[fragmenty powieści]

6. Samoloty

Jaca mówi, że jest taka strona. Można sprawdzić jaki samolot przelatuje akurat. Dokładnie. Skąd. Dokąd. Linie lotnicze. Jaca mówi, że jak wrócimy do polski, to pojedziemy na Redykajny. Weźmiemy laptopy. Jointy. Browara. I będziemy obserwować przez lornetki samoloty. No i gówno z tego. Nadal siedzimy w Ox i obserwujemy samoloty lądujące na Heathrow. Nie ma zaskoczenia, bo wiesz, gdzie ląduje. A skąd, to mniejsza. Skoro już jedna niewiadoma jest odkryta. Równanie zbyt proste, żeby się jarać.
– Ty, Krawiec, powiedz mi, dlaczego nie lubisz samolotów? Nie nakręcasz się obserwowaniem ich, tak jak ja. Nie mogę uwierzyć, że jednak ktoś się nimi nie jara. Tym bardziej tu, gdzie samoloty kojarzą się z podróżą do domu. Wiesz, że kiedyś jakiś duży wojskowy samolot miał tu loty szkoleniowe? Gdzieś koła Faringdon jest lotnisko RAFu. Do Iraku latają i Afganistanu. Pewnie też tam lądują samoloty z trupami. Bajer, co?
– Nie obchodzi mnie to, mówiłem już – zlewam to. Kładę na to lache. Jebie mnie to. Wyciągam komórkę i piszę sms do znajomego z polski. „Wiesz, co się stanie o 558?”. Chowam i nie czekam na odpowiedź.
– Idziemy na chatę. Musisz pogadać jeszcze z Velą. Nie skończył z tobą. A ja muszę ogarnąć parę rzeczy.
Dostaję wiadomośc. Dziwne, pewnie kumpel jest na imprezie. Może skończył imprezę. Pisze w tym mestydżu: „co? weź się kurwa ogarnij, nie wiesz która jest!”. Śmieszy mnie jego unoszenie się, bo i tak nic nie zmieni. Wiem doskonale, która jest godzina. Lepiej pewnie niż on. Odpisuję mu: „Nic”.
Emigranci już nie śpią. Zapierdalają we mnie jak banda śmieciarzy na trasie. Czuję ich pod skórą.
Wchodzimy na chatę. Samoańczyk prowadzi mnie znowu do Veli. Siadam tam, gdzie siedziałem jakieś piętnaście minut wcześniej.
– Widzisz, teraz powiem ci, o co chodzi. Mamy taki plan, żeby zrobić parę naprawdę grubych akcji. Potrzebujemy do tego tych, którzy nie popuszczą ze strachu. Nie cofną się. Będą największymi dikami w mieście. Żeby ciebie pochwalić. Zachęcić i wpłynąć. Wybraliśmy ciebie. Możesz się cieszyć. Możesz płakać – jest teraz ewidentnie panem sytuacji. Ja słyszę fabrykę. Słyszę też mój dom w polsce. Jak gra tam telewizor. Słyszę komputer, który nagrzewa mały pokój. Słyszę psa, który wystukuje pazurami rytm na przedpokoju. W sobie mam też polskę. W kręgosłupie mam wszystkie miasta. PKP w rdzeniu kręgowym.
– Rano mamy zamiar rozjebać ludzi z agencji pracy w całym OX. Ty znasz Andiego z Seconchancu. Wiem, że ciebie całkiem polubił. Poza tym jest gejem i widocznie mu się podobasz. Musisz to wykorzystać i pozbawić go oddychania – chyba jest niepoważny. Nic takiego nie zrobię. Nie. Nie. Nie ma chuja.
– Nie zrobię tego. Nie jestem mordercą.
– A tych dwóch pakoli, to oni jeszcze żyją? Czekaj, zapytam Krawca – podnosi się i krzyczy – E, Krawiec. Co zrobiłeś z pakolami? – Krawiec krzyczy z korytarza:
– Wyjebaliśmy ich do Tamizy – Vela się uśmiecha. Tak jak koleś, który właśnie oszukał swoją siostrę i zabrał jej czekoladę.
– Widzisz. Są martwi. Jak będą mieli szczęście, to dopłyną do Londynu i znajdą ich w stolicy. Darmowa podróż. Jak tego nie zrobisz, to oczywiście poniesiesz konsekwencje. No nie tylko ty. Przecież każdy ma jakichś bliskich, prawda?
– Grozisz mi? – teraz zaczyna przeginać.
– Nie, tylko pokazuję, jakie są możliwości. Dobra, to plan wygląda tak. Dzisiaj agencje otwierają wcześniej, bo mają te dodatkowe roboty. Jakaś umowa. Wiesz, ile oni zarabiają? Jak ty dostajesz siedem pałndów, to secondchance bierze jakieś dwadzieścia. Nie wkurwia ciebie to? Ile odłożyłeś przez te osiem miesięcy? Z tego, co wiem, to ostatnio pożyczałeś hajs na żarcie. Nie wkurwia cię to, że oni jeżdżą nowymi betami? Ty chodzisz piechotą, bo nie stać cię na taksówki i autobusy. Próbujesz oszczędzać.
Tak kurwa jest, myślę, tak jest. Jak nie dajesz dupy, to nie masz hajsu. Dajesz dupę, to masz luz. Musisz to robić. Jak nie, to jesteś zdenerwowany. Wyżywasz się na kolegach z roboty. Pamiętam, jak groziłem śmiercią Angolowi, bo moim zdaniem za wolno pracował.
– To jak?
– Nie.

7. polska

Bo ja tak naprawdę nie jestem w jukej. Jestem w polsce i siedzę nad Skandą. Palę papierosy i patrzę, jak ludzie spędzają wolny czas. Siedzę ze swoją dziewczyna i jestem zadowolony z życia. Przyjechałem tam piątką i resztę drogi z buta trzeba było przejść. Na niebie samoloty lecą do Wilna. Do Moskwy. Czasami dalej.
Na studiach wszystko po staremu. Nudzę się paskudnie i chyba ich nie skończę. Całe te wyspy wymyśliłem sobie, oglądając blogi. Nigdy nie byłem poza Warmią. Ba, nawet wydaje mi się, że nic poza Ermland nie ma. Bo tu mam niskie niebo i pagórki. W Olsztynie są bloki i ratusz. W telewizji mnóstwo możliwości. Tak. Vela mi się przyśnił, a poza tym na oczy nie widziałem murzynów, ciapaków i Czechów. Wczoraj bardzo źle spałem, bo było gorąco. Wiatrak się zepsuł. Pokój nagrzewa się jak piekarnik. Oxford mam w zakładkach. Wszystko. Narysowałem sobie na podłodze dokładny plan miasta i przesuwam ludzikami. Na portalach wynajduję ludzi. Wszystkich. Wpisuję „oxford” i wklepuję tyle lat, ile sam mam. Wymyślam ich historie. Opowieści o tym, że nie jest do końca zajebongo. Narracje. A teraz siedzę nad Skandą i chyba zaraz pojadę na Kortowo. Napiję się z kumplami piwa. Ponarzekamy, że wakacje są tak krótkie. Na pewno nie byłem w Anglii i na sto procent sobie to wymyśliłem. Dlaczego? No bo do jukej jeżdżą tylko frajerzy bez szkoły i perspektyw. Ja mam tu perspektywy. Całe mnóstwo, na pęczki perspektyw. Kąpię się w nich. Wbijam na imprezy i przybijam sobie ze znajomymi piątki. Razem planujemy wspólne wyjazdy. Bawimy się świetnie i wcale nie siedzę teraz w tym obskurnym pokoju z Velą. Nie słucham popierdolonej propozycji rozjebania Andiego. Którego zresztą też sobie wymyśliłem. Teraz jestem nad Skandą, a za pół godziny będę pił specjala na Kortowie. Nie jestem też sam, a stadion Kazzam widziałem na stronie klubu tylko. O tym, że naprzeciw 56 Hollow Way jest sklep pakola, wiem z forum. Tam napisali, że trzeba kupić przynajmniej za dziesięć funa, żeby płacić kartą. Oglądam też w domu zdjęcia satelitarne, żeby móc grać w swojej głowie w takie właśnie głupie rpg. W polsce są już coraz lepsze drogi. Kolej do Euro ma być szybsza. Ulice czyste. Oglądam zdjęcia Cowley. Czytam wszystko po angielsku, żeby też podszkolić język. Na jutjubie oglądam mecze Oxford United. Mają żółte koszulki z logo Buildbase, a jak dowiedziałem się, ta firma ma swoje magazyny blisko fabryki samochodów. W pokoju Veli nie ma, bo to jest pokój znaleziony w necie. Nawet dzwoniłem do landlorda i z nim gadałem. Pytałem się o ten domek. Musiałem. Wiedziałem, że trzeba ogarnąć to wszystko. Wysłał mi więcej zdjęć. Plus jakieś opinie osób mieszkających wcześniej.
W polsce pracuję i pracowałem w różnych miejscach. Jak nie pracuję, to starzy mi dają kasę. Jak nie mam na fajki, to skręcam w bletkach końcówki niedopalonych papierosów, bo wtedy jakoś musi być nikotyna dostarczana do krwiobiegu. Studiuję, choć mi się nie chce.

8.Vela

On jest jakoś taki mityczny coraz bardziej. Układa się w całość przy obserwacji. Nie słucham go. Obserwuję. Zaczynam czytać mięśnie jego twarzy. Układają się w historię klasy robotniczej. Od samego początku. Kopalnie i maszyny parowe. We mnie jest ta cała brać. Na nim jest cała topografia. W każdej bruździe kolejne fabryki, które powstawały w tym względzie. Następne miejsca pracy, które były likwidowane. Zmieniały właścicieli. Były upaństwawiane. Prywatyzowane. We mnie siedzi cała masa robotników. Proletariatu, który płaci podatki, z których utrzymują. Starców i studentów. Ich we mnie nie ma. Mam tylko podatników, czyli tych, którzy napierdalają w fabrykach i na śmieciarkach. Vela ma je na sobie. Śmieciarki i wielkie ciężarówki. Na nim śmieciarze wykręcają najszybsze rundy. W jego bicepsach polscy robotnicy kończą budować milionowego miniaka.
– Wiesz, że nie masz wyboru i zrobisz tak, jak chcemy. W piwnicy mamy mnóstwo klamek. Mamy ak 47. Będziesz mógł sobie wybrać, co chcesz. Później będzie naprawdę lepiej, bo będą o nas programy telewizyjne. Będziesz sławny. Twoi znajomi się od ciebie odwrócą. Ludzie będą darzyć twoje czyny jawną pogardą, a skrycie pisać na blogach o nich. Wielbiąc ciebie. Będą robić koszulki z twoja podobizną. Będziesz tak wyklęty, jak chiałeś zawsze podświadomie. Ju noł łot it mins Majkel. Jul get jor słit kers. Tak, będziesz kersd i wiem, że tego chcesz – jak Vela mówi, to widzę na jego zębach kawałki blachy. Z samochodów i ciągników siodłowych. Nie da się ukryć, że teraz jakoś mu wierzę. Nie ma polski. Jest tylko OX. Oiks cztery. Zastanawiam się nad tym. Na razie poudaję niedostępnego.
– Pierdol się. Nie wkręcisz mnie. Nie ma opcji. Nie istnieje taka możliwość, bo sam wiesz, jak jest.
– Wiem, jak jest, kurwa. Fak. Wiem, że pójdziesz na to. Jak nie pójdziesz, to mamy ludzi, pamiętaj. W polsce. Zajebią kogo trzeba – jak grozi, to jakby narodziny ruchu robotniczego na ziemiach polskich. Przypominam sobie wtedy warmińskie pagórki, których nie ma i nigdy nie było. Bo je sobie wymyśliłem. Nie mieszkałem nigdy tam. Znalazłem tylko w Berlinie książkę o Prusach Wschodnich. Po kilku miesiącach znałem już wszystkie niemieckie nazwy tych miejscowości. W nocy czytałem biografie Niemców urodzonych na wschodzie. Chciałem być taki. Bez żadnych kompromisów. Chciałem być Prusakiem. Nie polakiem, a właśnie PRUSAKIEM. Nieziemska konotacja, co? Prusak. Dumny człowiek i paskudny robak.
– Vela, zajebię ciebie. Wiesz o tym dobrze – odgrażam się, żeby nie stracić tej udawanej pewności siebie.
– Ju łisz.

9. polska warmińska republika ludowa

W polsce jest mi naprawdę dobrze. Na Warmii. Nad Łyną. Pracuję jako telemarketer, co pozwala mi mówić starym, że daję radę. Oni mi wierzą, bo nie muszą mi dawać hajsu na te wszystkie nocne rajdy. Po knajpach takich jak Stratat i Młot. Tam planujemy wszystko. Wczoraj spotkałem się z Krawcem. Opowiedziałem mu o tym, że wymyśliłem sobie jukej. Miałem wydrukowaną mapę Cowley. Pokazywałem, w których domach siedzimy z emigrantami.
– Widzisz, tu jest, ziomek, magazyn. Wpisz sobie adres w google i zobaczysz widok z satelity. Naprawdę robi wrażenie. Tam właśnie pracuję. Nie jest źle. Trevor mnie czasami wkurwia, ale jednak jest niezłym menago. Przymyka oko na palenie szlugów, bo wie. Oczywiście, muszę rozładować ciężarówkę – pije wtedy, jak to mówię, specjala czarnucha.
– Masz najebane, Michał, i to znacznie. Jakiś brejn demydż – wiem, że mnie rozumie. Musi tak być, bo jak nie on, to kto? Wracam najebany wtedy do domu. Myślę, że mieszkam na 56 Hollow Way. Wracam z Park Endu. Zaczepiam jaką laskę i pytam, jak tam mogę dojść.
– Też przyjechałaś do Oxfordu z Polski? Ile już tu jesteś? Ja już pół roku. Pracuję w Uniparcie – chwieję się i chyba ona się mnie boi.
– Spierdalaj, debilu – jednak coś nie gra. Zasypiam później i nie mam snów. Rano jest już ciemno. Nie czuję się z tym dobrze, bo czuję stratę. Wstaję i sprawdzam sieć. Założyłem sobie konto na portalu społeczności w Oxfordzie i codziennie piszę z tymi ludźmi. Postuję na forum. Dowiedziałem się, że w lipcu była powódź. Staram się to uwzględnić w swoim planie przestrzennym i spóźniam się do pracy w magazynie przez deszcz. Raz puszczają nas w piątek już o 18, bo nie dojechały ciężarówki z wybrzeża. Wywaliłem z pokoju łóżko. Wstawiłem materac, żeby mieć więcej miejsca na swoje układanki. Teraz Vela siedzi ze mną przy jednym stole. To akurat jest blisko drzwi, bo to decydujące przestrzenie. Mam wszystkie agencje pracy rozlokowane. Na środku pokoju. Przy laptopie stawiam zegarek i nastawiam go na piątą pięćdziesiąt osiem.

10. 558

Słońce otwiera się najpierw na wschodnią część miasta, wydłubuje pierwsze socjalne budynki. Stadion, który zaczyna rzucać cień na tor rowerowy. Później park naukowy wychodzi, żeby wszyscy biurowcy trafili. Tak właśnie będzie niedługo. Pochowają się dziwki w samochodach swoich pimpów. Pojadą spać. Karmić dzieci. Przestajemy gadać z Velą. Wstaje i prowadzi mnie do pokoju obok. Tam stoi już Krawiec. Bawi się jakimś pistoletem.
– Myślisz, że się nada? Sprawdź, jak leży – podaje mi ten pistolet. Wiem, że leży świetnie. Jest nawet ciężki, jednak nie da się oszacować punktów stylu. Szacunek wzrasta, nie ma co ukrywać. Tak to już jest, że mały szczegół w garderobie. Jakiś gnat. Nóż czy. Cokolwiek. Jednak nie pękam i mówię:
– Nie wezmę tego, ja nie jestem z tych, co strzelają do niewinnych
– Przecież już kurwa mówiłem, że strzelałeś. Zajebałeś. Oni dopływają do kurwa kanału – Vela twardo robi ze mnie faceta. Takiego noir. W sumie mam już wszystkie elementy. Gnata i fiuta. Fajnie.
– Dobra. Załóżmy, że się zgadzam. Co będzie, jak mnie złapią? Macie wtyki. Układy. Znacie wszystkich policjantów w Dolinie Tamizy – zadaję pytanie. Próbuję być zabawny, jak na pierwszej randce. Choć czuję, że z Velą znamy się od podstawówki. Jest jak mój kumpel, który zginął w wypadku samochodowym. Jak dziadek, który zmarł w szpitalu na zapalenie płuc. Pomaga w inicjacji, jakby naprowadzał przyrodzenie w stronę pochwy. Podtrzymywał i nadawał rytm. Teraz to wiem. Czuję jego wsparcie, bo to naprawdę rzecz, którą warto czuć. Wsparcie, ten moment podtrzymania.
– Nic – odpowiada, a ja wiem, że na pewno kłamie. Nie chcę przy innych pokazać, że stał się dla mnie czymś w rodzaju Mojżesza. Jesteśmy jakby w Księdze Wyjścia. W polsce na pewno wszystko miałoby znaczenie mniej symboliczne. Tu jednak wszystko staje się symbolem, bo to jest emigracja. Metafory takie jak. Laska. Ogień. Samolot. Dom. Kutas. Cipa. polska. Krawiec. Jebanie.
– Ok, jak nic, to wtedy jestem na tak – próbuję być cały czas śmieszny. Tak jak wtedy, kiedy rozstawałem się z kimś. Udawałem, że wszystko jest całkiem wporzo. Później w domu już zaczynałem powolne gnicie. Nie chcę po prostu pęknięcia twarzy. Kiedy z butnych oczu wychodzą łzy. Wężykiem słonej wody. Oczodoły. Nie jest okej, jest kurwa bardzo daleko. Od okej. Wtedy zaczyna się czas koniobijstwa, który trwa i trwa. Przeciąga się na kolejne miesiące i lata. Powoli opadam z sił, bo tak bardzo jestem bezsilny. Tylko masturbacja i myślenie. Bezsensowne miotanie sobą i swoim genetycznym dobytkiem przed siebie, co sprawi tyle kłopotu sprzątaczkom na klatce schodowej. Niestety, to wszystko ma miejsce teraz, kiedy wszyscy tylko walą, zamiast znaleźć sobie kobiety. Walą robotnicy na różne sposoby. Po pracy z dilerami nabijając lufy i wkręcając towar w cienkie blety. Panie i panowie, to festiwal koniobijstwa. Każdy jest chujowy. Kiedy wstanie słońce, to ja już bić konia nie mam zamiaru. Wolę nie być. Słuchałem kiedyś The Smiths, nawet bardzo dużo. Morrisey nie uprawia seksu, w sensie trzeciej orientacji. Aseksualny. Ciekawe, czy też jest w takim razie pierdolonym koniobijcą. A może to jakieś światło go poraziło, które nigdy nie gaśnie i zrozumiał. W ogóle to kiedyś chciałem być jak Ian Curtis, jednak później, kiedy przestało mi się całkowicie udawać, stwierdziłem, że Morrisey. Samobójcy nie są młodzieżowi. Teraz chcą ze mną zrobić Panic w tym kraju. Momentami zaczynam tego chcieć. Lepsze to niż zostać przejechanym przez ich dabledekera. Marzę teraz o wdychaniu lepkiego powietrza nad jakimś jeziorem na Mazurach. Mógłbym się budzić w tej chwili przy jakiejś młodej dziewczynie, która byłaby mną niesamowicie zauroczona. Jebać to. Tu jest też lepko. Ciekawe, co z nią, mam jeszcze jej piersi na dłoniach. Może założymy tu rodzinę i będziemy się rozmnażać. Jak polska odmiana królików. Później wjedzie w nas ten dwupoziomowy autobus i będziemy słuchali The Smiths. A ich matki są większe od moich. Żal.
– Ty jesteś chyba jakiś fakin mental. Siedzisz i patrzysz się na mnie, jak na jakimś kwasie – Vela stara się wyprowadzić mnie z równowagi. Myślę, że to cały czas jakaś jego gra. Sprawdzić moje granice.
– Mi mental? Fak of, ju ar fakin menatl niga – sprawdzam, jak działa na niego czarnuch.

Michał Krawiel

(1984) Poeta, prozaik, animator, akcjoner. Założyciel nieformalnej grupy i portalu Olsztyn Wschodni. Autor bloga "Azbest". Publikował papierowo i elektronicznie. Mieszka w Olsztynie. Poszukuje wydawcy swojej debiutanckiej książki prozatorskiej.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!