Głód w Ameryce. Literatura głodująca i literatura syta – uwagi do Poematu amerykańskiego Krzysztofa Szymoniaka.

Marek Krystian Emanuel Baczewski nazwałby to potęgą niesmaku, Simone Weil misterium chemicznego unicestwienia. Oto skandaliczna literatura głodująca, nonszalancka i niepozbawiona dezynwoltury. Franz Kafka w krótkim opowiadaniu „Głodomór” uzmysławia irracjonalność jej istnienia, zachłanność jej egzystencji. Głód jeśli jest, jest i pozostaje nowym kosmosem, nieznoszącym żadnej innej metafizyki. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Baczewski, streszczając z emfazą prozę Kafki:

Wówczas to z klatki głodomora podnosi się śpiewaczy rejwach. Niechaj na jego głodówkę nie padnie cień podejrzenia. Dzieło, każde dzieło – a w tej liczbie i dzieło głodu – winno być doskonałe. Nie sposób go brać w głodowych porcjach, bowiem sam jest głodem. Trzeba go zażywać pełnym pyskiem i żadną miarą nie wolno dopuścić, żeby okruszki sypały się na ziemię. Artysta daje więcej, niż trzeba, i chce dać więcej, niż można. Społeczeństwo nie wymaga aż tak wiele [1].

Chodzi o to, aby skarga artysty głodu przezwyciężyła tego, który się uskarża. Zabiła go. Literatura głodująca jest literaturą poszukującą śmierci jako doświadczenia wyobraźni. Skarga ma nie tylko uśmiercić skarżącego, lecz także – przeszyć czytelnika, pochłonąć go jako przypadkową ofiarę szalejącego głodu. Nie wyłącznie o śmierć tu idzie, chodzi także o mord. Na jednych pada promienne spojrzenie Mnemozyny. O tym zjawisku pisał Hans Georg Gadamer. Inni znowu rodzą książki z żebra – przypomina za Adolfem Rudnickim Baczewski [2]. Te narodziny zaś, jak wskazuje autor „Fortepianu i jego cienia”, niosą za sobą ryzyko błędu i nicości:

Piszemy […], ponieważ tego chcemy. Wezwanie do pomnażania tekstu dociera do nas z podziemia duszy. Litera wyraża pewien sens i pewien dźwięk, ale jest też pragnieniem, by stanęła przy jej boku jeszcze jedna litera. Z głodu powstają symfonie i freski. Głód wciela się w architekturę. Wszystko to są dzieła głodu.
Tekst głodu: sylaby i głoski głodu, szalbiercza ekspresja egoistycznej chrząstki, perfidne maskowanie niskich pobudek. Tekst głodu [3]

Czytając „Poemat amerykański” Krzysztofa Szymoniaka, rzeczywiście obcowałem z tekstem głodu. Głodu rosnącego aż do perigeum. Od tytułowego poematu aż po naszą małą metafizykę. Saturn pożerający własne dziecko – myślałem o Szymoniaku. Co z nim począć? Powróciłem do „Wierszy [masowych] i innych” Krzysztofa Kuczkowskiego, aby w przenikliwym wierszu „Anioł Jeffa Buckley’a” odnaleźć jakąkolwiek wskazówkę:

Kiedy śpiewasz Alleluja, widać
jak twój anioł zbiera się w kącikach
ust, jak gromadzi się w różnych

postaciach i stanach
skupienia […]

i nagle już wiesz:
miłość nie jest marszem
zwycięstwa, ale niekończącym się

szeregiem klęsk, po których
– wciąż wyżej i wyżej – wspina się
Twoje Alleluja
[4].

Nie była to jednak potęga niesmaku ani rodzenie litery z żebra – jak określiłby to Baczewski. Kuczkowski nie głodował; raczej zastąpił głód inkantacją głodu. Głodując, nie myślał o tym, co nastąpi – nie zastanawiał się nad głodem głodu. Uzasadnił to w ostatnim zdaniu tomu, należącym do wiersza „Śmierć Wielkiej Małpy”: Zima może za długa być na nasze krótkie życie[5]. Dodawał do tego w utworze „Jęzorem”: Nie wiadomo kiedy zaczyna pracować igła słów kojących jak kokaina[6]. A więc promienne spojrzenie Mnemozyny tym razem odnalazło swoją drogę – Kuczkowski był syty własnym głodem, a sytość ta konsekwentnie stawała się tematem jego literatury.

Głód rodzi się z lęku o samego siebie. Co stałoby się, gdybym go nie powstrzymał? A jeśli powściągnąć wyłącznie lęk, a spotęgować głód – czy wówczas zostaniemy doprowadzeni poza granice nas samych? Na tym polega sztukmistrzostwo artystów głodu, z tego czerpie siłę woli Saturn, boży synobójca. Tak, „Poemat amerykański” Krzysztofa Szymoniaka jest dziełem saturnicznym – począwszy od pierwszych słów poematu nie ulega wątpliwości, że jest on tekstem głodu:

Prawda o Ameryce dla mnie nie istnieje, bo nigdy
tam nie byłem. Ameryka przyszła do mnie wiele lat temu,
zanim nauczyłem się rozumieć to, co czytam, zanim
pojąłem sens słów, znaków i obrazów. Ameryka przyszła
do mnie miedzą, ścierniskiem, łąką i kałużą, nie bacząc
na wierzby i bocianie gniazda.

Żyć w świecie poza Ameryką to żyć życiem nieobecnych, życiem cieni. A jeśli Ameryka, a więc ryzyko błędu i nicości, świat, którego nigdy nie zobaczyłem i nigdy nie ujrzę, jest dla mnie – prowokuje Szymoniak – pierwszym mitem mojego życia, fundamentem wiary, przekonań i instynktów, confiteorem? Co się stanie wówczas, kiedy ją odrzucę i wybiorę Lete, rzekę zapomnienia, tę zwyczajność, która nie mieści się w pojęciu „american life”? Zwyczajność, czyli nicość? Co to znaczy: odrzucić Amerykę – pierwszą przyczynę i celebrować własne święto głodu? Zstępować do Europy, do Gniezna – tak jak do Hadesu, być Persefoną przed komputerem na ul. Wiosny Ludów, nie zaś Antygoną w Nowym Jorku? Żyć na tratwie „Meduzy”? Artysta głodu pyta, odpowiedz mu:

nie mogę przecież być w dwóch miejscach jednocześnie, skoro siedzę
przed komputerem w swojej chatce pustelnika […], to nie mogę
w tej samej globalnej chwili podziwiać wschodu słońca nad miastami
Ameryki Północnej ani tym bardziej pić wina z menelami w
Central Park, aby potem napisać o tym wstrząsającą story,
zresztą mam tutaj swoje własne problemy, w ich rozwiązaniu
nie pomoże mi prezydent Bush Junior, nie uwolnią mnie od
nich amerykańscy marines, nigdy nie przyleci po mnie
kosmiczny wahadłowiec […]

Dosyć. Niesmak i jego potęga – obiecane przez Baczewskiego – wreszcie do mnie docierają. Mam problem z głodem Szymoniaka, z jego furią, z obsesyjnie recytowanym szeregiem klęsk, po których – inaczej niż u Kuczkowskiego – nie następuje żadne, choćby gorzkie, Alleluja. Z jego małą metafizyką: poematem prozą, solilokwium doskonałym, tekstem, który rezonuje zwłaszcza po lekturze poprzedniego tomu autora, „Światłoczułości”. Głodomór Kafki znów przemawia, mówi tym razem do ostatniego słowa, wreszcie doprowadza do siebie, aż po granicę życia i śmierci rysuje przede mną ładny szmat rozpierdolonego życia:

żetak naprawdę to nie mam odwagi skończyć
z tym wszystkim, np. osiedlając się
w Neapolu na via Spaventa
albo wyskakując z dziesiątego piętra
na betonowy trawnik wprost pod nogi
dojrzewających nastolatek obryzgując je
mózgiem i krwią serdeczną
żelatem w ciepłe noce kładę się na dachu
[…] a potem płacząc próbuję porozumieć się
na migi z Ojcem-Kosmosem
żezginął bez wieści mój duch szlachetny
jeśli ktoś go spotka na pustej drodze
w czyśćca mrocznej celi
niech się nie trwoży niech mu w serce strzeli
żeumarłem wiosną któregoś roku w hotelowej
mansardzie gdzie do dzisiaj obraz
mojego ciała udaje że jestem tym którego
chcecie pamiętać
żenajlepsze wiersze ułożyłem z martwych liter
gdy opuściła mnie poezja.

Szymoniak wypowiada swoje życie językiem solilokwium, Kuczkowski – językiem mitu. Jak wskazywał Jarosław Płuciennik, są to dwie wykluczające się drogi. Tylko solilokwium jest owocem pracy laboratoryjnej, skutkiem przekształceń, weryfikacji, rozbić i uporządkowań. Jako stale nieukształtowane – solilokwium budzi współczucie, poucza o literackiej tolerancji wobec dzieła; wobec jego światoobrazu i treści wyznania podmiotu lirycznego nie sposób przejść, nie wikłając uczucia w tekst. Płuciennik dowodzi wpływu tego rodzaju nastawienia, doprowadzającego do psychologicznego uwarunkowania solilokwium:

Solilokwium jako gatunek sprzyja kształtowaniu postawy co najmniej tolerancyjnej, gdyż pokazuje wahające się stworzenie, które uzewnętrznia swój świat i swoje punkty widzenia, a także uzewnętrznia je, mówiąc – taka reprezentacja jest na gruncie ewolucji modelowym obrazem słabości. […] W tym sensie postawa czytelnika i słuchacza solilokwium, który jest przecież także homo sapiens, a nie stworzeniem po prostu działającym, będzie przypominać empatyczne reakcje widza obserwującego wahającego się na cienkiej linie linoskoczka czy np. zwierzę tracące równowagę na gałęzi drzewa [7].

Głód, a przede wszystkim głód głodu Płuciennik byłby zapewne skłonny nazwać zdolnością do metareprezentacji[8]. Dopiero bowiem świadomość podmiotowa wyższego rzędu, a więc utrzymywanie siebie w permanentnym stanie słabości, może wzbudzić w czytelniku oczekiwaną empatię. Potrzeba innymi słowy laboratorium nowoczesnego, swoistej, auratycznej przestrzeni, aby stworzyć utwór, który nosiłby znamię solilokwium, tym samym: znamię artyzmu głodu. Narodziny laboratorium zaś zawsze zbiegają się w czasie ze śmiercią domu. Także, co szczególnie istotne, zbiegają się w przestrzeni: na gruzach domu rodzi się warsztat pracy. Ostatni wiersz z tomu „Poemat amerykański” jest właśnie tego rodzaju opisem – epilogiem przedstawiającym agonię rodzinnych stron i narodziny laboratoriów głodu:

dzień mija pranie na sznurach dosycha
ale nikt nie przychodzi nie widzę
znajomych twarzy nic nie zakłóca
ciszy ogrodu ani snu omszałego kamienia
pod wieczór okazuje się że wszyscy
których kocham są gdzieś indziej a ci
którzy są obok nie rozumieją mojego języka

Solilokwium jest owocem pracy w laboratoriach głodu, mit zaś skutkiem nadprodukcji sensu w obozach śmierci. Drastyczne zestawienie, to prawda, niemniej jednak – zestawienie uzasadnione. Ziarno obumarłe wydaje przecież plon obfity: choć mit to nic ponad utrwalone podanie, mimo to stabilizuje ono równowagę wartości kulturowych i cywilizacyjnych, funduje ich proporcje i charakter. W tym przeciwstawnym rozumieniu mitu i solilokwium jako narzędzi literatury sytej i głodującej, Kuczkowskiego należałoby uznać za mitologa, tym samym za poetę-ekwilibrystę, strażnika równowagi mitu, Szymoniaka zaś za artystę głodu, a więc mitomana, barbarzyńcę w ogrodzie, żądającego empatii, nie zaś satysfakcji, chaosu, nie równowagi, spisującego solilokwia, wątpiącego zaś w tekst, czyli w źródło.

Wystarczy. I tak nie odpowiem na pytanie, czym jest głód. Pewne jest jednak to, że staje się on coraz bardziej rozpoznawalny w kulturze, Kuczkowski i Szymoniak zaś to jedynie ikony dla procesów o szerszym i silniej oddziałującym zasięgu, przedstawiciele literatur sytych i głodujących. Baczewski i Płuciennik usiłują tę twórczość diagnozować, choć trudno im w wyrokach wyjść poza przeczucia i wróżby. Zastanawiam się, czy stać nas na coś więcej. Kultura literacka nigdy nie rozpoznała do końca anatomii dziennika intymnego, być może nigdy także nie rozpozna ona morfologii poetyckiego solilokwium. Żyjemy na archipelagach, toteż wspólnota głodujących zdaje się niemożliwa. Być może równie niemożliwa jest wspólnota sytych. O tej niemożliwości już w latach 20-tych pisał Georg Fink:

Mój grób – – – Ale ty w nim przecież nie leżysz, matko. To nadole nie ma nic wspólnego z matką. Matka jest nieśmiertelna na Gartenstrasse, na Jasmunder Strasse, wchodzi po schodach do sklepu warzywnego, w piwnicy, schodzi po schodach do mleczarni. Widzę ją przy drzwiach rzeźnika końskiego, jak liczy swoje fenigi, zanim się poważy wejść, i widzę ją czekającą przy drzwiach szynków, aż ojciec przepije jej pieniądze.
Żyję i jestem nieśmiertelny…
Żebrzę ciągle jeszcze na Invalidenstrasse, ja, ja – chociaż nazywam się teraz inaczej, chociaż to inny chłopiec wyciąga rękę. Podczas gdy ja siedzę tutaj, żebrze się ciągle jeszcze w Berlinie i Londynie i Paryżu, i Amsterdamie, a ja to żebrzę, ciągle ja, nieśmiertelne dziecko ubogich. Nigdy to nie ustanie, ja już dawno żyć nie będę, a ciągle jeszcze jakiś mały, głodny, zmarznięty chłopiec stać będzie na rogu – a wy przechodzicie – nie widzi się go, nie słyszy się go – a on szepce za wami, niesłyszany, niewysłuchany, blady, drżący –:
O! Słuchajcie!!
– Jestem głodny – – Jestem głodny – –[9]

[1] M. K. E. Baczewski, Warowną twierdzą jest mój głód, „Arkadia. Pismo katastroficzne”, nr 27-28/2010, s. 53.
[2] Ibidem, s. 50.
[3] Ibidem, s. 51.
[4] K. Kuczkowski, Anioł Jeffa Buckley’a [w:] idem, Wiersze [masowe] i inne, Biblioteka „Toposu”, T. 53, Sopot 2010, s. 11.
[5] Idem, Śmierć Wielkiej Małpy [w:] op. cit., s. 51.
[6] Idem, Jęzorek [w:] op. cit., s. 33.
[7] J. Płuciennik, Literatura, głupcze! Laboratoria nowoczesnej kultury literackiej, Kraków 2009, s. 122-123.
[8] Por. idem, Laboratorium autoanalizy i wątpliwości. Solilokwium i tolerancja: metareprezentacje jako presupozycje gatunku literackiego [w:] ibidem, s. 97-125.
[9] G. Fink, Jestem głodny, przeł. M. Tarnowski, Warszawa 1930, s. 280.

K. Szymoniak, Poemat amerykański, Prymasowskie Wydawnictwo GAUDENTINUM, Gniezno 2011.

Karol Samsel

(1986) Krytyk literacki, poeta, doktorant Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył także studia licencjackie z filozofii w Instytucie Filozofii i Socjologii UW. Autor pięciu tomów poetyckich, w tym najnowszych: Manetekefar (2009), Kamienie – Pieśni na pożegnanie (2010) i Dormitoria (2011).Teksty krytyczne o współczesnej poezji publikował m.in. w Tekstualiach, Literacjach, Wyspie i na stronach Biura Literackiego. Jego wiersze przełożono na czeski, bułgarski i serbski. Laureat nagrody im. Władysława Broniewskiego i zdobywca statuetki im. Wandy Karczewskiej. Pisze blog Państwo labiryntów (http://www.karol-samsel.blogspot.com/). Mieszka w Ostrołęce.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!