że w domu nic nie robi. O ile na pierwszą z uwag nieraz jeszcze znajdował odpowiedź, to druga za każdym razem zwalała mężczyznę z nóg, wywoływała uderzenie gotowanej krwi do mózgu, a czasem nawet umiała związać i uwięzić język tak skutecznie i na tak długo, że Irek zastanawiał się potem, czy kiedykolwiek korzystał z niego pomiędzy posiłkami.

Zdarzyło się w końcu, że po takiej konfrontacji Marta wyszła z podbitym okiem, tłumacząc później, że schody były śliskie. Irek natomiast w celu ukrycia śladów zębów na przedramieniu, w środku upalnego lata nosić musiał starą, wyliniałą koszulkę z długim rękawem, na której dodatkowo jeszcze widniała wielka plama z buraczków.

Podobnie jak inne pary, tak i oni wspólny czas spędzali głównie przed telewizorem. Gdy między nimi było akurat względnie dobrze, on potrafił bez słowa zmusić się do śledzenia losów bohaterów argentyńskich i brazylijskich telenowel, żeby potem w spokoju przyglądać się grze swojej ukochanej drużyny piłkarskiej, Realu Madryt. Poza tym, co, prawdę mówiąc, jego samego trochę już zaczynało niepokoić, z wolna wciągał go wir tych pokrętnych zdarzeń ukazanych byle jak w tandetnych latynoskich tasiemcach za pięć pesos.

Istniały na szczęście i takie programy, których wspólne oglądanie nie wymagało pójścia na kompromis przez żadną ze stron. Takim ich ulubionym był paradokumentalny serial edukacyjny Pani Maria siedzi i wydaje wyroki. Z wypiekami na twarzy śledzili też pląsy prowadzących i uczestników wesołego teleturnieju muzycznego Zgadnij, jaka to wspaniała ćwierćnuta leci. Ileż radości do ich życia wnosiły konkursy muzyczne i taneczne z udziałem jurorów, przepowiednie wygłaszane na żywo, telefoniczne gry na inteligencję, polegające na odgadywaniu słów, rozdania jakichś tam nagród, wybory miss i niedzielne telezakupy.

* * *

Marta, aż za dobrze znając zdanie ukochanego, do ograniczania swoich wydatków czuła się wręcz zobowiązana. To, co z początku trudne, niemal niewykonalne, dzięki systematyczności, odnajdowaniu coraz to tańszych sklepów i decydowaniu się na towary coraz to niższej jakości, okazało się w końcu możliwe. Cały czas zatem czyniła w tej mierze postępy i to już naprawdę zauważalne, ale – jak słusznie przeczuwała – wciąż niewystarczające.

Aby wydatniej jeszcze pomóc w utrzymywaniu mieszkania, zostawała często dłużej w firmie. Prawie zawsze zapisywała się też na sobotnie nadgodziny, nazywane przez kolegów z pracy dwunastkami orłów.
– Idę na dwunastkę orłów – powiedziała cała rozpromieniona, nieco się przymilając. Był to dzień, w którym po raz pierwszy na zakładowej liście umieściła niezwykle staranny, zamaszysty podpis. Podała Irkowi herbatę.
– Co ty pieprzysz?
– No, że w sobotę mam nadgodziny. – Zrobiło jej się trochę przykro, ale uśmiech nie znikał z twarzy, subtelnie pokrytej makijażem, zwróconej ku oglądającemu właśnie mecz, szeroko siedzącemu na kanapie partnerowi.
– Aha – Irek uśmiechnął się.
Całowali się potem długo.

Podobnie jak inni przeciętni, zwyczajni ludzie, Irek pięć dni w tygodniu tyrał jak wół, by wreszcie, dostąpiwszy wolnego, móc się koniec końców dogłębnie zabawić. Pełną piersią oddychał na dobrą sprawę właściwie tylko w weekendy, a ściślej w soboty, czyli ten jedyny, magiczny nieomal czas. Wyczekiwany z drżeniem serca. Z utęsknieniem, o sile równej tej, z jaką hazardzista pragnie, żeby system się sprawdził, a gapowicz znajdujący się w obliczu konduktorskich kroków, żeby pociąg teraz stanął. Była to dla Irka jedyna okazja do naprawdę, ale tak naprawdę rzetelnego odpoczynku. Najczęściej do autentycznej nieprzytomności, tak, aby utracić panowanie nad sobą. Zupełnie jakby miał się dzisiaj w całości zakończyć, opuścić ciało i odpłynąć na zawsze. Przypadkowy obserwator nie miałby wątpliwości: jakiekolwiek emocje, które dziwnym trafem jeszcze zostały do odczucia, będą bezwzględnie i lada moment przez mężczyznę doświadczone. Irek, podobnie jak większość rówieśników, wychodził z prostego założenia, że z życia trzeba korzystać, póki się da. Najlepiej wiadrami. Zwłaszcza zaś za młodu, czyli w czasie, gdy wiadra nie mają jeszcze zbyt wielu dziur i zadrapań, a uchwyt działa prawidłowo.

Marta, wiedząc, jak wyczerpującą pracę wykonuje partner, na jego sobotni stan nie zwracała wcale uwagi. Przychodziła późnymi wieczorami i od razu kładła się spać. Sen przychodził zwykle gładko, zmęczenie pomagało, a w razie czego w torebce, obok środków przeciwbólowych i antykoncepcyjnych, zawsze mogła znaleźć niewielkie, kolorowe opakowanie stosownych tabletek.

* * *

Irek nie różnił się oczywiście wcale od innych normalnych ludzi – miał pracę, kobietę, kolegów, dach nad głową i całą masę bliższych i dalszych celów. Uważano go powszechnie za najzwyklejszego człowieka, jaki stąpa po ziemi. Takie sprawiał przynajmniej wrażenie. Mylne, jak się okazało.

Obchodzący tego dnia imieniny Irek witał przybyłych właśnie gości.
– Bardzo się cieszę, ziomy!
– Graba, skurczybyku! – Maks złapał kolegę za rękę. – Niech ci się powodzi – spojrzał porozumiewawczo na Martę. – I postarajcie się wreszcie o dzidzię.
– Na razie nas nie stać, ale jak tylko… – kobieta nie zdołała dokończyć.
– A ja ci życzę wielu, wielu litrów… – Jacu energicznie zaczął ściskać nieco zaskoczonego tą gwałtownością solenizanta. – Szczęścia, oczywiście!
– Dzięki wielkie! – Irek wskazał głową niewielki stół. – Usiądźcie. I czujcie się jak u siebie w domu, a jak czegoś chcecie, to śmiało bierzcie. Czym chata bogata.
– Gumiś nie mógł przyjść, bo ma problemy ze starą – wyjaśniał Maks. Przysuwając krzesło do stołu, narobił tyle hałasu, że zniesmaczył Jaca, bardzo cichego w tym aspekcie. Jacu, dziwnie dziś pobudzony, z niedowierzaniem i dużym niesmakiem pokręcił łysą głową. Maks, nie zważając na te zaczepki, kontynuował – Mówił, że musi teraz jakiś czas siedzieć z nią w chacie i nigdzie nie wyłazić. Ale spoko, nie przejmuj się, jak tylko swoje odczeka, to przyjdzie. Znasz go zresztą, sam wiesz, że o kumplach nie zapomni. Nigdy.
– No tak. Wiecie, właśnie chciałem o to zapytać, dzięki wielkie za info. – Irek stał już w aneksie kuchennym i machinalnie poklepywał biały (przynajmniej pierwotnie, bo obecnie równie dobrze można by go nazwać szarym) elektryczny czajnik. – A jeszcze powiedzcie, proszę, co pijecie, kawę czy herbatę? – Widząc niepewne miny kolegów, szybko dodał: – To tak, wiecie, na dobry początek.

Po nastym z kolei rozlaniu towarzystwo stało się już nad wyraz sobie bliskie, a funkcja wesołości osiągała właśnie ekstremum. Potrafili niezwykle dokładnie określić największych wrogów i przyjaciół, przytaczając przy tym dokładne charakterystyki. Natchniona wylewność, jaka unosiła się wokół, intensywnością przewyższała już nawet otaczające ich, nieskończenie szare kłęby papierosowego dymu. Wyjątkowa na wskroś chwila nie pozwalała szczędzić podziękowań ani pochwał, z których większość kierowana była, rzecz jasna, do solenizanta, czyli normalnego i w porządku gościa, nie omijając też oczywiście jego partnerki, laski ładnej i zaradnej. Za chwilę wszyscy grali już w pokera, gdzie – jak zgodnie ustalili – zdejmowaniu ostatniej części garderoby towarzyszyć ma wyznanie największej życiowej tajemnicy.

Jacu, który jako pierwszy musiał pożegnać się z myślą o wygranej, zdradził, że przez kilka lat należał do polskiego Ku Klux Klanu i biegał z maczetą po lesie. Głównie nocą. Raptem kilka minut później okazało się, że Maks spędził rok za kratkami, po tym jak oskarżono go o rozbój z użyciem ostrego narzędzia oraz ciężkie pobicie kelnerki.

– A! Widzicie, wygrałem – Irek triumfował. Jego ruchy, choć dosyć śmieszne, w gruncie rzeczy, przyznajmy, niemal żałosne, dodawały mężczyźnie jeszcze pewności siebie, a pozostali, zyskując w nich dodatkowy bodziec, raz za razem wybuchali teraz wręcz spazmatycznym śmiechem. – Dawaj… – Solenizant spojrzał wymownie na Martę.
– Chciałam kiedyś zmienić płeć – odpowiedziała szybko, prawie bez zastanowienia.
– Co?! – Irek był wpatrzony w koronkową część bielizny, czarną, opadającą powoli na dywan. Dywan nieco już niewyraźny, jakby trochę się rozmywający, ale bezwzględnie wciąż szalenie kolorowy. Ten kontrast robił na mężczyźnie wielkie wrażenie i długo nie pozwalał oderwać wzroku.
– Daj spokój – na twarzy Marty od godziny niezachwianie trwał tępy uśmiech, w tej chwili stając się jeszcze odrobinę szerszy. – To było dawno, nawet cię przecież nie znałam.

Irek nie miał jednak zamiaru wcale się gniewać, ani teraz, ani później. Paradoksalnie, wyznanie Marty nie tylko go nie zbulwersowało, ale prawdziwie ucieszyło. Chociaż nigdy wcześniej się do tego nie przyznała, to nieraz wyczuwał podświadomie takie właśnie w niej ciągoty. Dziś, dzięki tej nadzwyczajnej szczerości, mógł nareszcie głęboko odetchnąć. Wiedza, nawet o tak w powszechnym odczuciu nieprzyjemnych sprawach, ma tę niezwykłą, leczniczą właściwość, że rozładowuje niepokój niczym doświadczony ogrodnik taczkę z piaskiem, a trafiony żart napiętą atmosferę.
– No okej, to przyszła moja kolej, ja coś wam powiem. Wygrałem, mimo to się przyznam. W końcu, wiecie, jesteśmy rodziną. Jedną, wiadomo. – Rozbierał się dość niezgrabnie, z trudem utrzymując ciało na chudych jak patyki, porosłych czarnym bluszczem nogach. – Otóż… – zrobił głęboki wdech, odczekał – piszę czasem wiersze.

Nastała zupełna cisza. Patrzyli na niego przez kilkanaście sekund, nie oddychając, nie umiejąc zataić jakoś wyjątkowego wprost zaskoczenia. Wszyscy troje na pewien czas zamienili się w jedno lodowate spojrzenie, bardziej przez Irka wyczuwane (z oczywistych względów) niż realnie widziane. Po czym równocześnie, pchnięci przemożnym uczuciem obrzydzenia, jakby na komendę wybałuszyli prawie już trzeźwe teraz oczy i zaczęli wydawać głośne, trochę piskliwe dźwięki.

– Marnujesz czas na takie bzdury? – Jacu z trudem powstrzymywał się przed użyciem mocniejszych słów. – Nie wstyd ci, przecież to jest zajęcie dla jakichś gejów albo debili.
– Jesteś gejem?! – nie wytrzymała Marta. Przypominając sobie jednak poprzednią noc, dodała: – Co ty myślisz? Że życie to bajka, że złowisz złotą rybkę, która spełni wszystkie twoje życzenia albo ktoś poda ci całe królestwo na srebrnej tacy? Że przyjdą trzej królowie może i dostaniesz złoto, mirrę i kadzidło i jeszcze okryją cię jedwabiem, co?
– Wiesz, że w czasie, jak siedzisz przed tymi bzdetami, totalnymi nonsensami, głupotami od siedmiu boleści, mógłbyś zrobić tyle… tyle dobrego – do ostrzału dołączył się Maks. – Tyle innych, ważnych, istotnych rzeczy. Mógłbyś na przykład nauczyć się nowego języka. Obcego. Albo zapisać się na jakiś dodatkowy kurs i znaleźć lepszą pracę Miałbyś w końcu może porządne zajęcie. A tak to biedujesz i tkwisz w bagnie. W tym bagnie, tak to trzeba jasno nazwać. No zobacz, gdzie ty w ogóle jesteś, jak ty żyjesz. Inni jakoś potrafią o siebie zadbać, coś w życiu osiągnąć, zatroszczyć się o siebie, o swoją kobietę, o rodziców. Tak. Wiedzą, co ważne i dobrze na tym wychodzą. Rozejrzyj się dookoła, ogarnij się wreszcie, człowieku. Ile ty masz lat?
– No, Irek, powiedz coś, odpowiedz – głos Marty zdawał się nieuchronnie wkraczać na tory szyderstwa. – Wyglądasz jak totalna oferma, naprawdę. Tylko spójrz na siebie. Masz nam coś do powiedzenia? Coś na swoją obronę? A może tylko sobie żartowałeś, może to mimo wszystko nieprawda, chora bzdura? Bzdura? No powiedz coś!

* * *

Jakiś nagły trzask wdarł się do snu i bezceremonialnie próbował go przerwać. Irek uchylił powiekę. Na szczęcie, mężczyznę nie łatwo było obudzić i już za chwilę, znów w pełnej nieświadomości, obojgiem oczu patrzył w głąb samego siebie, w kolejne urojenia. Sen był ucieczką przed rzeczywistością, pozwalał nie myśleć o wydarzeniach ostatniej nocy. Irek nie chciał opuszczać tego azylu.

Seria głośnych trzasków sprawiła, że Irek odruchowo złapał za leżącą pod łóżkiem komórkę. Z niewyraźną miną, mrużąc przekrwione oczy, rzucił przez zęby przekleństwo, po czym z irytacją wymamrotał – Marta, wiesz, która jest godzina? – i powrócił do poprzedniej, dużo wygodniejszej pozycji.
– Cóż za piękny dzień. Witaj człowieku: Ireneusz.

Otrzeźwienie przyszło natychmiast. Od ręki. Ten głos nie należał z całą pewnością do Marty, nie ma możliwości. Należeć natomiast musiał do mężczyzny, i to chyba obcokrajowca. Lub też do kogoś, komu z jakichś nieokreślonych powodów zależy na dziwacznym, komicznym wprost brzmieniu. Może do włamywacza? Irek poczuł się jak zapamiętały gracz komputerowy, na którego jedyny sprzęt rozlano półlitrowy kubek wrzącego płynu.

Oniemiały mężczyzna siedział teraz na łóżku i przyglądał się niskiej, przeraźliwie chudej, zielonej postaci z jakimś przedmiotem w ręku, być może bronią. W każdym razie na broń to wyglądało.
– Co to za kawał? – Irek zmusił się do uśmiechu. – Przestań się wygłupiać i zdejmuj to głupie przebranie.
– Musisz iść ze mną – nieznajomy wycelował w serce mężczyzny.
– Aha, rozumiem. Tak – Irek ziewnął teatralnie. – Kim jesteś? Maks cię przysłał, co? Albo Marta? – Nagle przypomniał sobie wszystko i zbladł. – Cholera – zaklął.
– Nie ma sensu się kłócić, człowieku: Ireneusz. Chodź za mną. – Na nieznajomym słowa mężczyzny nie zrobiły najmniejszego wrażenia; dalej odznaczał go nienaturalny wręcz spokój.
– Jesteś kosmitą, tak? A to jest pewnie twój laser, tak? – Irek popatrzył ironicznie na wymierzony w siebie niezgrabny przedmiot żywcem wzięty z telewizyjnych kreskówek. – Debilu, zdejmuj te łachy. Natychmiast. Gdzie je dostałeś, w lumpeksie? Co? A może trzymasz w szafie i wyciągasz, jak idziesz na bal przebierańców? I co to jest w ogóle za zabawka? Skąd? Co, kupiłeś ją na gminnym jarmarku po pijaku czy jak? A może w delirce wylicytowałeś na aukcji internetowej i to od kogoś, komu potem usunęli konto za negatywne opinie?
– Zgadza się, masz rację, z twojego punktu widzenia jestem kosmitą. Za to ty jesteś niemiły, przykry, antypatyczny – mówił spokojnie, z namysłem, starając się, by każde słowo zabrzmiało możliwie najwyraźniej. – Ale kto powiedział, że przeciętny ziemianin ma być przyjemny – dodał.

Zapadła cisza. Irek zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Przybysz doszedł do wniosku, że niestety lepiej będzie, jak temu tępemu ziemianinowi mimo wszystko udowodni swoją przynależność do obcego gatunku. W tym celu, nie bacząc specjalnie na kruche ostatnio zdrowie, zaczął teleportować się błyskawicznie z jednego miejsca w pokoju w inne. Trwało to mniej więcej minutę. W końcu musiał odpocząć.
– Gdzie chcesz mnie zabrać i dlaczego właśnie mnie? – głos Irka brzmiał teraz inaczej, stał się poważny i znamionował wreszcie tak wyczekiwaną przez kosmitę rzeczowość.
– Ponieważ nasze badania wykazały niezbicie, że jesteś najbardziej normalnym, przeciętnym i zwyczajnym, słowem: najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem ludzkiego gatunku. A zabierzemy cię na naszą planetę i rozkroimy, by przeprowadzić sekcję zwłok.
– Ale ja wcale nie mam zamiaru umierać, ja chcę żyć. Ja chcę żyć, jestem jeszcze młody, wiesz?
– Twoja wola nie ma tutaj znaczenia, człowieku: Ireneusz.
– Poczekaj – mężczyzna nagle się ożywił. – Te wasze badania są jakieś niedokładne albo nieaktualne może. Są do bani. Ja na pewno nie jestem najbardziej reprezentatywny, jestem nawet bardzo niereprezentatywny. A od wczoraj to stanowię wręcz jakieś dziwo. Stoję na uboczu tej pieprzonej ludzkości. – Przełknął ślinę. – Wiesz, ja piszę wiersze. Naprawdę. I z pewnością na nic wam się nie zdam, to nie mnie szukacie.
– Człowieku: Ireneusz, ja wykonuję tylko polecenia. Nie interesują mnie żadne szczegóły, a tym bardziej przemyślenia jakichś kosmitów, w dodatku najbardziej przeciętnych. Chociaż z drugiej strony – wtem zastanowił się – skoro tak ci zależy, mogę się skontaktować z przełożonymi. W końcu nic mnie to nie kosztuje – zdecydował nieoczekiwanie.

Przybysz odwrócił się plecami do Irka, po czym wcisnął głośno jakiś przycisk i zaczął mówić w swoim kosmicznym, zawiłym języku. Niezrozumiałe słowa kierował do lasera; ten pulsował bladoniebieskim światłem. Dźwięki wydawane przez nieznajomego były wprost nieznośne dla ludzkiego ucha, przypominały trochę odgłosy, jakie wydaje rozstrojone, stare radio, które ktoś maksymalnie pogłośnił i teraz kręci zawzięcie gałką celem odnalezienia stacji.
– Co to są wiersze? – zapytał wreszcie nieznajomy.
– Jak to powiedzieć… Takie bzdury. Zdania, wersy. Słowa po prostu, nad którymi trzeba siedzieć godzinami. Siedzisz, siedzisz, siedzisz i tracisz energię i zdrowie, żeby napisać coś, co za jakiś czas i tak zawsze okazuje się być pretensjonalnym bełkotem bez znaczenia. Praktycznie nikt tego nie przeczyta, a ci nieliczni, którzy jakimś cudem przeczytają, zapomną, i to najczęściej od razu. W zamian nie dostajesz ani grosza, ewentualnie kopa w tyłek.
– Rzeczywiście to dziwacznie… Aż nie chce mi się wierzyć. Człowieku: Ireneusz, powiedz wiersz, proszę. – Zabrzmiało to jednak bardziej jak rozkaz.
– Ale po co?
– Człowieku: Ireneusz, proszę. – przybysz poruszył bronią, delikatnie, ale dość wymownie. – Wiesz, ja jestem jednak z innej planety, niektórych rzeczy nie rozumiem i raczej już nie zrozumiem. Raczej nie jestem w stanie. Niektóre rzeczy są dla mnie zupełnie obce. I chyba już pozostaną. Ty i ja jesteśmy jakby innymi gatunkami, mamy co innego w głowach. Zupełnie. Wiesz, mnie wychowano na żołnierza i po prostu ja dobrze się z tym czuję. Jestem zaprogramowany na coś konkretnego, ścisłego, mam w swojej dziedzinie jakieś osiągnięcia i dobrze mi z tym. Takie życie jest właśnie dla mnie. A teraz akurat, tak żeby rzetelnie wykonać powierzoną misją, a może też trochę z ciekawości, proszę cię, żebyś otworzył usta i powiedział coś swojego, coś o sobie. Swój wiersz.
– Daj spokój, nie wiem jaki – Irek spojrzał na nieznajomego i zrozumiał natychmiast, że targować się nie ma sensu.. – No dobrze, niech pomyślę…

Jego usta otworzyły się. Oczy rozszerzyły. Skóra wygładziła. Z każdą wypowiadaną sylabą ciało młodniało, a on tracił powoli nad nim kontrolę. Bezwiednie uśmiechał się. Wreszcie jego usta zaczęły się śmiać. Członki zaczęły wykonywać ruchy, całe serie ruchów, wszystkie w rytm wiersza. Stopy niosły go przez pokój, drzwi i korytarz. Kolejny wers i kolejny skurcz. I problemy ze złapaniem tchu. Wkrótce stał przed wejściem do jakiegoś pojazdu. Białego. To był olbrzymi spodek. W ślad za mężczyzną podążał nieznajomy. Pojazd cicho zawarczał i z wnętrza wysunęły się płonące złotym światłem ruchome schody. Szybko znaleźli się w kabinie pilotów. Nieznajomy ukradkiem wytarł łzę. Irek bez wahania zasiadł za potężnymi sterami. Wcisnął jakiś przycisk, potem przekręcił jakąś gałkę. Jego palce poruszały się z niesamowitym wyczuciem, jakby z wieloletnią wprawą. Po konsoli pełnej lampek, drucików, światełek i przycisków. Wzruszonych do granic opięły pasy. Kolejne światełka zapaliły się i wkrótce zahuczał silnik. Odlecieli.

Robert Zdrenka

(1981) Prozaik, z wykształcenia logistyk. Publikował m.in. w "Znaj". Poza sztuką interesuje go również historia, polityka i sport (zwłaszcza koszykówka). Uzależniony od gier komputerowych. Od kilku lat mieszka i pracuje w Poznaniu.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!