Kilowaty faszyzmu, ampery ironii (Czarne słońce Jakuba Żulczyka)

Nowa powieść Jakuba Żulczyka wydawać się może kandydaturą doskonałą, by na łamach bieżącego numeru „Wakatu” poświęcić jej obszerniejsze omówienie (co robimy zresztą w dwugłosie[1]). Kandydaturą doskonałą przede wszystkim z tego powodu, że począwszy od samego tytułu – nawiązującego nie tyle do głośnej monografii Julii Kristevej[2], ile do zdobiącego podłogę Himmlerowskiego pałacu Schwarze Sonne – Żulczyk wprowadza nas w problematykę faszyzmu. Czarne słońce w rzeczy samej wydaje się pojęciowo interesujące, choć jednocześnie trudne do oceny. Warte uwagi głównie ze względu na perspektywę, w jakiej problematyzuje się w nim zjawisko faszyzmu, nieredukowalnego bynajmniej do doktryny politycznej, a uobecniającego się już między projekcjami języka, którym każe przemawiać swojemu bohaterowi, niejakiemu Gruzowi, członkowi powieściowej formacji „Prawdziwy Faszyzm”. Pod tym względem Czarne słońce wydaje się przypominać Łaskawe Jonathana Littella. I Żulczyk bowiem decyduje się na narrację pierwszoosobową, by faszyzm identyfikować w konstrukcjach samego języka. Wprawdzie powieść nie rozgrywa się w weimarskich Niemczech przełomu lat 30. i 40, ale w nieodległej przyszłości, w Rzeczypospolitej „rządów konkordatowych” i „monarchii parlamentarno-konsekrowanej” [CS 78][3], nie jest to zatem jak Łaskawe powieść historyczna, a raczej – dystopijna political fiction, nie zmienia to jednak faktu, że metoda Żulczykowej „faszyzmologii” wydaje się taka, jak u francuskojęzycznego autora. I w Czarnym słońcu namysł nad faszyzmem prowadzi się z jego wnętrza. Jeżeli ma być on produktywny, musi zaczynać się bowiem od analizy samej językowości, w której logice Żulczyk identyfikowałby obecność tego, co w historii myśli politycznej określa się mianem „faszyzmu”.

Czarne słońce w rzeczy samej mogłoby się wydawać takim „ćwiczeniem z antyfaszyzmu”, których próby podejmujemy w „Wakacie”, gdzie faszyzm chcemy uchwycić nie tyle jako ideologiczne prześlepienie (tzw. fałszywą świadomością) czy formę ustrojową zrealizowaną w III Rzeszy czy Włoszech Mussolinego. Jeżeli mowa o faszyzmie, to jako o specyficznej logice. Imitując w swojej powieści język polskiego Maximiliana Aue, to pracę jej mechanizmów Żulczyk usiłowałby zarejestrować, krytykując w ten sposób nie tyle faszyzm abstrakcyjny, ile ten wyjawiany przez polszczyznę jego własnej powieści. Miarą skuteczności takich „ćwiczeń” byłaby więc wnikliwość jego samokrytycyzmu. Jeżeli czytać książkę Żulczyka życzliwie, mogłaby się ona rzeczywiście okazać analityką faszystowskości na tyle subtelnej i intymnej, że należałoby jej szukać „w nas wszystkich”, by zacytować Michela Foucualta[4]. Jak zresztą czytamy, jakby w parafrazie autora Nadzorować i karać, „Gruz jest w każdym z nas” [CS 176]. Również w autorze, który zajmowałby się tyleż przypadkiem granicznym – „faszolem” modelowym, z którego monologów składa się powieść – ile swój własny przypadek. Jeżeli taka analiza miałaby się sprawdzić, jej antyfaszystowskość musi obejmować także te potencjalności, które zagrażają samemu Żulczykowi, te potencjalności, które osiągają zenit w brunatnościach Gruzowego idiomu, które jednak pozostają horyzontem autorskiego JA.

Gdyby tak było, nowa powieść Żulczyka, który zamiast wydania kontynuacji niedawno zekranizowanego Ślepnąc od świateł, zdecydował się napisać beletrystykę „zaangażowaną”, w istocie byłaby idealną „wakatową” kandydatką. Takim antyfaszystowskim ćwiczeniem, które podejrzliwe byłoby wobec języka „białego terroru” na tyle, by jego logikę odnajdywać również w samym sobie. Gdyby powieść pozostawała tak samokrytyczna, być może zebrałaby entuzjastyczniejsze recenzje. Tak się jednak nie stało. W czym zatem problem? Czy w przeoczeniach krytyki literackiej? Czy może domniemana „mikrofaszystowskość”, jaką Żulczyk miałby analizować, byłaby jedynie życzeniową interpretacją, która nie znajduje potwierdzenia w samej powieści? Czy może jeszcze inaczej: Żulczyk sugerowałby takie odczytanie, w którym Czarne słońce miałoby być próbą „schizoanalizy” samego siebie, Foucaultowskiego „faszyzmu w nas wszystkich”, ale tak poważnego długu teoretycznego nie potrafi jednak spłacić?

Ustalmy więc jedno: jeżeli czytać nową powieść Żulczyka jako wgląd w struktury faszystowskiego idiolektu, w zarządzające wytwarzaniem „ksenofobicznych brutalności” [CS 175] mechanizmy, Czarne słońce wydaje się sprawdzać całkiem udanie. Oczywiście, można mieć wątpliwości wobec elegancji tej polszczyzny, jaką przemawia jej faszystowski bohater. Wątpliwe wydają się również rozwiązania fabularne, z rozdziału na rozdział coraz bardziej kuriozalne (dobitnym przekładem epizod, w którym Maryja rozrywa na strzępy pedofilskiego „redemptorystę”). Gdyby rzeczywiście zestawić prozę Żulczyka z tą Littellowską, takie porównanie nie wypadłoby na korzyść tego pierwszego. Autor Czarnego słońca w swojej wariacji na język „białego terroru” wydaje się wulgarniejszy, bardziej dosadny, nie dość zręczny. Niemniej same struktury tego idiomu odtwarza przekonująco i kompetentnie. Do tego stopnia, że Czarne słońce mogłoby wielokrotnie ilustrować rozpoznania Męskich fantazji Klausa Theweleita. Dajmy przykład: „Chcemy usypać górę z waszych trupów, najwyższą na świecie. Na jej szczycie będzie stał monolit, kamienny totem, z płonącym w środku wiecznym ogniem. Na tej górze zbudujemy świat ludzi wierzących w honor i posłuszeństwo, pokornych względem przyrody i jej prawdziwych praw. Świat ludzi ciężko pracujących na każdy swój dzień, a nie rozleniwionych spasionych świń. Świat ludzi surowych i pięknych, szanujących słońce, księżyc i gwiazdy” [CS 33].

Równie wiele fragmentów czytać można jako potwierdzenie diagnoz formułowanych przez współczesnych krytyków biopolityki. Z ich rozpoznaniami Żulczyk zdaje się korespondować, kiedy np. na listę proskrypcyjną powieściowego faszysty wpisuje tych, którzy kalają czystość Ojczyzny. Kiedy zatem Żulczykowy szwarcbohater klasyfikuje swoich „wrogów”, definiuje ich przez pryzmat abjektalności, ciała obcego, które brudzi pole jego widzenia. I tak, proskrypcje obejmują i kobiety („brzydsze od ospy”, „pewnie ona ma jakąś ospę albo innego aidsa”), i homoseksualistów („gejcun”), i Żydów („obrzezańce, gównojady”, „Piękne macie te imiona, rozklapichy izrealeskie. Normalnie Miss Rampy 1943, jedna z drugą”), i syryjskich imigrantów. Abjektalność ta kala również obóz samego Prawdziwego Faszyzmu: „Wyobraziłem sobie, że jest wielkim, nadgniłym owocem, z którego wylęga się pełno robaków i który trzeba rozbić na miazgę pięściami, rozetrzeć, zadeptać, bo zaraz robaki się odrodzą i zarażą inne owoce” [CS 118]. Monologi powieściowego Gruza odtwarzałyby zatem język faszyzmu, a zarazem samą immunologiczność jego biopolitycznych mechanizmów.

Pojęciowo najgęstsze pozostają jednak te ustępy Czarnego słońca, w których Żulczyk zdaje się pytać nie tyle o to, „czego” pragną faszyści, ile „dlaczego” tego pragną. W tym sensie odrabiałby on lekcję z motta do powieści wybranego z Apokalipsy D.H. Lawrence’a. Powieść polskiego autora byłaby apokaliptyczna w dwójnasób. Z jednej strony jej fabuła rzeczywiście opowiada o kresie dziejów, kiedy zwany u Żulczyka biblijnie Alfą Chrystus (lub Antychryst) powraca, by wraz z powieściowym bohaterem zrównać nasz świat z ziemią. Żulczyk pisałby jednak swoją apokalypsis w jeszcze innym, etymologicznym tego słowa znaczeniu – powieść ‘odsłaniającą’ czy ‘ujawniającą’ samą specyfikę faszyzmu, jego energetyczną mechanikę. Gdy Żulczyk próbuje uchwycić to, co przeideologiczne, co stanowi paliwo faszystowskiego dyskursu, dociera bowiem do energetycznej pleromy, której wybuchy, erupcje, eskalacje w samej powieści fabularyzuje. Na takie wyjaśnienie naprowadza pseudonim głównego bohatera; w języku rosyjskim „gruz” znaczy ‘wybuch, ładunek’. „Jestem niewypałem, co go twoje dzieci znalazły i wybuchły w pizdu, bąbelki kochane śliczne”. Czym owa energetyczność miałaby być, czy chodzi – jak w nieortodoksyjnej psychoanalizie Wilhelma Reicha, która zainspiruje autorów Kapitalizmu i schizofrenii – o energię libidinalną, czy może o Deleuzjańsko-Guattariańską „produkcję pragnącą”, Żulczyk nie doprecyzowuje, jakkolwiek faszystowskość pozostaje dla niego zjawiskiem somatycznym, cielesnym, pragnieniowym. W swojej analityce Żulczyk wycofuje się zatem przed ideologię, by uchwycić same napędzające ją afektywne siły. Czarne słońce o tyle zatem sprawdzałaby się jako książka o faszyzmie, o ile dyskursywizowałaby samą energetyczną kipiel, z której wyłania się backlash powieściowego idiomu.

Nic dziwnego, że Żulczyk podaje w wątpliwość tę krytykę faszyzmu, którą formułują przeoczające jego energetyczność neoliberalne elity, dostrzegające jedynie jego najbardziej rażące przejawy (np. slogany polityczne czy rocznicowe pochody). Żulczyk wskazuje dodatkowo na koniunkturalność takich „ćwiczeń z antyfaszyzmu”. Nie dość, że okazują się one drastycznie nieskuteczne i pojęciowo mylne, to jeszcze nie tyle wynikają z moralnego niepokoju, ile z troski o uprzywilejowujące owe antyfaszystowskie elity status quo (reprezentuje je reżyser Andrzej). Tym samym Żulczyk ustami swojego bohatera, Agambenowskiego „świętego człowieka” czy Arendtiańskiego „człowieka zbędnego”, jakkolwiek określić jego pozaprawny status („Oficjalnie byliśmy bandytami i nikt się do nas nie przyznawał” [CS 17]), wydaje się formułować krytykę elit III RP, których antyfaszyzm uwarunkowany byłby jedynie socjoekonomiczne.

Gdyby chcieć sklasyfikować stanowisko Żulczyka, wypadałoby go umieścić w tradycji wywodzącej się od autora Psychologii mas wobec faszyzmu. Nawet jeśli słownikiem psychoanalizy Żulczyk się nie posługuje, sam faszyzm próbuje on uchwycić od strony ekonomii pragnienia, którego inwestycje analizował również Wilhelm Reich. Więcej nawet. Mimo pewnych asekuracyjnych sformułowań („Pewnie tak myślałeś, że skoro jestem tym, kim jestem, to musiałem przeżyć coś strasznego, że jestem tylko takim pancerzem, wdziankiem na pokaz, że w środku Gruza siedzi jakaś bita i dymana cipa […]” [CS 62]), w powieści pojawiają się takie wyjaśnienia żołnierskiej, protofaszystowskiej „ekonomiki”, pod którymi podpisałby się inny „reichista”, czyli wzmiankowany już autor Męskich fantazji: „Że tu i teraz jesteśmy jednym, stugłowym, tysiącgłowym, kurwa, smokiem, który w ogromnym żołądku ma ocean roztopionej, białej stali i wszyscy twoi bracia i siostry są tym jednym, białym, roztopionym, oślepiającym oceanem i wszystko, co jest na twojej drodze, naszej drodze, jest do przeżucia, wyplucia, zadeptania, rozerwania na strzępy, unicestwienia” [CS 23]. Ciało faszysty pragnie zniszczenia, aby zdepersonalizować swoje JA w sile, która niszczy wszelkie zagrażające mu abjektalności, która „nie-do-końca-narodzone”[5] JA pozostawi samotne na placu boju: „aż w końcu zanikało we mnie coś takiego jak »ja«, przestawałem mieć imię, nazwisko, zapominałem, jak wygląda mój ryj, byłem mocą, pięścią, stugłowym smokiem, ogniem, byłem perłą na dnie świata, byłem milionletnim dębem, byłem procą w ręku Dawida, byłem wszystkim […] osobowość spalała mi się w ogniu lepszej sprawy” [CS 150]. I jeszcze: „Jestem wszystkim, czego się boi. Jestem lufą wymierzaną w tył łba. Jestem setkami ciał ubitymi przez setki kul, wrzuconymi do jednego rowu. Jestem drzewem, które wyrosło na tych setkach ciał. Jestem sową, która mieszka w koronie tego drzewa” [CS 87].

Lektura Czarnego słońca nasuwa jednak wątpliwości, na ile nie upodabnia się ono do literatury Weimaru do tego stopnia, że staje się nieodróżnialne od faszystowskości tego języka, którego logikę miałoby problematyzować? Na ile operuje tą energią, której wektory miałoby analizować? Pisarz uprzedza te zarzuty: „Pewnie część z Was podejrzewa, że wymyślając postać Gruza oraz otaczający go świat […], rzuciłem się na łatwe kontrowersje i związane z nimi rzekome pieniądze. Inni z Was mogą się zastanawiać, czy tworząc ten katalog ksenofobicznych brutalności, nie próbowałem sublimować swoich ukrytych popędów i nienawiści” [CS 175]. Po czym dodaje: „Rozumiem to wszystko, ale każdy z tych punktów widzenia jest związany, niestety, z mniej lub bardziej uświadomionym żądaniem przeprosin i tłumaczeń. A ja nie muszę za nic przepraszać. Wystarczy, że żyję razem z Gruzem” [CS 175]. Czarne słońce nie jest w całości monologiem Gruza. Pojawiają się w nim również fragmenty, w których Żulczyk ujawnia własną obecność. Ironizowałby, że Gruz to JA („żyję razem z Gruzem”) w cokolwiek jednak przewrotny sposób – po to, by zdystansować się wobec faszystowskości swojego bohatera. W tym celu przydatna okazuje się formuła prozy postmodernistycznej. Żulczyk komentuje postępowanie swojego bohatera, by w ten sposób się od niego odróżnić, i to nawet wówczas, gdy przyznaje się do własnego „faszolstwa” in spe („Gruz jest w nas wszystkich”, nie wyłączając przy tym samego Żulczyka).

Mogłoby się jednak okazać, że autoironia Czarnego słońca jest jedynie przyzwoleniem, by swobodnie posługiwać się językiem „ksenofobicznych brutalności”, by – mówiąc inaczej – podpinać swoją powieść pod tę protofaszystowską energetyczność, której mechaniki Żulczyk miałby poddawać krytyce. Jak na ironię, rozdział, z którego cytowałem powyższe parabazy, zatytułowany został: Krótka przerwa, po której wrócimy do (względnej i bardzo umownej, gdyż nikt nie wie tak naprawdę, czym ona jest) teraźniejszości, chociaż wiem, że powinienem dalej opowiadać, jak Gruz stał się Gruzem [CS 174]. Jak na ironię, ponieważ równie rozwlekłymi tytułami posługiwał się jej krytyk, David Foster Wallace. Autor Infinite Jest uchodzi bowiem za pisarza post-postmodernistycznego, posługującego się – by tak powiedzieć – ironią ironicznie, problematyzującego przede wszystkim jej nieskuteczność. O ile bowiem jeszcze postmodernistom ironia mogła wydawać się instrumentem subwersji, o tyle na początku lat 90., co Wallace spostrzega na przykładzie reklam amerykańskiej telewizji, staje się ona środkiem marketingowym, metodą, by jawną przesadą zdobyć zaufanie konsumenta[6]. Zdaniem Amerykanina ironia zatem nie tyle podważa, ile umacnia neoliberalne status quo. Jak mocno zaś, wystarczy przyjrzeć się powieści Żulczyka.

To bowiem jego autoironiczność pozwalałaby mu uprawiać prozę pod pozorem „ćwiczeń z antyfaszyzmu” kapitalizującą owe energie, których logikę powinien był w swojej powieści zdekonstruować. W wywiadach przyznawał zresztą, że podczas pracy nad przygodami Gruza dał wolne swojemu „wewnętrznemu ochroniarzowi”, który dotąd cenzurował jego pomysły. Dzięki ironicznym formułom, którym opatruje swoją „faszyzującą” prozę, teraz z detalami opisywać może nawet sceny gwałtów („Krew, mózg i mięcho tryskają mi na glebę” [CS 34]). Nie chodzi o to, by powieść skrytykować za sprzeniewierzenie się mieszczańskiemu decorum. Problem wydaje się poważniejszy. Dopiero bowiem ironizując z własnej faszystowskości, Żulczyk dostarczałby „empikowemu” czytelnikowi tych rozkoszy, które zarezerwowane być powinny dla prozy tzw. mężczyzn-żołnierzy, prozy stricte faszystowskiej, w kontrze do której powstawało rzekomo Czarne słońce. Autoironia Żulczyka pozorowałaby więc pracę na faszystowskim idiomie, podczas gdy narracja jego powieści dostarczałaby tej przyjemności, co bestsellery „białego terroru”, dostosowane zarazem do pruderyjności mieszczańskiej publiczności, potrzebującej zabezpieczenia w postaci etykiety „proza antyfaszystowska”. W tym sensie powieść Żulczyka okazywałaby się genialnym produktem marketingowym – prozą, w której i wilk faszystowskiej rozkoszy syty, i owca mieszczańskiej przyzwoitości cała.

 

[1] Zob. Nina Janiszewska, Czarne słońce – zwierciadło wierzeń i przyzwyczajeń, „Wakat” 2019, nr 4.
[2] Julia Kristeva, Czarne słońce: depresja i melancholia, przeł. Michał Paweł Markowski, Remigiusz Ryziński, wstęp Michał Paweł Markowski, Universitas, Kraków 2007.
[3] W nawiasach kwadratowych cytaty lokalizuję za wydaniem: Jakub Żulczyk, Czarne słońce, Świat Książki, Warszawa 2019.
[4] Michel Foucault, Preface, w: Gilles Deleuze, Felix Guattari, Anti-Oedipus, przeł. Robert Hurley, Mark Seem, Helen R. Lane, University of Minnesota Press, Minneapolis 1983, s. XIII.
[5] Klaus Theweleit, Męskie fantazje, przeł. Mateusz Falkowski, Michał Herer, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2015, s. 737.
[6] Zob. David Foster Wallace, E Unibus Pluram: telewizja a fikcja amerykańska, w: tegoż, Rzekomo fajna rzecz, której nigdy nie zrobię. Eseje i rozważania, przeł. Jolanta Kozak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016.

Zbigniew Jazienicki

(1990) Doktorant Instytutu Literatury Polskiej UW. Pracuje nad monografią polskiego klasycyzmu wczesnych lat 90. („Szarże ariergardy. Polska poezja klasycystyczna wobec doświadczeń transformacji ustrojowej lat 90. XX wieku”).

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!