Trzecia droga. Z Moniką Glosowitz rozmawia Agnieszka Kozłowska

Kiedy umawiałam się z Katarzyną Szopą na rozmowę, miałam nadzieję, że spotkamy się we trójkę i dołączy do nas Monika Glosowitz. Okazało się jednak, że Monika jest za granicą i pozostaje nam mejl lub czat. Z Moniką się nie znałyśmy – wiedziałam tylko, czym się zajmuje, a także że publikuje teksty w kwartalniku „FA-art”, z którym współpracuję od lat (także i z tego względu chciałam ją poznać osobiście), więc musiałyśmy się obdarzyć zaufaniem i nie byłyśmy pewne, jak nam pójdzie rozmawianie na odległość. Poszło nadzwyczaj dobrze. Wspominam o tym jako o kolejnym doświadczeniu komunikacyjnym, jakie towarzyszyło mi podczas prowadzenia rozmów: odbywałam spotkania z zaprzyjaźnionymi dziewczynami, także w przestrzeni wirtualnej, mejlowałam i czatowałam, wyobrażając sobie nieznaną mi interlokutorkę, przywoływałam wspomnienia wcześniejszych kontaktów, by bardziej osadzić się w przestrzeni rozmowy prowadzonej w zaciszu własnego pokoju. Poznawałam na nowo znane i poznawałam nieznane mi osoby. Bardzo przyjemne doświadczenie.

Agnieszka Kozłowska: Poezja to domena głosów indywidualnych, osobnych, pragnących się wyróżniać i odróżniać. Czy jest możliwa wspólnota w ramach poezji? Jak można ją sobie wyobrażać?

Monika Glosowitz: Moja wizja poetyckiej wspólnoty opierałaby się na łączącej różnorodne twórczynie potrzebie przeprowadzenia „zamachu na rzeczywistość”, a więc na krytycznym potencjale samych tekstów. Mam tu na myśli strategie przepracowywania obowiązujących „polityk przedstawieniowych” czy – parafrazując Jacques’a Ranciere’a – wysiłek ponownego podzielenia postrzegalnego, a więc włączenia w pole percepcji tego, co dotychczas było niewidzialne, niesłyszalne. Rzecz jasna, nie będzie to śpiew unisono, ale chyba o to chodzi – im większa różnorodność, tym lepiej.

A.K.: Kto miałby za to odpowiadać? Z czyjej inicjatywy, w ramach jakich praktyk miałoby dojść do objęcia uwagą tych, którzy do tej pory byli niezauważani? I kim są te przegapione podmioty?

M.G.: Może nie tyle odpowiadać (jak przed sądem, nie daj Boże, ostatecznym), ale kreować. I tu, banalnie, kreują zarówno autorki, jak i akademiczki, krytyczki, czytelniczki, słuchaczki, słowem: wszyscy pierwszo- i drugoplanowi odbiorcy, którzy mają okazję w jakikolwiek sposób wchodzić w interakcje z tekstem i jego ewentualnymi przeróbkami/wariacjami. Przegapione podmioty natomiast może nie tyle stanowią niedoreprezentowane zbiorowości, ile chodziłoby bardziej o ich niewysłowione doświadczenia, których do tej pory nie opisywano ze względu na normy estetyczne, moralne, religijne, seksualne etc. Etycznego zadania poezji nie upatruję więc w formułowaniu najwłaściwszych reprezentacji i nieustannym wkluczaniu kolejnych podmiotów mniejszościowych, wykluczanych, dyskryminowanych (bo byłoby to zadanie z góry skazane na porażkę), ale w demaskowaniu mechanizmów, które ustanawiają, legitymizują owe podmiotowe pozycje. Dlatego uważam, że niektóre z głosów bywają bardziej „wydolne” od innych, „pracują” intensywniej niż inne.

A.K.: Zadając pytanie o to, kto miałby podjąć się zadania zapraszania nowych głosów, myślałam m.in. o instytucjach związanych z rynkiem wydawniczym, przede wszystkim wydawcach, którzy decydują o tym, czy i komu wydadzą tomik, ale także o organizatorach i jurorach nagród. Porozmawiajmy jednak o owych niewysłowionych doświadczeniach. O czym do tej pory poezja nie mówiła?

M.G.: Owszem, wszystkie te instytucje na kolejnym etapie powstawania publikacji powodują, że poetyckie głosy stają się słyszalne. Ale tu trzeba by przedyskutować kwestię komercjalizacji, urynkowienia poezji, hermetyczności poetyckiego obiegu, i często wydaje mi się, że to podcinanie gałęzi, na której siedzimy, biorąc pod uwagę wielkość nakładów, w których ukazują się tomiki, liczebność publiczności na spotkaniach autorskich etc. A to znów prowadzi do kolejnego wielkiego tematu, czyli kwestii popularyzacji czytelnictwa w naszym kraju, z efektami której mierzymy się na co dzień, zwłaszcza w pracy dydaktycznej. I nawet nie samej tylko popularyzacji czytelnictwa, co kwestii społeczno-ekonomicznych. Nikt po 12 godzinach pracy za 7 złotych na godzinę nie podejmuje wysiłku rozgryzania poetyckich metafor, nawet w piątkowy wieczór. Chyba że jest na studiach doktoranckich.

Niewysłowione doświadczenia też należałoby uszczegółowić, nie odnoszą się one bowiem tylko do tematu, ale także do sposobu wysłowienia. Bo i owszem, o macierzyństwie pisała Nasiłowska czy Gretkowska, choć już zupełnie inaczej robi to Bargielska. O seksie piszą (prawie) wszyscy, ale mało kto wprowadza kwestię sprzeciwu wobec reżimu odgórnie ustanowionych biopolitycznych regulacji, czyli, najprościej rzecz ujmując, protestu wobec przymusu macierzyństwa jako esencji kobiecego doświadczania siebie i świata (vide Pietrek, Janiak, Wojdowicz). Zwierzęta – jasne, wszyscy odrobiliśmy lekcję etyki posthumanistycznej, ale znów pokaz wrażliwości daje chyba tylko Witkowska, kreując intymne ludzko-nieludzkie mikrowspólnoty.

A.K.: Zmiana sposobu wysłowienia przynosi nowy język. Tęsknota za nim bardzo często pojawia się w dyskusjach o lepszym świecie opartym na porządku sprawiedliwości i równości. Na czym polega ten nowy język?

M.G.: To jest bardzo trudne pytanie i nie mam na nie gotowej odpowiedzi – gdybym ją miała, pewnie napisałabym swoją książkę poetycką. Powiem więc o własnej tęsknocie wynikającej z uważnej lektury najmłodszej poezji kobiet. Otóż towarzyszy mi od jakiegoś czasu poczucie zmęczenia i podejrzenie „zużycia się” pewnych strategii, dykcji i metafor. Wydaje mi się, że najczęściej mamy do czynienia z dwiema najwyraźniejszymi strategiami kreowania podmiotu kobiecego (jest to upraszczająca generalizacja, nieoddająca sprawiedliwości różnorodnym poetyckim głosom, ale retorycznie wyjaskrawiająca pewne tendencje). Albo jest to kruchy, narcystyczny podmiot „fetyszyzujący ranę”, zafiksowany na negatywnych afektach, percypujący otoczenie przez pryzmat własnych (dodajmy: bolesnych) doświadczeń, ale i projektujący owe doświadczenia na wszystkie elementy świata przedstawionego (patrz: choroba jako paradygmatyczna metafora kobiecości w poezji Joanny Lech), albo podmiot wulgarnie kontestujący normatywny dyscyplinujący porządek, co objawia się w agresji słowa poetyckiego (patrz: metafora napalmu w poezji Janiak). Cierpliwie czekam na podmiot kroczący „trzecią drogą”, która skrzętnie ominęłaby rejony akwatyczno-oniryczne, ale i undergroundowe piwnice.

A.K.: A jak w takim razie we wspólnocie szukających nowego języka odnajdują się mężczyźni? Czy i w ich przypadku dochodzi do zafiksowywania się na wybranych tematach?

M.G.: Najchętniej nie różnicowałabym nawet poezji na męską i kobiecą, rzecz w tym, że tekstami pisanymi przez kobiety zajmuję się w związku z aktywnościami akademickimi. I bardziej interesują mnie strategie reprezentacji kobiecości niż „poezja kobieca” jako pojęcie o wątpliwej wartości operacyjnej. Dlatego nie chciałabym esencjalizować pojęć i generalizować „męskich” i „kobiecych” fiksacji. Wszyscy (czytający poezję) dobrze wiemy, na czym fiksuje się Dycki, a na czym Kopyt. Ciekawsze wydaje mi się pytanie o to, skąd się te fiksacje biorą i czy pomagają w jakikolwiek sposób destabilizować „polityki przedstawieniowe”, o których wspomniałam na początku.

A.K.: Z pewnością próbowałaś na nie odpowiadać. Czy masz jakieś wypracowane pomysły, a przynajmniej intuicje? A także – skoro mowa o fiksacji, to czy nie należałoby zdefiniować normy?

M.G.: Tak, i dalej próbuję. Traktuję teksty jako narzędzia reprodukowania/denuncjowania społecznych technik ucieleśniania i upodmiotawiania podmiotów kobiecych. Foucault, a wraz z nim ze dwa już pokolenia badaczek, pokazali i pokazują, że norma nie jest jakimś wyabstrahowanym szablonem, do którego robimy odświętne przymiarki. Normy, w liczbie mnogiej i w mikroskali, nas ukształtowały i kształtują dalej – autorki opowiadają właśnie o tym codziennym procesie normatywizacji, czyli „zarządzaniu” pragnieniami podmiotów kobiecych („podobno wszystko jest przereklamowane/ ale ja myślę że nic nie jest przereklamowane” – Pietrek w Statystykach). Jak mówiłam na początku, jedne książki wydają mi się bardziej subwersywne od innych (czyli tych wpisujących się w dwie zarysowane wcześniej drogi: ofiarniczą i wojowniczą), dlatego że różnorako naginają „formuły kobiecości”, ironicznie przenicowują funkcjonujące dyskursy i reprezentacje – i tu jak na razie najciekawszym przykładem jest nieprzewidywalna i niepodrabialna poezja Justyny Bargielskiej.

A.K.: W takim razie to Justyna Bargielska byłaby tą kroczącą trzecią drogą? Jaki szlak przeciera?

M.G.: Najprościej mówiąc, Bargielska opowiada mi historię, a ja nie mam pojęcia, co z nią zrobić. Żongluje wszystkim, co ma w rękach, nie programuje żadnego nowego „lepszego” przedstawienia, ale w ironicznym przetasowaniu pokazuje, że wszystkie aktualne reprezentacje można łatwo zdekonstruować. Doprowadza całość na skraj absurdu, ale na szczęście ani kroku dalej. Wciąż jest czytelna, co nie znaczy, że nie jest hermetyczna. Ja mam z nią sporo zabawy i uniesień, nie zawsze wesołych.

A.K.: W tym numerze „Wakatu” przyglądamy się idei siostrzeństwa. Kogoś może to dziwić, skoro uznaje się, że się ona nie powiodła. Czy Twoim zdaniem jest sens, aby raz jeszcze o siostrzeństwie pomyśleć, porozmawiać, poczuć je na własnej skórze?

M.G.: Myślę, że zawsze jest sens podejmowania po raz kolejny refleksji na temat, który mógłby się nawet wydawać wyczerpany, i ponownej próby zredefiniowania danej idei; to chyba stanowi właśnie clou humanistyki. Idea siostrzeństwa i dyskusja o wkluczaniu w jej obręb ma jednak to do siebie, że wyklucza. Wyklucza cały szereg podmiotów niemieszczących się w zakresie tego pojęcia, chyba że potraktujemy je jako chłonną metaforę. Ale wtedy równie dobrze mogłybyśmy rozmawiać o „relacyjności”. A o tym nigdy za wiele.

A.K.: Relacyjność zakłada wchodzenie w interakcje z innymi, niesie zatem możliwość napięć, nieporozumień czy wręcz zerwań. Czy da się tego uniknąć? A przynajmniej – jak można łagodzić negatywne skutki relacji? Przecież nie da się zaprogramować relacji bezkonfliktowych?

M.G.: Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Idea konfliktu stoi u podstaw każdych negocjacji, więc zdaje się, że jest nieodłącznym elementem, sprawczym mechanizmem wszelkich relacji. Konfliktów nie sposób i nie warto unikać. „Żeby reprezentować świat, nie jest nam potrzebna teoria niewinnej siły, w ramach której język i ciała popadają w błogi stan organicznej symbiozy” – pisze Donna Haraway, o konflikcie jako sile napędowej wspomina nieraz Rosi Braidotti, Chantal Mouffe również kreuje wizję politycznego agonu jako przestrzeni ścierania się podmiotowych wizji. Rzecz w tym, żeby konflikt nie był przemocowy i żeby nikt nikogo nie ranił. I temu akurat zapobiec może, jak wierzę, skuteczna komunikacja. Porażka komunikacji, niewydolność języka jest chyba jednym z naczelnych tematów współczesnej polskiej poezji. Ta obserwacja, choć różnorodnie w samych tekstach konceptualizowana, sprawia, że poezja idzie ręka w rękę z rzeczywistością.

A.K.: Jak zapatrujesz się na pomysł, żeby częściej i więcej redagować antologii, dając tym samym szansę wybrzmienia równocześnie wielu głosom, a ograniczać indywidualne prezentacje poetyckie?

M.G.: Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam o formule antologii jako czymś „zamiast” regularnych tomików poetyckich. I nie wydaje mi się, żeby antologia była bardziej demokratyczną przestrzenią (znów przecież ktoś decyduje o poetyckim składzie – dobiera autorów, redaguje całość w myśl powziętego konceptu, a dalej o dystrybucji i wszystkim tym, co jest związane z obiegiem każdej książki). Równie dobrze można by zapytać o internet jako przestrzeń dającą większe szanse wybrzmienia niedosłyszanym głosom. Ale tu też wcale nie jest tak niehierarchicznie i błogo.

A.K.: Wiem, że interesujesz się także poezją innych krajów. Czy kobiety opowiadają w niej zupełnie inne historie niż polskie poetki? Czy są jakieś wspólne wątki, tematy, motywy?

M.G.: Musiałabym zdecydowanie więcej przeczytać, żeby jakoś sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Z dotychczasowych lektur wynikałaby bardzo robocza hipoteza o „wspólnocie doświadczenia i obrazowania” – bo wyłaniają się z niej wspólne punkty przecięcia dykcji autorek pochodzących z różnych krajów, takie jak: autobiografizm, topika wodna jako symboliczna domena kobieca, postulaty emancypacyjne etc. Więcej zobaczymy w przyszłym roku, z Kasią Szopą (w ramach miniwspólnoty redakcyjnej!) szykujemy odsłonę „artPapieru” poświęconą najnowszej poezji irańskiej pisanej przez kobiety, później czytelników czeka jeszcze odsłona czeska, hiszpańska i – oby się udało – irlandzka. Dwie ostatnie, mam nadzieję, będą przygotowywane we współpracy z dr Luz Mar González-Arias z Uniwersytetu w Oviedo, a do przygotowania czeskiej chciałabym zaprosić autorki i tłumaczki związane z projektem Wielojęzyczna.

A.K.: Będzie ciekawie poczytać wiersze z innych krajów i kręgów kulturowych, a dzięki temu, że pojawia się coraz więcej takich wielojęzycznych i wspólnotowych inicjatyw, być może polska poezja zyska nowy wymiar.

M.G.: Taki też jest mój cel, wcześniej publikowaliśmy już w aP wywiady Wioletty Grzegorzewskiej z poetkami-emigrantkami oraz prezentacje wierszy niektórych autorek, z której to inicjatywy właściwie wykiełkował ten pomysł.

Monika Glosowitz

(1986) Badaczka literatury, animatorka kultury, pedagożka. Ukończyła Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne Uniwersytetu Śląskiego oraz European Master in Women’s and Gender Studies w Uniwersytecie w Utrechcie i Granadzie, studiowała również w Akademii „Artes Liberales”. Obecnie doktorantka literaturoznawstwa UŚ oraz programu Gender and Diversity w Uniwersytecie w Oviedo. Stale współpracuje z „Opcjami”, „Polsko-Kanadyjskimi Studiami Komparatystycznymi” / „Polish-Canadien Comparative Studies” – jako sekretarka redakcji – i „artPapierem” – redagując dział poetycki. Publikowała m.in. w „Czasie Kultury”, „FA-arcie” i „Śląskich Studiach Polonistycznych”. Tłumaczyła teksty Sary Ahmed, Rosi Braidotti i Luce Irigaray. Jej zainteresowania badawcze dotyczą reprezentacji kobiecych realizowanych za pomocą różnych mediów artystycznych i problematyzujących je interdyscyplinarnych teorii feministycznych. Przygotowuje rozprawę doktorską poświęconą estetyce afektywnej.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!