Wspólnota pań na jednym wybiegu. Rozmowa z Michaliną Musielak, reżyserką dokumentu Miss Holocaust

Ola Wasilewska: Miss Holocaust to film zadziwiający. Śledzisz w nim uczestniczki konkursu piękności dla ocalałych z Holokaustu. Osiemdziesięcio-, dziewięćdziesięciolatki w izraelskim domu spokojnej starości przez kilka tygodni przeżywają przygotowania, próby sceniczne, szykują stroje, makijaż, ćwiczą chodzenie po wybiegu. W ciągu dwudziestu dwóch minut przedstawiasz nam kilka z tych kobiet – niektóre z nich są bardziej podekscytowane konkursem, inne bardziej sceptyczne. To niezwykły portret kobiecości. Zresztą twój projekt był od początku bardzo kobiecy – pod względem zarówno tematu, jak i ekipy, z którą pracowałaś. Razem dostałyście się z tym filmem na Berlinale 2017.

Michalina Musielak: To był mój pierwszy film i chciałam zostać w kobiecym kręgu. Przygotowanie tematu to była wspólna przygoda z moją przyjaciółką, Hanią Ferenc. Potem, przy produkcji filmu, do współpracy zaprosiłam znajome operatorki i montażystki, z którymi łączyło mnie to, że mimo stanu „przed debiutem” wszystkie miałyśmy wystarczające umiejętności, by zrobić ten film na odpowiednim poziomie. Niesamowite było to, że dziewczyny z ekipy naprawdę czuły ten projekt. Wydaje mi się, że historie bohaterek były im po prostu bardzo bliskie. To niezwykłe zaangażowanie wynikało po części z zachwytu energią naszych bohaterek, starszych pań. Środowisko filmowe jest bardzo zmaskulinizowane. Świadomie unikałam facetów w ekipie z obawy przed zdominowaniem naszej pracy męskim głosem. Bałam się, że mężczyzna swoim autorytetem mógłby przekierować dyskusję w inną stronę niż partnerski, horyzontalny projekt.

Ola Wasilewska: „Miss” i „Holokaust” – językowo od razu budzi to we mnie sprzeciw. Połączenie konkursu piękności z ludobójstwem, które po wojnie wydawało się cezurą w dziejach ludzkości; momentem terminalnym naszej cywilizacji. A przecież samo słowo „Holokaust” nie jest terminem, który Żydzi lubią wybierać. W jidysz oznacza dobrowolną ofiarę dziękczynną czy zadośćuczynienie za winy, zatem jako pojęcie przenosi sprawczość z oprawców na ofiary. Dlatego używa się pojęcia „Shoah”, które po hebrajsku oznacza po prostu tragedię – tragedię, która dotknęła miliony niewinnych ludzi.

Michalina Musielak: Przy filmie współpracowałam z bardzo doświadczoną montażystką, Ireną Siedlar, która świetnie sobie radziła mimo nieznajomości języka hebrajskiego, ale w pewnym momencie wybuchła: „No nie mogę! Nawet nie słyszę, jak mówią Holokaust”! Oczywiście, po hebrajsku unika się tego słowa, w zamian używa się terminu Shoah. Jednak po angielsku sam konkurs rzeczywiście nazywa się „Holocaust Survivors Beauty Pageant”.

Ola Wasilewska: A jednak ludobójstwo potrzebuje swojej nazwy. Wśród działaczy romskich toczy się obecnie dyskusja o tym, jak nazywać tragedię Romów zgładzonych w nazistowskich obozach. J.M. Coetzee, południowoafrykański noblista, wykładem swojej fabularnej bohaterki zwraca uwagę na „Holokaust zwierząt” dokonujący się w globalnym przemyśle mięsnym. Twój dokument powstał pod szyldem szerszego procesu, który można by nazwać „marketingiem Auschwitz”.

Michalina Musielak: Solidne marki – na tym opiera się współczesność. Dla mediów Miss Holokaust to krzykliwy tagline, który zawiera w sobie wszystko, co prasa ma do powiedzenia o tym wydarzeniu. Że kobiety, że stare, że w Izraelu, że w Hajfie. Szybki, szokujący news. Zdarza się, że tak też odbiera się mój film – po samym tytule. Ktoś napisał do mnie z pytaniem, kiedy powstanie film o kobietach z Wołynia? To absurdalne. Po pierwsze, to stawianie narracji przeciwko narracji: lewacko-włączającej i prawicowo-narodowej pod tytułem „Przestańmy już o tych Żydach, to nudne”. Czy Wołyń ma rywalizować z Shoah? Po drugie, to zaczepne pytanie jest tak naprawdę postulatem, by przeprowadzić konkurs piękności dla ocalałych z rzezi wołyńskiej. Absurd.

Ola Wasilewska: Nie tylko Miss Holokaust jest podatne na przenoszenie, w tym przypadku na Miss Wołynia (zgłaszam film Zerwany kłos). W szerszym kontekście twój tytuł wskazuje, że sam Holokaust to pewna struktura instytucjonalno-architektoniczna, którą można przenosić i aplikować. Tak można odczytać pracę Zbigniewa Libery „Lego. Obóz koncentracyjny”. Choć narzędzia kontroli zostały wykorzystane przez nazistów w sposób wcześniej nieznany, to same narzędzia zostały z nami. Mamy wszystkie klocki. Aparat państwowy został wyposażony w możliwości stworzenia obozów dla Muzułmanów w Bośni – i zrobił to w czasie wojny bałkańskiej, prawie pięćdziesiąt lat po Holokauście. To nigdy nie zostało zamknięte.

Michalina Musielak: Mój dokument jest mocno uniwersalny. Choć skupia się na indywidualnych doświadczeniach, to jest jednak lekcją oral history. Opowiada o tym, jak pracujemy z pamięcią, jak się ją przetwarza i wykorzystuje do różnych celów. Od początku pracy nad filmem towarzyszyła mi myśl Waltera Benjamina, który porównał historię do rozbryzgu fajerwerków, którego istnienie zależy od wykorzystania w teraźniejszości.

Ola Wasilewska: Reżyserując ten dokument, musiałaś sobie stawiać pytanie o to, jak powinna wyglądać jego struktura. Czy napięcie ma narastać aż do momentu werdyktu? A jeśli tak, co można wygrać? Czym jest zwycięstwo, czym jest porażka?

Michalina Musielak: W filmie prowadząca mówi w pewnym momencie, że wszystkie panie są zwyciężczyniami. Przy tym organizatorzy podkreślają, że grono uczestniczek już zostało wyselekcjonowane z ogromnej liczby zgłoszeń. Wydaje mi się to dość ironicznym żartem historii, że kandydatki dobrowolnie się poddają selekcji.

Ola Wasilewska: Czyli Twój film ujawnia absurdalność izraelskiego konkursu?

Michalina Musielak: Trudno odpowiedzieć na pytanie, czym jest uhonorowanie tytułem Miss Holokaust. Wydaje mi się, że w tym wydarzeniu chodzi o pamiętanie. Jednym z etapów konkursu jest zebranie świadectw ocalałych. Przy tym trzeba sobie uświadomić, że takie świadectwa zostały już wcześniej zebrane przez instytucje powołane do tego celu, na przykład muzeum Yad Vashem w Jerozolimie.

Edycja, którą sportretowałam w dokumencie Miss Holocaust, jest w pewien sposób rewolucyjna, gdyż po raz pierwszy dopuszczono kandydatki spoza domu w Hajfie. Część pań dowiedziała się o nim z lokalnej gazety, część od przyjaciółek. Jednak zasady selekcji są dla mnie niejasne. Wydaje się, że o doborze uczestniczek decyduje strategia organizatorów, którzy chcą zaprezentować pewien zestaw kobiet, a przy tym dać szansę jak największej ich liczbie na wzięcie udziału w zabawie. W końcu legenda konkursu głosi, że wywodzi się on po prostu z cotygodniowych potańcówek organizowanych od lat przez mieszkańców tego domu,

Ola Wasilewska: Ich trudna sytuacja tu i teraz to, jak sobie wyobrażam, wynik raczej pewnej niewydolności państwa i jego narzędzi społecznych niż ukierunkowanej polityki pamięci. Ale jak wiemy, po wojnie, gdy w 1948 roku ogłoszono powstanie państwa Izrael, nie było w nim miejsca – w sposób symboliczny – dla tych, którzy nie wpisywali się w obraz pionierskiego czynu. To było państwo silnych Sabrów urodzonych na ziemi Palestyny, wspieranych przez talenty i umiejętności tych, którzy przybyli z Europy, by wspierać osadnictwo i ujarzmianie pustyni. Taki obraz umacniała kinematografia izraelska. W pierwszych dekadach rzadko widywano filmy empatyzujące z tymi zagubionymi, także językowo i tożsamościowo, którzy przybyli do portu w Tel Awiwie z traumą i pamięcią o swoim sztetlu.

Michalina Musielak: Moim zdaniem bardziej łączono ich z figurą „owcy na rzeź” niż z zaściankowością. Trzeba pamiętać, że Europa zawsze była dla Izraela centrum wszechświata, ważnym punktem odniesienia. Polska jest w tym modelu równie europejska, co Francja czy Włochy. Nawet Rosja jest symbolicznym Zachodem, a Polska – jako miejsce, gdzie rozwijała się bogata kultura jidysz, rabinatu – jest samym rdzeniem tej białej, dominującej, głównonurtowej tożsamości, do której Izrael u zarania chciał się odwoływać. I stąd można wynieść trochę dumy. Jest to ciekawy punkt zaczepienia dla mnie jako Polki.

W takim Izraelu nie było miejsca na wspominanie; na wyobcowane wariatki żyjące w domku na plaży i odmawiające bezustanny kadysz za tą Europą, której już nie ma. Społeczeństwo miało być postępowe, skierowane w stronę przyszłości. Moje bohaterki z pewnością z tym się spotkały – z wyobcowaniem, poczuciem wykorzenienia „stamtąd” i brakiem zaczepienia „tu”. A przy tym z czasem ocaleni zaczęli być państwu potrzebni – jak kombatanci u nas – do budowania pewnej narracji krzywdy.

Jestem daleka od krytykowania konkursu. Nie zgadzam się z tym, że te wybory nie powinny mieć miejsca. Chciałabym poprzez mój film przyjrzeć się temu, czym jest pamięć i co można z tą pamięcią zrobić. To bardzo aktualne zagadnienie w Polsce. U nas stawia się pomniki z brązu, które są naszym zastępczym pamiętaniem. Żeby stało i za nas pamiętało. To nas zwalnia z refleksji o tym, czym jest przeszłość i co zrobić, żeby nie zataczała koła.

Ola Wasilewska: Jakie jest miejsce kobiety w pracy z pamięcią holokaustową? Przypomina mi się obrazowanie kobiety na najczęściej odwiedzanym przez izraelskie wycieczki pomniku w Warszawie, czyli zaprojektowanym przez Rappaporta Pomniku Powstania w Getcie Warszawskim, stojącym naprzeciwko Muzeum Polin. Ten socrealistyczny relief w typie klasycznego pomnika przedstawieniowego ugruntowuje narrację bohaterską – z przywódcą powstania, Mordechajem Anielewiczem, przedstawionym niczym umięśniony heros, co przeczy dokumentom historycznym. A przy tym sprawczość kobiet została sprowadzona do erotycznego wizerunku obnażonej kobiecej piersi. Tę fantazję odnajdujemy w„Liście Schindlera”, gdzie w kuriozalnie długiej scenie młoda Żydówka ze sterczącymi sutkami zostaje osaczona w piwnicy przez nazistę. Próbując opowiedzieć o pamięci poprzez konkurs piękności, który z definicji naznaczony jest cielesnością i fantazją erotyczną, dotykasz tematu poddania się spojrzeniu mężczyzn.

Michalina Musielak: Zacznę od tego, że w jerozolimskim Yad Vashem znajduje się kopia tego pomnika, ale pierś została zakryta. To już ślad procesu wyznaczania poprzez instytucje, jak należy pamiętać, co jest godne. Warszawska Żydówka była elementem urozmaicającym pejzaż czy też tłem do opowieści o męskim heroizmie. Jerozolimska – późniejsza – musi być już nobliwa. Pracując nad projektem, wielokrotnie rozmawiałam z doktor Rachel E. Perry, którą poznałyśmy na Uniwersytecie w Tel Awiwie przy okazji seminarium pod tytułem „ »Po Auschwitz«. Obrazy Holokaustu w kulturze współczesnej”. To ona zwróciła mi uwagę na to, że u samego sedna machiny holokaustowej jest konieczność zgładzenia kobiet. To one z całej grupy etnicznej były uważane za najważniejszy cel i zagrożenie, bo to ich zdolność do rodzenia dzieci mogłaby zatrzymać proces zmiecenia Żydów z powierzchni ziemi.

Ola Wasilewska: Polityka płodności została wmieszana w totalność tego planu.

Michalina Musielak:  Tak, było to działanie bardzo ukierunkowane na płeć. To też tworzy pewne napięcie, które mnie zaciekawiło, że obecnie w konkursie celebruje się kobiecość. Nie ma wyborów Mistera Holokaustu.

Ola Wasilewska:  Dla mężczyzn pomniki, dla kobiet konkursy piękności. A jak Twój film odebrały same bohaterki? Jesteś już po specjalnym pokazie dla mieszkańców domu dla ocalałych w Hajfie.

Michalina Musielak:  Najciekawszy był komentarz jednej z mieszkających tam pań, ocalałej z Polski, która nie wzięła udziału w konkursie, gdyż bardzo chroni swoją prywatność i nie pozwala się fotografować. Po pokazie powiedziała mi, że na niej film nie zrobił żadnego wrażenia, bo tyle w życiu widziała, że trudno ją poruszyć. To mi uświadomiło, że można tę postawę przełożyć na cały konkurs. Być może uczestniczki traktują go jako mały wyprysk współczesności; okazję do spotkania się z wnukami, którzy chętnie przyjeżdżają na galę z drugiego końca Izraela. To wyrwanie z codzienności, karnawałowa przerwa w samotnym przeżywaniu dni. Bachtinowskie odwrócenie ról, kiedy znowu te osoby starsze są w centrum uwagi i mogą sobie pozwolić na młodzieńcze szaleństwo. Czy to jest niestosowne? Z ich punktu widzenia niestosowne jest to, co im się przydarzyło w czasie wojny, a teraz można jeszcze mieć z życia trochę radości.

Ola Wasilewska:  Właściwie kto miałby decydować o tym, jak mamy pamiętać, jeśli nie ci, którzy przeżyli? A jednak takie postawienie sprawy prowokuje do zawłaszczenia pamięci, instytucjonalnego stawiania pomników. A przecież pomnik to także obiekt architektoniczny, element miasta, część życia mieszkańców. Ostatnio było głośno o pracy „Yolocaust” izraelskiego artysty Shahaka Shapiry, który powiesił na stronie internetowej wyśledzone na portalach społecznościowych selfie z berlińskim Pomnikiem Pomordowanych Żydów Europy. Przez dwanaście lat od wybudowania pomnik zdążył na dobre osiąść w krajobrazie miasta. Na prawie trzech tysiącach kamiennych bloków tworzących siatkę nieregularnych korytarzy berlińczycy i turyści z całego świata uprawiają parkour, akrobatykę, wyczynową jazdę na deskorolkach bądź zwyczajnie wykorzystują malowniczy układ terenu do ciekawego tła dla fajnego zdjęcia. Shapiro wybrał – bez zgody autorów – kilka najbardziej szokujących wrzutek z Facebooka, Instagrama, a nawet Tindera i nałożył na nie oryginalne zdjęcia z obozów zagłady.

Michalina Musielak: Ten niesamowicie fotogeniczy obiekt jest miejscem różnego typu interakcji społecznych; brakuje tam jeszcze młodożeńców z sesjami ślubnymi. Ale to jest ciekawe zagadnienie – jak stworzyć pomnik, który będzie wprowadzał w interakcję (poprzez plastyczność, wizualność), a przy tym nie będzie generował zachowań sprzecznych z jego funkcją. Co do pracy Shapiry, to projekt w ciągu kilku dni obiegł cały świat i ostatecznie każdy z autorów zamieszczonych tam zdjęć zwrócił się z prośbą o usunięcie jego wizerunku. Uważam, że to dobrze wymyślony koniec projektu, choć sam pomysł był dla mnie zbyt dosadny. Shapiro zbyt mocno poszedł w eksponowanie utartych wizerunków.

Ola Wasilewska:  Dochodzimy do pytania, jak sztuka ma właściwie przedstawiać Zagładę? „Yolokaust” to przecież czytelne nawiązanie do pracy Alana Schechnera „It’s the Real Thing – Self-Portrait at Buchenwald, 1993”. W serii sfotoszopowanych kolaży autor wkleił swój wizerunek w słynne zdjęcia z obozu w Buchenwaldzie. Schechner trzyma w ręku puszkę coli, stąd tytuł zaczerpnięty z kampanii, która w Polsce prowadzona była pod hasłem „Coca-cola to jest to!”. Jednak w oryginale ten slogan ma przekonywać, że to „prawdziwa rzecz”. Czy można wierzyć fotografii? Zwłaszcza takiej, która została wykonana przez oprawców? W samej wizualnej warstwie o Holokauście „opowiada się” przecież najczęściej patrząc na ofiary przez obiektyw nazistów. Wydaje mi się, że Ty w swojej pracy starasz się unikać tego dobrze już osadzonego narzędzia wykorzystywania, używania wizerunków ofiar.

Michalina Musielak: Podobnie do tematu podszedł Zbigniew Libera w „Pozytywach”. Przerabiając fotografię obozową w swój tematyczny negatyw, opierał się na dobrze wyuczonych markach. Dzięki temu na pierwszy rzut oka jego praca wygląda jak zwykłe zdjęcie z obozu. Libera operuje właśnie takim symbolem wizualnym, który jest tak wbity w pamięć, że od razu wywołuje pewien temat. Te klisze stały się marką. To pewien zestaw wciąż powracających fotografii, które zamykają nam wizualnie całe doświadczenie Zagłady. A przecież to doświadczenie jest znacznie szersze i bardziej zniuansowane. Ma więcej odcieni.

Ola Wasilewska:  Przy przyglądaniu się historiom ocalałych można jednak odnieść wrażenie, że następuje pewne formatowanie, przykrajanie historii do pewnego rozpoznawalnego formatu z własną strukturą, obrazowaniem. Dotyczy to głównie post-świadectw, czyli tych zapożyczonych przez kolejne pokolenie. Ale same ocalałe również mogły przez te kilkadziesiąt lat przejąć pewien sposób opowiadania. Każda z nich swoją opowieść opowiadała przez całe życie. Każda z nich tę opowieść sformatowała do wersji dłuższej, krótszej, skrótowej. W samym konkursie pojawia się także pewna rywalizacja, konkurowanie historiami. Uczestniczki operują kartami ze swojej biografii, kształtując to pod temat czy oczekiwania samej widowni. Jak wyglądała praca z osobami, które chciały opowiedzieć swoją historię w znanym sobie formacie? Ty zdecydowałaś się pójść w poprzek ich oczekiwaniom.

Michalina Musielak: Przede wszystkim mój film jest o teraźniejszości, dlatego wybrałam taki aktualny temat. Interesowało mnie, jak kobiety sobie radzą z przeszłością. Jak my radzimy sobie z przeszłością? Konkurs też jest formatem. Ważnym momentem jest tak zwana „Wiadomość do świata” wygłaszana przez uczestniczki na scenie. Poprzedza ją prezentacja biografii, ale tu już do głosu dochodzi prowadząca – to ona czyta biografię, to ona przejmuje ten głos. Wybiera zresztą swoiste the best of, decydując, co najlepiej sprawdzi się scenicznie. Nie chcę zdradzać zbyt dużo z mojego filmu, ale dla mnie centralnym punktem wyborów jest właśnie ten punkt programu. To zostało zaczerpnięte z formuły zwyczajnych wyborów miss, gdzie jednak pytanie kandydatek – którym wcześniej mierzono szerokość talii i porównywano zgrabność nóg – o receptę na zło tego świata wydaje się bardzo kontrastowe. W Miss Holocaust ten kontrast jest mniejszy – wydaje się, że te panie faktycznie mają coś do przekazania. Ale w tym momencie urwę, bo warto obejrzeć film.

Wracając do tematu pamiętania – nasza pamięć jest często zapożyczona. A przy tym naturalną koleją rzeczy jest zapominanie. Powtarzanie historii, choćby przez samych świadków, pomaga tę pamięć, choćby jedną z jej wersji, utrwalić. To ostatnie pokolenie ocalałych, które jest wśród nas. Ci, którzy przeżyli Holokaust jako dzieci, teraz są w jesieni życia. Oni też zapominają. Jedna pani, która w tym roku nie brała akurat udziału w konkursie, opowiadała mi, że ona pamięta wszystko i nigdy niczego z tej historii nie zapomni. Była z tego bardzo dumna. To dla niej taki ustalony tor. Jej historia jest spójna, stanowi jedność, a przez to jest niepodważalna. Taką historię wypracowuje się poprzez ciągłe powtarzanie jej w ten sam sposób. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że to mało prawdopodobne, by to była najbardziej „autentyczna” wersja jej przeżyć. Ale dzięki ciągłemu powtarzaniu stała się wersją obowiązującą.

Ola Wasilewska:  W ostatnim etapie produkcji zamieszkałaś w domu w Hajfie, by pracować z tą społecznością jako wolontariuszka. Czy w tej grupie zawiązuje się wspólnota? Czy konkurs jest rozłamem w lojalności ocalałych? Wydaje mi się, że tego typu instytucja jest trochę graniczna – z jednej strony ma pomagać, z drugiej dokonuje selekcji, i wśród kandydatów do zamieszkania w tym domu, i wśród uczestniczek konkursu.

Michalina Musielak:  Ta wspólnota jest trochę jak rodzina – są konflikty, są napięcia, a najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Ta dynamika istnieje dlatego, że wspólnota wciąż się buduje. Najmocniej odczułam to jako reżyserka na specjalnym, przedpremierowym pokazie filmu dla ocalałych. Ta część mieszkańców, która nie została pokazana w filmie, czuła się poszkodowana. Przecież zdjęcia objęły szerszą grupę osób, więc dlaczego wybrano tylko niektóre? Z początku filmowałyśmy też samo życie codzienne w tym domu, bo koncepcja filmu powstawała, że tak powiem, w procesie. Finalnie doszłam do tego, że skupiamy się wyłącznie na konkursie. I to pominięcie pozostałych ujęć budziło emocje, zarówno pomiędzy bohaterkami, jak i zespołem filmowym. To są niezwykle zróżnicowane osobowości, które łączy język hebrajski i wspólne życie w Izraelu, prawdopodobnie wszyscy pochodzą z Hajfy, która jest trzecim co do wielkości miastem w Izraelu, małą aglomeracją. To, co ich łączy obecnie, to przeżycia z wieku młodzieńczego. To specyficzny fundament dla tego domu – bardzo krótki i bardzo wczesny okres życia. Rozbrzmiewają tam języki narodowe. Dominuje grupa Żydów, którzy uciekli z Rumunii, ale jest też sporo Polaków, także ze Lwowa. W związku z tym takim językiem kontrkultury jest w tym domu jidysz, bo tylko niektórzy posługiwali się nim w młodości. Także w jidysz można sobie porozmawiać o tych sprawach, które chce się zachować dla siebie.

Ola Wasilewska:  To ciekawe, że jidysz w domu starości rozłącza wspólnoty ocalałych, bo przecież programowo miał być tym językiem, który połączy Żydów aszkenazyjskich ponadnarodowo.

Michalina Musielak:  Nie tylko – przecież jidysz służył też do tego, by rozłączać wspólnoty na jednym terenie. W takiej Warszawie można było w nim rozmawiać po to właśnie, by nie być zrozumianym przez Polaków. Jidysz został zapomniany, zepchnięty, spotyka się z negatywną reakcją. Państwo Izrael nie zdecydowało się na wybranie go na swój język narodowy, co we wczesnych latach budowy tej wspólnoty wiązało się z pewną polityką podważania i ośmieszania jidisz. Jak Gefilte Fisch – do wyrzucenia. Ale dla ocalałych to po prostu język dzieciństwa, poza polityką. Chociaż wydaje mi się też bardzo zabawne, że te grupy wykorzystują jidysz do budowania swoich intryg i niesnasek.

Ola Wasilewska:  Trzeba tu wspomnieć, że z racji swojej polityki w domu dla ocalałych w Hajfie mieszkają głównie Żydzi przybyli z Europy zwanej aszkenazyjską.

Michalina Musielak: Głównie, ale nie tylko. W konkursie brała udział pani z Tunezji, czyli tzw. mizrahijka. Jej doświadczenie Zagłady to francuski obóz w Tunezji. Ale widać napięcie między różnymi grupami – i różnymi „holokaustami”. Udało mi się zauważyć, że niektórzy mieszkańcy podważają zasadność włączenia mizrahijczyków z Afryki Północnej do pojęcia Holokaustu. Ale trzeba też pamiętać, że w domu dla starców codzienne konflikty są też po prostu pewnym urozmaiceniem. Jest wspólnota i jest połączenie – i można tam trochę mieszać, żeby było ciekawiej.

 

Michalina Musielak, Ola Wasilewska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!