Nie ma pojedynczego życia – rozmowa z Tamarą Bołdak-Janowską

Agnieszka Kozłowska: Wydana w 2013 roku Pani książka Hop! Hop! Hop! Traktat o samotności jest pewnego typu zapisem podwójnym. Składa się bowiem z cyklu 35 wierszy oraz poematu, czyli tytułowego traktatu złożonego ze 110 poetycko-narracyjnych cząstek. Zaznajomiony/a z nią czytelnik/czka będzie wiedział/a, że hop! hop! hop! pojawia się w dwóch wierszach (Hop! hop! Hop! Reakcja i Milion) i ma swoje znaczeniowo-obrazowe uzasadnienie. Zestawienie wykrzyknika „hop!” z tytułowym traktatem uruchamia we mnie skojarzenie: oto głos wołającego (wołającej) na puszczy. Przed czym Pani ostrzega, o co apeluje, co chce powiedzieć? I czy faktycznie nie ma echa dla tych wypowiedzi?

Tamara Bołdak-Janowska: W Traktacie powołuję na animację Sylvaina Chometa pt. „Iluzjonista”. Akrobatom towarzyszy głos „Hop! Hop! Hop!”. Akrobaci nie idą, tylko poruszają się figurami salto. Hop! Tak schodzą nawet po schodach. Zobaczyłam lawinę akrobatów w tym akrobatycznym ruchu. I hop! I nie ma. Na ziemi wszystko ma ten status: hop! I już czegoś lub kogoś nie ma. Filozofowie mówią dziś o lawinie życia. Tak samo teologowie. Lubię obie dziedziny, bo wymuszają myślenie egzystencjalne. Teologię doceniam, jeśli docenia motto na XXI wiek Hubertusa Mynarka: „Bóg jest postulatem myślenia”. Postulat ten likwiduje fundamentalizm religijny. Mówię to, aby mieć punkt wyjścia i w skrócie, i ogólnie przedstawić moje sympatie myślicielskie, wszak sama uprawiam filozofię, również w poezji, i czasem teologizuję. Nie ma pojedynczego życia, to znaczy oderwanego od okoliczności i innych istnień. Lawina życia to człowiek wraz ze wszelkimi elementami codzienności, z listkiem i ptakiem, z kubkiem, ideą, kotem, wilkiem, mitem, ręką i stołem, ale i miastem, państwem, planetą. Do filozofów to określenie przyszło z kościoła katolickiego, a ściślej – tak był nazywany Pier Giorgo Frassati: valange di vite, czyli: lawina życia. Pojedyncze życie, jeśli nie ma siły akrobatyki, czy to w twórczości, czy nauce, czy w innej pożytecznej dziedzinie, w najgorszym razie poprzez przemoc, nie wydobywa się na wierzch lawiny życia na planecie, a jeśli, to i tak na krótko. „Wspomną, jeśli wspomną”, jak mówi Elliot. W tym określeniu chodzi o wszystko, co widzimy, słyszymy, o co walczymy, a co ostatecznie ma status „hop!”. Lawina zeszła i mamy gruzowisko, z którego czyjaś pamięć coś wydobędzie. Schodzi kolejna lawina z pamięcią poprzedniej, ale to pamięć niekompletna. To nasi potomkowie znowu wraz z listkiem, ptakiem, i tak dalej, z nowymi frazesami, z ukochaną pamiątką po babce, z zapamiętanymi słowami dziadka, z rodzinnymi grobami. No i z planetą, bardziej zniszczoną, ale nadal z pięknym drzewem, na którym zatrzymają wzrok. Jednak nowa lawina życia zmienia swój status: konkretniej ogarniamy spojrzeniem całą planetę, już nie tylko poprzez wyobraźnię, domysł, bo nauka zrobiła niewyobrażalne postępy i mamy maszynę bios, umożliwiającą takie spojrzenie, i sami jesteśmy biosem, bo się do tej maszyny wkładamy. Ale to nie zmienia postaci rzeczy: lawina życia spłynie, tworząc nowe gruzowisko wraz z maszyną. Hop! Nie ma. W tej lawinie życia ktoś zwichnie Kartezjusza i powie: „Istnieje to, co chcę, by istniało”, ale nie oznacza to głosu dla każdego. To „chcę” zawęzi spojrzenie, aby stało się cynicznie egoistyczne, aby wyodrębniało na wierzch to, co ważne jest dla osoby, niekoniecznie uczciwej i dobrej, najczęściej jedynie sprytnej i władczej, podstępnej i przekupnej, i w myśl tej zwichniętej zasady – „ja to forsuję, bo tak chcę, a przede wszystkim mogę, i niech się tak staje, myślę za ciebie, ty nie myśl” – zaczyna żyć niemal cała lawina ludzka w ogólnej lawinie życia, nawet poprzez rezonans morficzny, jak u zwierząt: „bo tak trzeba, tak wypada, tak dziś mamy”. I to nie zmienia statusu lawiny życia: hop! Nie ma. Od stuleci poznawaliśmy lawinę życia wioski, miasta, ulicy, domu. Obecnie pojmujemy się planetarnie. Możemy też samą naszą planetę włączyć jako istotę żywą do lawiny życia, i powiedzieć do niej: mamo. Włączmy i moje czucie chwili: napisałam powyższe słowa, chcę coś dodać, ale zadziałał okrutny mechanizm: Hop! I już mnie nie ma. I na inne pytania nie będę mogła odpowiedzieć. Ta myśl, tożsama z czuciem, towarzyszyła mi podczas procesu powstawania „Traktatu o samotności” i całej książki. Hop! Niebezpiecznie skacze serce. Wołam o bliskość, o miłość mężczyzny – tak, o tę miłość – i o moje słowa w cudzych przychylnych ustach. Zapamiętajcie, kochajcie mnie. Kochaj mnie. Przede wszystkim wołam o miłość mężczyzny, bo nie chcę być porzucana dla amores, czyli jego rozrywki. Wołam do poetów: przestańcie ględzić o amores, a zacznijcie pisać o miłości. Jeszcze o niej nie pisaliście, wciąż grzęznąc w tandecie amores. Wołam w puszczy? Miejsce nie ma znaczenia, bo doznanie mechanizmu „hop!” zawsze i wszędzie czyni nas samotnymi i zrównuje ze zwierzęciem, nawet z muchą, ale potęga miłości na chwilę odwlecze nas od myśli o znikaniu. Nigdy nie opuści nas na dłużej doznawanie sytuacji granicznej pomiędzy byciem i niebyciem. Kochając i będąc kochanym, człowiek nie staje się nieśmiertelny, tylko trochę mniej samotny. To „mniej” nie unicestwia samotności w sytuacji ostatecznie granicznej, kiedy poważne Hop! losu któregoś dnia oznajmi: koniec z tobą. Tolo Szaleńczyk, któremu zadedykowałam moją, a zarazem ludzką samotność, może tylko zapłakać, czując to samo. W sytuacji ostatecznie granicznej nie mamy osób bliskich. To tę samotność ujawniła w polskiej poezji znakomita przejmująca Poświatowska. W światowej literaturze znakomity i wciąż przejmujący Beckett.

AK: Celowo posłużyłam się związkiem frazeologicznym: na puszczy, a nie na pustyni, i chociaż puszcza i pustynia w dawnej polszczyźnie znaczyły to samo – pustkowie, stanęła mi przed oczami puszcza dzisiejsza, gęsto zadrzewiona. W Pani wierszach drzew także nie brak, są źródłem życia, także ludzkiego, i tajemnej wiedzy. Co daje się wysłyszeć w drzewach? A może trzeba zawiesić znany nam sposób komunikacji przez rozmowę, czyli słowa, i pójść za Pani wskazaniem: patrzeć, żeby poznać?

TeBeJot: Wołać na pustyni czy w puszczy. Wielu, bardzo wielu wywija tytułem wiersza Rilkego Tors Apollina. I co z tego. Tam jest to słynne zdanie: „Musisz zmienić swoje życie”. I co? Nic. Pustynna i puszczańska większość nie poczuła się wezwana. Przemoc wzmaga się. Ziemia kona. A przecież poezja to nie jakieś ładne słówka. To najwyższy rodzaj twórczości, bez kłamstwa, bez pozy. To diagnoza ludzkiej kondycji, bez wymysłów, a w ujęciu szerokim, wraz z tym wszystkim, co mamy w lawinie życia i z wołaniem o zmianę, czy to spojrzenia, czy to postępowania, jednakże nie w formie lamentacji i kazań, tylko przejmującego obrazu i obrazu osobistej zmiany w autorze, i to w formie krańcowo szczerej. Poezja zbiera nasze rozproszenie w jeden najważniejszy i najodważniejszy punkt. Albo to wszystko robi się w poezji, czyli dobrze się ją przyrządza, albo nie ma jej. Pozornie tylko nadprodukcja tomików świadczy o istnieniu poezji. Słowa poetów bledną błyskawicznie, bo zbyt często są pustą słowną zabawą. W jednym miejscu na ziemi więcej się dzieje niż w głowie człowieka. Tak czasem widzę stan ludzki i stan ziemi. Skoro zaczęłam od filozofów, to znowu przywołam współczesne zdanie: ziemia ma człowieka po to, aby samą siebie komentować. Człowiek, twórczość, ziemia – to proces. Powtarzalność pór roku to nie to samo, co kopiowanie. Co można zobaczyć w drzewie? To, co zobaczyłam w Traktacie – piękną zmianę. Nie fantazjuję, tylko stwarzam słowną formę dla obrazu, a on się natychmiast wiąże z myślą. Zajmuję się też rysowaniem. Pewnej nocy wyśniłam spiłowane zdrowe drzewo. Sen to też rzeczywistość, element w osobistej lawinie życia, intymna wytężona praca mózgu, gwarantująca dzienny rozmach wyobraźni. W tym śnie zobaczyłam czerwone serce w białym świeżym pniu. Krwawiło, a krople krwi spływały po tej resztce drzewa. Narysowałam to i opisałam w eseju. Innym razem, już za dnia, w podobnym niskim pniu spiłowanego drzewa wiotka gałązka z boku skojarzyła mi się z ostatnim wysiłkiem drzewa, aby żyć – z zieloną ręką, bezradnie skierowaną ku górze, niemal błagającą o pomoc. Drzewo to my. My to co? Garść ziemi i obłok na niebie. Tym się ostatecznie stajemy. Korzenie drzewa ciągną z tej garstki prochu żywotne soki, i piją nas z nieba, kiedy polejemy się na nie deszczem. Miałam samotne dzieciństwo. Włóczyłam się po lesie. Może stąd ten mój związek z ziemią jak niemal z osobą, potężniejszą ode mnie. Ten potężny organizm ogląda siebie moimi oczami, i ma moje usta, moje komentujące słowa. Wrócę do Becketta. Jego przejmujący monodram pt. Nie ja, monolog starej kobiety, to zarazem głos ze styku osoby z ziemią, która już ciągnie ku sobie i wciąga. Nie mamy siły sprzeciwu, nie obronimy się. Możemy jednak czymś się zająć, kiedy mamy jeszcze przed sobą dość drogi życia i nie doszliśmy do tej sytuacji granicznej. Ja się zajęłam tworzeniem form dla moich spostrzeżeń z poczuciem, że mam na to odrobinę życiowego czasu. W ostatecznej sytuacji granicznej, tej z Nie ja Becketta, patrzę na drzewo, na listek, na niebo, a nie na przechodniów. W takiej chwili, ostatniej lub już czutej jako przedostatnia, nie jestem ciekawa ludzi, ani ich przekonań. W takiej chwili widoku ziemi mi szkoda. W ogóle ważne jest to, czego szkoda. O jakości lawiny życia decydują piękni ludzie. Kiedy umierają, bardzo ich szkoda. Oni widzą piękno pokoju. A czy można wyobrazić sobie sytuację, że zabity człowiek komentuje rozstrzelane drzewo? Jednakże w sytuacji czucia chwili ostatniej i przedostatniej najbardziej szkoda własnego życia na ziemi. To nie egoizm, a krzyk rozpaczy. W pewnym momencie życia on już się nie ucisza. Pewnego dnia zobaczyłam w parkowej wierzbie parę pustych oczu, głębokie ziewnięcie, i drugą parę pustych oczu, i drugie głębokie ziewnięcie przy uchu z pasożytującego grzyba. Ta stara wierzba, pełna dziur, wkrótce umrze. Hop! I już jej nie ma. Nie taka daleka pokrewność ze mną. Tylko taka różnica, że dłużej żyła, niż ja. Proszę pani, nie trzeba zawieszać rozmowy, aby tylko patrzeć. Rozmowie trzeba przywrócić głębię, i wyrugować z niej elementy manipulacji, propagandy, łgarstwa, wodolejstwa i krygowania się. Inaczej ludzka lawina życia cała popędzi w las, aby patrzeć na drzewa, milcząc. Tam wilki ją zjedzą. Następna lawina życia nie zachowa poprzedniej w pamięci, i nie będzie miała pamięci. Patrzeć? Tak. To też. Współczesna nauka głosi: rzecz obserwowana zmienia się, porusza. Kiedy słońce kładzie czerwony kwadrat na moich książkach, to zależnie od pory dnia i roku, inaczej go widzę. Zawsze jest zachwycający. Jego stały element: naciąga ma moją dłoń czerwoną przezroczystą rękawiczkę i wywołuje uśmiech. Źle się czuję, kiedy spokojny uśmiech uchodzi za coś nagannego, nieistotnego.

AK: Pytajcie się kobiet o ziemskie sprawy to tytuł jednego z Pani wierszy. Chciałabym więc spytać: Jak się Pani żyje w Polsce? Czego wedle Pani nam wszystkim, którzy się w Polsce urodziliśmy, do której przyjechaliśmy lub do której zesłał nas los, potrzeba, by żyło się lepiej?

TeBeJot: W urządzaniu państwa jako domu brakuje kobiecego „nie” w bardzo wielu sprawach. Pisałam o tym wielokrotnie. Na przykład od wieków kobiety były mecenaskami w kulturze, broniąc dzieła dojrzałego, unikalnego stylu. Obecnie nie robią tego. Nie są nieustępliwe w tej sprawie. Gubią się w kiepskim towarze rynkowym, w nadprodukcji czegoś tam. Wyjątki są. I są duszone przez analfabetów kulturowych, dla których nadprodukcja towaru jest zaletą. Zaznaczam problem, unikając nazwisk. Dzieło z dziedziny kultury nie jest i nie będzie towarem. Matematyka, nauka, symfonia. Czy to towar? Otóż nie. I poezja – nie. i Beckett – nie. I Eliot – nie. I Rilke – nie. Nie jestem politykiem, ale znam się na polityce i jej mechanizmach. Jednak nie mam światopoglądu politycznego, bo ukochałam wolnomyślicielstwo. Tylko ono jest tożsame z wolnością w kulturze i nigdy nie będzie towarem. Towar szybko się nudzi. Dzieło – nigdy. Do dzieła wracamy i sto razy. Jeśli myślenie państwo poprzez media ogranicza do światopoglądu politycznego, a tak się u nas dzieje, to ja się duszę. Jak się żyje? A jak można żyć w łapskach dusicieli? Moja wolnościowa intelektualna energia nie jest wykorzystywana, i co więcej, to niemal przestępstwo. Nie będę się nad tym rozwodzić. Mam szczęśliwe chwile, kiedy ktoś chce ze mną rozmawiać. Mam też szczęśliwe chwile innego rodzaju, związane z moim kulturowym bi. Chwile te świadczą o tym, że Polska dorośleje i zauważa moje bi, i nie gani za nie. Otóż niedawno pani Joanna Troc zamówiła u mnie monodram dla swego teatru. Nadzwyczajna prośba: napisać go w języku zwanym prostym. To język Wielkiego Księstwa Litewskiego, zarazem mego dzieciństwa i białoruskiej podlaskiej wioski. Polacy też się nim posługiwali, a litewscy Polacy do dziś rozmawiają w nim w domu. Monodram pani Joanna Troc przedstawiła na małej scenie Opery Podlaskiej. Publiczność była taka tłumna! I po raz pierwszy w życiu po przedstawieniu, w kuluarach, i na placu przed Operą, i na ulicy, rozmawiałam w języku prostym z wieloma osobami. To byłoby nie do pomyślenia za czasów PRL. Wtedy piękny, melodyjny, bogaty język, zwany prostym, uchodził za coś nagannego, podobnie jak każda osoba bikulturowa. Teraz mogłam być w pełni sobą. Mogłam być bi. Oficjalnie rozmawiać w dwóch moich językach. Znalazłam się w pięknej Polsce. A pierwsza sprawa, tych dusicieli intelektualnej energii? A niech sczezną i przestaną wreszcie robić kulturze odrażające przewlekłe kuku. Pani mnie zacytowała: „Pytajcie się kobiet o ziemskie sprawy”. Kobieta to istota socjalna. I nie ma się czego wstydzić. Kobiety zniosły niewolnictwo i nie muszą się tego wstydzić, i sprzyjać współczesnym formom niewolnictwa, jak choćby handlowi ludźmi czy pracy w warunkach niewolniczych. Sprzyjać, to znaczy milczeć w tej sprawie czy ją skwitować pospolitą uwagą: cóż, dziś tak jest. Kobiety to istoty pokoju i nie muszą się tego wstydzić, i sprzyjać obcemu im światu przemocy, koncernom wojny. Pełnić role męskie to żaden honor dla żeńskiej płci. Nie muszą sprzyjać oprychom i uważać to za awans. Awansem byłby słyszalny głos kobiet, świadomych swego charakteru w linii generalnej w warunkach pokoju i jego nieustającej obrony, nawet determinacyjnej. Uznaję jedyną sytuację, determinację krańcową, kiedy kobiety muszą sięgnąć po broń, włożyć mundur: niesprawiedliwa wojna napastnicza na ich ojczyznę. Giną ich dzieci. Płoną ich domy.

AK: W wierszu Obcy! Opowiem ci go pisze Pani:

A ja ci powiem, że obcy to ten, który,
jak to wyrazić, który strzela w nieumocowanych,
którym i tak dzień znika
jak widok w czasie podróży.

Mówi Pani o sobie, że ze względu na przynależność do kultury białoruskiej i tatarskiej, jest Pani mieszańcem. Gdyby słowo to sfeminizować, chyba można by powiedzieć mieszanką, a stąd w ciągu skojarzeń i podmianek literowych niedaleko do mieszkanki. Jak Pani rozumie obcych/obcego? Pojęcie to w ostatnich dniach w związku z ruchami migracyjnymi nabiera szerszego rozgłosu. W tym kontekście zapytam – czy z obcego można stać się swoim?

TeBeJot: Obcy to ten, który organizuje swoją bandę, uzbraja ją i pozbawia niewinnych ludzi życia. Lubi to. Zwołuje najemników, którzy to lubią. Urządza polowanie na ludzi. Nie widzę innych obcych w naszym gatunku. To wtrącenie się w ludzkie życie, rozporządzanie nim poprzez terror, jest dla mnie jedyną kategorią obcości. To chyba Amos Oz powiedział, cytuję niedosłownie: jeszcze człowiek nie uporał się z problemem śmiertelności, jeszcze nie opisał tego dramatu bycia śmiertelnym, a już ktoś nastaje na jego życie. Pani cytuje moją frazę o nieumocowanych. No tak. Nie jesteśmy trwale umocowani w życiu, a dzień nam znika na zasadzie: hop! Już go nie ma. I jeszcze ktoś nastaje na nasze życie. Taki obcy nigdy nie stanie się swoim. A uchodźcy? Chcą ratować swoje życie przed obcym, który na nich nastaje, bo lubi zabijać. Ten obcy wyłonił się z nich, ale i z nas. To ten obcy powoduje, że w naszej lawinie życia rozpoczął się ruch ucieczki w inne miejsce w tejże lawinie, wymarzone jak raj, stały pokój. Rezultat: dziś ostatecznie upada państwo narodowe w kształcie z XIX-go wieku, i trzeba się do tego przyzwyczaić, oswoić się z tym i żyć, jak drzewiej bywało, pośród wielu narodów w jednej ojczyźnie, i nie powtarzać starych błędów z czasów oprychowatych książąt, rwących dane ziemie na sztuki, gwałcących kobiety, bo to wojenny łup, wybijających wzajemnie ludność cywilną. Każde państwo na planecie będzie wielonarodowe. Ja lubię wielonarodowe towarzystwo wokół. Kiedy podróżowaliśmy z Tolem Szaleńczykiem samochodem do Francji, przystanęliśmy gdzieś tam w sercu Europy na stacji paliw i tam zobaczyłam wielonarodowe skupisko ludzkie, i usłyszałam niemal wszystkie języki świata, i był to obraz niesamowicie budujący. Ludzie w zgodzie. Połączeni upragnioną chwilą odpoczynku. Chasyd w chałacie. Co za widok. Natychmiast kochany, a nieobecny u nas. Wszelki wykrój i barwa oczu. I Polacy. Rozglądam się, myślę, kogo spytać i w jakim języku o toaletę, bo jej nigdzie nie widzę, a muszę. W końcu podchodzę do chasyda. Where can I wash my hands? Był bardzo miły, bardzo życzliwie uśmiechnął się, wskazał kierunek, a że tłum ludzi zasłaniał mi wszelki widok, to osobiście utorował mi drogę pod drzwi toalety. Miłe wspomnienie. Bardzo miłe. Nie umiem myśleć w kategoriach podejrzeń, uprzedzenia, niechęci wobec innych narodów. Jeśli uchodźcom miła Polska, jeśli chcą tu pracować, niech zostają. Niech się wiążą z naszą kulturą w stanie bi, jak moim. Sądzę, że jak straszak działa na uchodźcę słowo asymilacja. Natychmiast powstaje w przybyłych opór. Pożądany jest stan bi. Tylko stan bi, dopóki trwa, wiąże kultury w sposób budujący, to znaczy taki, że różne kultury czerpią nawzajem z siebie to, co fascynuje. I narodowościowe getto to sprawa zła, bo wiąże w zamkniętym miejscu pokój i przemoc. W takim miejscu zło może się plenić w sposób dowolny, ponieważ rządów takie miejsce zazwyczaj nie interesuje, i obywają się pospolitym mniemaniem: jakoś tam sobie poradzą; niech tam sobie sami radzą. Nadrzędne w sposób nierelatywistyczny musi być prawo w stosunku do wszystkich obywateli danego państwa, do oczekujących na obywatelstwo, do wszystkich już żyjących w danym państwie. Prawo nie może zawierać niczego, co jest naszą ideologią lub naszą religią, bo to już na wstępie segreguje ludzi na swoich i obcych. No więc problem takiego obcego, który do nas ucieka, bo ratuje swoje życie przed wspólnym uzbrojonym obcym, pojmuję poprzez prawo i to, co mi pozytywnego, ludzkiego, budującego, pięknego daje jego kultura. To nie obcy. Poznajmy się. To człowiek taki, jak ja: człowiek. Niech mi siebie opowie, kiedy nauczy się mego języka. Niech powoła pismo, teatr i w moim języku siebie opowiada. Może mnie nauczyć swego języka. Odrzucam wszelki patriarchalizm kultur. Lgnę do ludzi, podobnych do mnie. I oni lgną do mnie. Patriarchalizm jest dla mnie również złowrogą obcością, ponieważ traktuje kobietę jak podgatunek. Niech ten uciekinier tego nie wzmaga. Tylko tyle chcę od niego. Żebyśmy do siebie lgnęli. Takie lgnięcie jest dobre, ponieważ obu stronom jest lepiej żyć. Żyć tak, żeby dzielić się pięknem i tłumić bandytów we własnej kulturze. Czy jest lepsze wyjście? Oczywiście to, co mówię, jest po części słodką bajką. Przybysze mogą nam urządzić krwawy terror. Ale to nie są uchodźcy. Prawo nie może sprzyjać ani salafitom, ani wahhabitom, przybyszom, segregującym ludzi w ten sposób, że my jesteśmy gorsi, zaś ich religia jest nadrzędna w stosunku do naszej i do każdej innej, także do innych wyznań w ramach ich własnej. Prawo nie może sprzyjać żadnemu fundamentalizmowi religijnemu i musi w tej kwestii być bardzo surowe. Jest tu coś jeszcze, co mnie przeraża: false flag. To dyskredytuje lewicę, bo to ona wymyśliła to false flag, czyli medialną kampanię „zmiękczania opinii publicznej”, aby można było dokonywać interwencji militarnych w całym Oriencie, czyli po prostu rozwalać Orient, nie dając mu możliwości rozwoju, ani cywilizowania fundamentalizmu religijnego. Twórców i wyznawców false flag również uznaję za obcych. Pod false flag skrywają się dwie patologie, o czym pisałam już 20 lat temu: sojusz czerwono-brunatny i drugi: sojusz liberałów i fundamentalistów religijnych. Pierwszy powstał na zasadzie: panowie, pora na interesy, jeśli chcecie, to nazwijmy je narodowymi, i róbmy je, róbmy korzystne dla nas wojny, militaryzujmy społeczeństwo, handlujmy bronią. Drugi sojusz działa podobnie, ale jeszcze dodaje swoją patriarchalną mizoginię, totalizm antyfeminizmu: panowie, pora odesłać baby do domu, bo tylko nam przeszkadzają, bo ciągle wołają o pokój, o socjalność, o wolność. Proszę Pani, jeśli wychylę się z mojej słodkiej bajki, natychmiast osaczają mnie te patologie w miejscu dawnej prawicy i lewicy, czyli obcy. Co znaczy moje wolnomyślicielstwo wobec tej zgrai obcych? Może jednak coś znaczy, skoro co jakiś czas obejmują mnie sankcje: przemilczeć. Moja słodka bajka nie jest niemożliwa do zrealizowania w stosunku do uchodźców, ponieważ mamy wspólnego obcego: uzbrojonego bandytę.

AK: W 2009 ukazała się Pani książka Rzeczy uprzyjemniające. Utopia. Jest to propozycja opowiedzenia świata inaczej – zarówno w planie językowym, jak i ideologicznym. A może propozycja to zbyt łagodne słowo, bardziej adekwatne by było zawołanie, którego przez 6 lat nikt nie dosłyszał i jako wyzwania nikt nie podjął. Czy literatura to przestrzeń dla radykalnie brzmiących głosów? To pole najeżone wykrzyknikami, łąka obsadzona kaktusami? A czy może nie jest tak, że utopie to widmowe projekty, nie powstające dla nagłej zmiany, a drążenia podskórnych przemian mentalnościowych?

TeBeJot: Podczas pisania Rzeczy uprzyjemniających. Utopii czułam wyraźniej niż kiedykolwiek, że powołuję do życia żywą istotę. Książka to żywa istota. To ona nas prowadzi w procesie pisania, ale zarazem nie możemy stracić nad nią kontroli aż do epilogu. Tworzymy się nawzajem. Przedtem wstrząsnęło mną doznanie, że najbardziej znane utopie niezmiennie tworzone były w duchu patriarchalizmu, że kobieta była w nich dodatkiem do mężczyzny, bytem wtórnym. Nawet w utopii Grassa z rozgadaną kobietą. I w Mieście słońca Tomasza Campanelli. I w Państwie Platona. Kobiece utopie są marginalizowane, szybko i w sposób krzywdzący, bo wciąż żyjemy w patriarchalizmie. To też mną wstrząsnęło. O tym, jak bardzo krzywdzone są autorki utopii, można poczytać na stronach eFKi. W utopiach to mężczyzna ustala warunki funkcjonowania państwa. To mężczyzna ogarnia świat kobiety, to znaczy zdaje mu się, że ogarnia, i ustala jej miejsce. Kim może być, kim nie być, jak ma się zachowywać, ubierać. W zetknięciu się z męskimi utopiami, zgodziłam się jedynie na obojnaczą frazę z wiersza Grassa, a brzmi ona: „Ach, rybie, rybie, twoja bajka kończy się źle”. Bardzo mi się podobała ta forma ryb, użyta przez tłumacza, zamiast dosłownego turbot. Z tej poetyckiej frazy Grass potem rozwinął swoją utopię, a ja swoją, polemiczną. Mogę śmiało powiedzieć: moją Utopię poczęła ryba Grassa, i zaraz to zmodyfikować: moją Utopię począł ryb/turbot Grassa. Moja bajka też kończy się źle. Jej lawina spłynęła. Tak więc moją utopię powołałam do życia na styku z męską utopią, a nie jako kontynuację żeńskich utopii, niezmiennie zmierzających w stronę sf. Oczywiście zostałam klasycznie „po męsku” zmarginalizowana. I co z tego? Lepiej powiem coś o istocie utopii. Utopia niezmiennie stanowi diagnozę systemu państwowego. System od wieków jest ten sam, choć z licznymi modyfikacjami. Zawsze jest to reżim lub posiada elementy reżimu. Moją Utopię napisałam z pozycji kobiety dla ślepego i widzącego mężczyzny, i dla kobiet, widzących mężczyznę i otwierających mu oczy. Jest to opowieść o życiu w mini państwie o nazwie Naraj, stworzonym przez kobiety. Oczywiście jest to rodzaj reżimu. One chcą się obywać bez polityki i bez więzień, a tworzyć wynalazki, ułatwiające życie, a praca nad wynalazkami to przecież wielka przyjemność. To dla tej twórczej przyjemnej wynalazczości żyją w tym reżimie wszyscy. Dzieci, kobiety, mężczyźni. Wszyscy są zobowiązani codziennie coś dobrego wynajdywać, będąc w przyjemnym nastroju. Przybysze z innych państw, czyli jakbyśmy dziś powiedzieli, uchodźcy, są akceptowani pod warunkiem, że będą żyć dla wynalazczości. Przybysze to akceptują, bo kto by nie chciał stawać się wynalazcą lub choćby pomocnikiem wynalazcy. A tu jeszcze chodzi o wynajdywanie rzeczy uprzyjemniających życie. Nawet język mojej Utopii staje się wynalazkiem – moim – poprzez słowotwórczość. Wymyśliłam mnóstwo dowcipnych neologizmów. Bez poczucia humoru współgrającego z moim, nie da się tej książki przeczytać. Ponury czytelnik nie uprzyjemni się moim językowym wynalazkiem. To nie jest książka dla tych, którzy oczekują śmiertelnie poważnego tonu. Epilog jest tradycyjnie tragiczny. Nadchodzi obcy, który lubi zabijać, i rozwala cały ten babski Naraj. Nazwa Naraj pochodzi od nazwy plemienia, którego echo zachowało się w nazwie wioski: Narejki. U mnie są to nie Narejowie, tylko Narajowie, zmodyfikowani do krótszej nazwy, właściwie ludowej: Naraje. I mamy, co zawsze mamy: „Ach, rybie, rybie, twoja bajka kończy się źle”. Patrzę na wioskę Narejki. Tyle tu było narajskiego życia, tyle wynalazków, tyle miłości, a teraz do tego miejsca biegnie las, właściwie puszcza. Dosłownie: biegnie. Okrąża. Ach, rybie, rybie! Inni ludzie nie pozwolą jej na całkowite zawłaszczenie tego pięknego miejsca w dolinie rzeki Świsłoczy. Inni ludzie budują tu domy i prawdziwe dwory. Jednak narajskie życie wioski przeminęło bezpowrotnie. Pyta Pani o radykalność głosu w literaturze, czy taki powinien być. Zażartuję, że mój głos w Utopii jest mniej radykalny, niż ten najazd puszczy ze wszystkich stron na byłe narajskie domy, chociaż to wcale nie żart. W każdym razie literatura w naszych czasach jest zagłuszana przez wrzask rzeczywistości, która w jednym miejscu jest kiepskim kabaretem, a w innym krwawą rozrywką bandytów. Sądzę, że w literaturze liczył się i liczy własny styl i rozmach wyobraźni. Niedobrze byłoby, gdyby zaczęto uważać to za radykalizm.

Mówi Pani, że upłynęło kilka lat i nikt nie podjął mego głosu. Powtórzę: zostałam klasycznie zmarginalizowana, bo to utopia żeńska. Nic a nic mnie to nie obchodzi, co najwyżej przez chwilę zażenuję się tymi osobami, które mi to uczyniły. Ale czego mogę oczekiwać od czasów, które dopieszczają podstępnych i przekupnych? Mam jeszcze dwa wyjścia w formie odpowiedzi: mogę krzyknąć – o, jak dobrze!, bo mnie nie rozmyto i utopia nie goni utopii, aż nagle mamy „utopię sto” i „utopię trzysta”, lub rozważnie stwierdzić: utopia to najrzadszy gatunek literatury. Rozwinę drugą odpowiedź: utopia, będąca najrzadszym gatunkiem literatury, pozostaje tekstem wąskim tematycznie, to znaczy była i jest ograniczona do jednego tematu, stąd pewnie obawa, że to autora skrępuje lub wychyli w stronę niepoprawności politycznej. Tym jedynym tematem utopii pozostaje diagnoza systemu państwowego. Utopia nie proponuje rozwiązań, a stwarza idealny system i przymierza go do aktualnego, który uchodzi za jedyny najlepszy. Utopia to także niezmiennie rzecz o wolności i procesie niewolenia w systemie, który do niewolenia się nie przyznaje i posiada wszelkie instrumenty do codziennego wmawiania ludziom, że nareszcie są wolni, a tak dzieje się w każdym systemie. Te instrumenty niewolenia mogą też być starannie skrywane, na przykład w systemie prawnym, podsłuchowym, szkolnym w ten sposób, żeby wyhodować bezrefleksyjne stado, no i żeby nadal tradycyjnie niewolić kobietę. Utopia pozostaje dziełem filozoficznym. Musi mieć przemyślany system etyczny. Ale nie jest tak, że moja Utopia skończyła żywot. Proszę Pani, moja Utopia ma swój dalszy ciąg, i to jaki – dzieje się w rzeczywistości w wiosce Narejki. Stworzyłam, kontynuuję i reżyseruję w Narejkach coroczne Zajazdy do Naraju, widowisko literackie, teatralne, muzyczne i taneczne. Z własnej woli przybywają tu twórczy ludzie, nie tylko z różnych miast Polski, ale i z całej Europy, i nie jest tak, że grono kurczy się do stałych bywalców. Co roku Narajami stają się nowi uczestnicy, dołączając do stałych bywalców, i stając się nimi. Raz w roku jesteśmy w raju. Bawimy się, rozmawiamy, przedstawiamy własne teksty w różnych językach, również w języku, zwanym prostym, bo to pogranicze kulturowe polsko-białoruskie. Raz w roku jestem szczęśliwa i moi goście są szczęśliwi. Zresztą to nie goście w tradycyjnym rozumieniu. To autorzy i aktorzy naszego corocznego Naraju. A więc Naraj żyje i ciągle jest nośny jako zjawisko kulturowe i dalszy ciąg Utopii. Na Zajazdach do Naraju można usłyszeć okrągłe arcydzieła poezji czy krótkiej formy teatralnej. Na YouTube jest kilkanaście filmów z Zajazdów do Naraju. Niektóre powstały nazajutrz „po Naraju”, żeby precyzyjniej wybrzmiało okrągłe arcydzieło tekstu, prezentowane na samym Zajeździe, jak choćby dwie krótkie formy teatralne Tola Szaleńczyka Rozciąganie dziadka i Mama. W moim/naszym Naraju można usłyszeć wybitne teksty poetyckie Stanisława Dąbrowskiego. Ponieważ nasi neoficcy wydawcy gonią za zyskowną szmirą rynkową, to ci autorzy nie są przez nich zauważani. Wydawcą staje się nasz teatralny Naraj, co jest chyba dramatyczne samo w sobie, ale i piękne. Tak się stają dalsze rozdziały mojej Utopii. Uczestnikami są młodzi i starzy. Młodzi przywożą wystawy obrazów, animacje. Tu się dzieje rajskie piękno, do którego tęsknimy, zmęczeni politycznymi ustrojami, ich coraz bardziej męczącymi modyfikacjami. Tu można usłyszeć miniatury poetyckie, wręcz fenomenalne rozprawki filozoficzne, niemieckiego poety Rainera Strobelta. Razem stworzyliśmy i będziemy tworzyć utopijną społeczność, wynikającą z mojej książki, z jej podwójnego tytułu: Rzeczy uprzyjemniające. Utopia. Czy mogłam sobie wymarzyć lepsze losy mojej Utopii? Lepszą możliwość wzajemnego uprzyjemniania się? Zdarza się, że nagle niespodziewanie umrze ktoś z obywateli naszego Naraju. Tak się stało z Januszem Korbelem, twórcą polskiego nurtu filozofii głębokiej ekologii i ruchu W Obronie Wszystkich Istot. I tak się stało z ludowym samorodkiem poetyckim, Wiktorem Łukaszewiczem. Obaj na zawsze opuścili Naraj w 2015 roku. To nic. W Naraju zmarli żyją obok. I ich słowa żyją. Utopijny Naraj w tej realnej żywotnej kontynuacji z pewnością można określić wcześniej użytym przeze mnie słowem: lgnięcie. Ten rodzaj wymiany kulturowej, jaką tworzymy w Naraju, likwiduje pojęcie obcego. I oto mamy na świecie takie miejsce: Naraj rzeczywisty. Czynnikiem, który łączy, jest piękno. Nie przypadkiem w Hop! Traktacie o samotności wołam: Oddaj piękno! Oddaj! Dziś je zwróć! Część wierszy Traktatu pochodzi z Naraju. Tu je czytałam jeszcze przed publikacją. Tu ludzie zobowiązani są pokazać swoje piękno, wszak mają je w życiorysie. Ono ich ukształtowało. Pięknem przecież było choćby macierzyństwo ich matek. Mają okazję podzielić się pięknem z obywatelami Naraju, recytując swoje teksty. Oczywiście macierzyństwo bywa i odrażające. Linia generalna jednak pozostaje tu pięknem. I wiele innych pięknych rzeczy stwarza człowieka. Piękna symfonia. Piękna bajka. I zmiana w samym człowieku, kiedy postanawia stać się lepszym, to przecież piękno. Żadna utopia nie otrzymała takiej formy istnienia w realnej rzeczywistości, żeby wszystkim było przyjemnie poprzez wzajemne uprzyjemnianie się z własnej woli. To nic, że to dzieje się raz w roku. Ten jeden dzień czynnego Naraju uprzyjemnia nam cały następny rok. Co roku w Naraju wygłaszam ten sam toast, który nie zużyje się nigdy: Żeby było lepiej, niż było! Tolo Szaleńczyk wystąpił w Utopii w roli Rymiarzy, czyli kolejno po sobie następujących komentatorów dziejów Naraju. To on stworzył dowcipne wiersze i piosenki w mojej książce (jest o tym przypis po epilogu). I pozostał Rymiarzem na Zajazdach do Naraju, pisząc księgę dowcipnych toastów. Tak oto bohater Utopii jest zarazem jej kontynuatorem. Żegnamy się wołaniem: Do zobaczenia w Naraju!

Agnieszka Kozlowska

pierwszej wspólnoty doświadczyła w łonie matki – jest bliźniaczką. Czasu i przestrzeni nie dzieliła z siostrą, „siostry” przyszły później. Lubi literaturę i pozawerbalne formy wypowiedzi. Redaguje, komentuje, prowadzi i promuje. Jej ukochane zwierzę nie ma znaku w żadnym horoskopie.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!