Antropocen. Rozmowa z Marcinem Ryszkiewiczem

Aleksandra Jach: Skąd się wzięła popularność antropocenu?

Marcin Ryszkiewicz: Ja mam do tego pojęcia lekko sceptyczny stosunek, dlatego że jest ono ściśle geologiczne, ale karierę robi głównie gdzie indziej. Antropocen to dalszy ciąg epok ery kenozoicznej, które jeszcze w XIX wieku wydzielił Charles Lyell nazywając je kolejno eocen, miocen i pliocen. Potem dodano do tego jeszcze paleocen, oligocen, jeszcze później plejstocen, no i ostatnio holocen. To nietypowe nazwy w tabeli stratygraficznej, bo nie odnoszą się do żadnych wydarzeń biologicznych, ani geologicznych, a jedynie do stopnia podobieństwa do świata dzisiejszego (eo-, mio-, plio- itd. oznaczają w przybliżeniu „coraz bardziej współczesny”). Inne epoki mają nazwy pochodzące od nazw geograficznych (jak kambr czy dewon), albo od nazw skał, tak jak kreda czy karbon. W epokach Lyella kończących się na –cen („nowy”) przyjęto jako wyznacznik udział procentowy ślimaków morskich w osadach trzeciorzędowych – im mniejszy procent ślimaków na danym obszarze, tym starsze piętra wydzielał badacz. Granice pomiędzy tymi piętrami nie odzwierciedlają jakichś wybitnych wydarzeń geologicznych. Natomiast wcześniejsze piętra i epoki nazywano najczęściej w związku z wielkim wymieraniem albo ruchami górotwórczymi. Coś wyraźnie działo się na tych granicach. W ujęciu Lyella podział na epoki to właściwie ściśle statystyczny proces przechodzenia do coraz młodszych okresów. Zależało mu na tym, żeby przedstawić tablicę stratygraficzną w sposób obiektywny, nie uzależniony od tych wielkich „wydarzeń”. Tymczasem antropocen niby wpisuje się w taki ciąg wydzieleń geologicznych, ale jednak ma znaczyć coś zupełnie innego. Moim zdaniem jako jednostka stratygraficzna nie ma większego sensu, natomiast jest to ważne pojęcie kulturowe, ale to nie ludzie kultury wprowadzają jednostki do tablicy stratygraficznej.

Aleksandra Jach: Obecnie Anthropocene Working Group (powołana przez Międzynarodową Komisję Stratygraficzną) zbiera dowody związane z antropogenicznym wpływem na warstwy geologiczne. Naukowcy analizują w jakim stopniu kolonizacja, rolnictwo i urbanizacja zmieniły skład chemiczny atmosfery, oceanów, gleby oraz zaburzyły cykle węgla, azotu, fosforu i innych metali.

Marcin Ryszkiewicz: Bo rzeczywiście zmiany wprowadzone przez człowieka są rewolucyjne. Toteż ja jestem jak najbardziej za tym, żeby fakt ten został odnotowany w tabeli stratygraficznej tylko na znacznie wyższym poziomie, a propozycja Zalasiewicza i innych zakłada propozycję nowej epoki, nie ery. Tymczasem skala w jakiej ludzie zmieniają Ziemię jest dużo większa niż w przypadku paroprocentowych różnic ilości ślimaków, za pomocą których wydzielane były poprzednie epoki. W XIX wieku pojawiło się pojęcie antropozoiku, czy psychozoiku. Były to znacznie wyższe jednostki stratygraficzne, odpowiadające erze geologicznej, czyli przynależącej do czegoś, co ma dziesiątki milionów lat. No, a poza tym co wprowadzenie antropocenu zmieni dla geologa? Niewiele. Bo geologowie w ogóle się nie zajmują ostatnimi, powiedzmy nawet 500 laty. Będą się tym zajmowali geologowie przyszłości i to nie za 100 lat, tylko za co najmniej tysiąc lat. Dopiero w przyszłości to będzie geologicznie istotne, ale wtedy zmiany zajdą już tak daleko, że nie będą dotyczyć tylko tak niepozornej jednostki stratygraficznej jak epoka. Być może należałoby przyjąć, że antropocen, rozumiany jako epoka niszczenia i przekształcania Ziemi już się kończy i wkraczamy w jakąś nową erę, której istoty nie potrafimy sobie teraz wyobrazić.

Aleksandra Jach: Ale dlaczego? Nie rozumiem.

Marcin Ryszkiewicz: Dlatego, że zmiany idą szybko i cały czas przyspieszają. Może o antropocenie warto dyskutować nie jako jednostce geologicznej, ale historycznej.

Aleksandra Jach: Dla mnie antropocen jest ciekawy z perspektywy kulturowej i absolutnej zmiany myślenia o historii.

Marcin Ryszkiewicz: W antropocenie historia człowieka ma być wpisana w historię naturalną Ziemi. Już teraz znamy diagnozy, które brzmią jak scenariusze apokaliptyczne. Wielu naukowców używa alarmistycznego tonu, zapowiadając globalne katastrofy, o ile drastycznie nie zostanie ograniczone spalanie CO2. Produkujemy materiały, które będą się rozkładać przez mniej więcej tyle samo czasu albo dłużej niż w ogóle istnieje gatunek człowieka, zmieniamy skład geochemiczny atmosfery, zakwaszamy oceany, doprowadzamy do topienia tzw. „wiecznych zmarzlin” i unicestwiania wielu gatunków.

Aleksandra Jach: Mówimy tutaj o zmianach, które zaszły w stosunkowo krótkim czasie, jeżeli weźmiemy pod uwagę istnienie gatunku ludzkiego.

Marcin Ryszkiewicz: Na początku człowiek tylko minimalnie zmieniał Ziemię. To trwało ok. 200 tysięcy lat, a przez pierwsze 150 tysięcy lat nie działo się nic szczególnie ważnego. Tak jak inne gatunki człowiek po prostu żył i nie był specjalnie ekspansywny. Znowu więc antropocen sprawdza się nie jako pojęcie geologiczne, tylko cywilizacyjno-kulturowe. Ważniejsza jest skala zmian dziejących się tu i teraz. Ludzie zajmujący się przyrodą uważają, że to są zmiany ogromne, a będą znacznie większe. To się wiąże z takimi koncepcjami jak Gaja. Kariera pojęcia Gai przypomina do złudzenia to, co obecnie dzieje się z antropocenem. W gruncie rzeczy mają one dość podobne znaczenie. Tyle, że Gaja jest ciekawsza, bo pokazuje jakiś nowy proces, a antropocen to po prostu pojęcie, którym można ewentualnie zastąpić holocen.

Aleksandra Jach: To ciekawe jak Pan łączy tą koncepcję Gai z antropocenem. Holizm, uniwersalizm, globalizm – zachodni świat zauroczony jest nie od dziś podobnymi konceptami.

Marcin Ryszkiewicz: Kiedyś żyło się Gają, bo to było modne, teraz żyje się antropocenem, ale to wszystko bierze początek z tych samych źródeł. Tyle, że w koncepcji Gai, przynajmniej tej podchwyconej przez nie-geologów, było więcej mistycyzmu niż w antropocenie. Myślę, że antropocen uderza w te same struny, w które uderzała Gaja i z tych samych powodów. Rozpoczęło się to rewolucją środowiskową w latach 60., a jednym z jej symptomów była książka Rachel Carson „Silent Spring” wychodząca od globalnych skutków używania pestycydów (DDT). Wiele ruchów ekologicznych (ekologia w sensie aktywizmu) czerpie natchnienie z nauki, z Gai, z zasady antropicznej, która wtedy się narodziła albo teraz, z antropocenu. Powstaje także coraz więcej inicjatyw związanych z globalną świadomością ekologiczną człowieka.

Aleksandra Jach: Po co nam świadomość ekologiczna?

Marcin Ryszkiewicz: Niszczenie środowiska to autentyczny problem, który po prostu teraz został dostrzeżony. Nie minęło jeszcze wiele czasu, bo ruchy środowiskowe na dużą skalę zaczęły pojawiać się dopiero w latach 50-tych. Wpłynęło na to doświadczenie wojny, zniszczenia na skalę, których wcześniej nie było oraz lęk związany z pierwszym użyciem bomby atomowej. Pamiętam, że to była psychoza światowa. Ludzie bali się, że naprawdę grozi nam zagłada. Dwa supermocarstwa zaczęły się nagle zbroić i testować broń atomową. Telewizja, która wtedy raczkowała pokazywała grzyby atomowe i mówiła, że mamy zapasy, które mogą zniszczyć wielokrotnie całą planetę. No i wreszcie, na co zwróciła uwagę pani Carson, dostrzeżono, że lokalnie stosowane pestycydy, a w szczególności DDT, można znaleźć na przykład w lodowcach Grenlandii, gdzie nie ma ani ludzi, ani roślin. Czyli to nie jest tak, że my sobie niszczymy coś lokalnie, tylko wpływamy na całą planetę. Temat ten podjęły polityczne ruchy lewicowe, a to wszystko razem spowodowało dość istotną rewolucję myślenia o człowieku, o świecie, o roli człowieka w świecie i o przyszłości. Myślę, że ten strach związany z zagładą świata, dziś nie jest już tak wyczuwalny w powietrzu.

Aleksandra Jach: Czy pomysł na antropocen to nie jest jednak jakaś pochodna myślenia katastroficznego?

Marcin Ryszkiewicz: W XIX wiecznej geologii także można odnaleźć takie postawy. To wtedy zaczęto wydzielać okresy geologiczne według mniej lub bardziej globalnych katastrof. Jak mówiłem na początku zostało to zakwestionowane przez Lyella, a później uznane za podejście nienaukowe. Jednak po II Wojnie Światowej myślenie katastroficzne powróciło. Następnie ujawniło się w latach 70., kiedy dowiedzieliśmy się, że najbardziej znane wymieranie, a więc wymieranie dinozaurów spowodowała planetoida i że takie uderzenia w Ziemię zdarzały się co jakiś czas w historii naszej planety i musiały mieć na nią jakiś wpływ. Wtedy zostało wprowadzone pojęcie pięciu wielkich wymierań – „Big Five”. Teraz mówi się, że uczestniczymy w szóstym. Antropocen, jak rozumiem w znacznym stopniu nawiązuje do tej najnowszej, wielkiej katastrofy w dziejach Ziemi. Katastrofy nie w sensie strasznego dramatu, ale gwałtownej zmiany.

Aleksandra Jach: No tak, bo z tym katastrofizmem łączy się także poczucie odpowiedzialności. Powstaje pytanie kto powinien zaproponować jakieś rozwiązanie zaistniałej sytuacji.

Marcin Ryszkiewicz: Dlatego antropocen ma też polityczne znaczenie. Politycy bardziej się tym będą przejmować niż geolodzy, ale to dobrze, że się przejmują. Moim zdaniem antropocen ma sens na bardzo wielu polach działalności człowieka, a najmniejszy na polu geologii.

Aleksandra Jach: Przy okazji dyskusji o antropocenie nieustannie pojawiają się dowody na niezwykłą sprawczość człowieka, co działa na wyobraźnię nie tylko naukowców, ale także zwykłych ludzi. Na przykład informacje o znalezionych na hawajskiej plaży plastiglomeratach, czyli materiałach organiczno-syntetycznych uformowanych ze stopionego plastiku, piasku, elementów bazaltowych i innych odpadów…

Marcin Ryszkiewicz: Znacznie ciekawsze rzeczy mówił na początku XX wieku Władimir Wiernadski twierdząc, że człowiek jest siłą geologiczną, która po raz pierwszy w historii planety jest zdolna do produkowania nowych minerałów i rodzimych pierwiastków, które nigdy nie występowały w naturze (np. czysty krzem). Wiernadski jest także autorem pojęcia noosfery jako kolejnej fazy rozwoju Ziemi, w pewnym sensie nadbudowanej na biosferze, której jest kontynuacją. Trochę później, bo w latach 60. pisano o obecności DDT na Grenlandii, co także można uznać za początek wyznaczania granic nowej warstwy, gdzie można odnaleźć wpływ już nie życia, a konkretnie człowieka. No więc takie działania mają moim zdaniem głęboki i ciekawy sens, a antropocen przeminie jako pojęcie geologiczne, natomiast pozostanie w innych dziedzinach myśli ludzkiej.

Aleksandra Jach: Zmiany dokonywane przez ludzi na Ziemi mają skutek globalny. Pozostaje pytanie jak zmienić ich kierunek. Na razie wygląda to tak, że nasz gatunek zmienia klimat i niszczy bioróżnorodność powodując, że wiele obecnie zamieszkanych terenów niedługo pozostanie zalanych, albo opustoszałych. Ziemia sobie poradzi, ale co ludzką cywilizacją?

Marcin Ryszkiewicz: Od początku rewolucji środowiskowej minęło zaledwie pół wieku, a naprawdę wiele się zmieniło. W latach 60. Rachel Carson pisała, że czeka nas cicha wiosna, cicha to znaczy bez ptaków. Ptaki na szczęście nadal są. Powstało coś, co się nazywa ekologia miast, czyli przekształcanie miast w wyspy ekologicznej różnorodności. Pół wieku temu to byłoby nie do pomyślenia, odpady wyrzucało się gdziekolwiek, a środowisko było potwornie zanieczyszczone. Wydaje się, że od tamtego czasu zaszła kompletna rewolucja. Spójrzmy na recykling, który przybiera coraz większą skalę. Być może faktycznie doprowadzimy do praktycznie bezstratnego obrotu materii, w którym każdy odpad będzie produktem dla jakiegoś innego ogniwa ekologicznego. Od momentu rozpoznania zagrożenia ekologicznego minęło niewiele lat, a już pojawiło się wiele rozwiązań, które być może pomogą zwalczyć przynajmniej niektóre negatywne efekty działalności człowieka. Pamiętajmy, że technologia rozwija się w postępie geometrycznym, czyli daje nam możliwości, które przyrastają o pewien iloczyn z każdym rokiem. To nie jest liniowy wzrost, tylko wzrost logarytmiczny, zgodnie z prawem Moore’a. Apokaliptyczne scenariusze związane z liczbą ludności na Ziemi się nie sprawdziły. Nie skończyły się żadne zasoby.

Kiedy zauważyliśmy, że niszczymy środowisko poprzez nierozkładalne materiały, przemysł zaczął koncentrować się na tym, żeby nawet samochody rozkładały się po okresie eksploatacji, żeby wszystko było z biodegradowalnych materiałów. Do jakiegoś stopnia zdaliśmy sobie sprawę z zagrożenia. Alarmistyczne przekonania najczęściej się nie sprawdzają, ale ich ważną funkcją jest sprowokowanie nas do zmiany zachowań.

Aleksandra Jach: Cały czas mówimy z jednej perspektywy, tj. części Europy, Stanów Zjednoczonych i Australii, a co z resztą krajów?

Marcin Ryszkiewicz: Najlepiej popatrzeć na Chiny, bo to jednak jest demograficznie i gospodarczo superpotęga. Dziesięć lat temu było tam takie zanieczyszczenie jak w Anglii w połowie XIX wieku. W ciągu ostatnich dwóch lat kraj ten znalazł się w czołówce ruchów na rzecz ochrony środowiska. Półtora miliarda ludzi zmienia w krótkim czasie swoje nastawienie. Z Afryką może być podobnie. W myśleniu o przyszłości zawsze popełniamy ten sam błąd oceniając to, co się wydarzy według rytmu jaki znamy z przeszłości, natomiast rozwojem rządzą procesy logarytmiczne, czyli przyspieszające. Za dziesięć lat będzie wszystko zupełnie inaczej wyglądało i raczej będzie to próba naśladowania działania biosfery przez człowieka, choć z pewnością na całkowicie bezstratny recykling nie możemy na razie liczyć. Tymczasem znajdujemy się właśnie w miejscu widocznego przyspieszenia, które zmienia wszystko w ciągu pokolenia. Przedtem kolejne generacje żyły praktycznie tak jak wcześniejsze. To już się skończyło. Dlatego uważam, że wkraczamy w jakąś nową erę, niekoniecznie tylko geologiczną.

Aleksandra Jach: Antropocen uwypukla zdolności przystosowawcze gatunku ludzkiego.

Marcin Ryszkiewicz: Ten nowy sposób myślenia o człowieku jako sile geologicznej łączy w sobie dwie tendencje. Z jednej strony nie możemy się oddzielić od biosfery, bo jesteśmy jej częścią i to bardzo ściśle z nią związaną, a z drugiej strony zrozumienie naszej roli powinno wyzwolić obowiązek odpowiedzialności za to co się dzieje. Żaden inny gatunek nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji swoich poczynań, ale także żaden nie wpływa na Ziemię na taką skalę. To status, w którym naprawdę ciężko się odnaleźć, ale musimy próbować.

(Z Marcinem Ryszkiewiczem rozmawiała Aleksandra Jach. Rozmowa powstała dzięki stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego)

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!