Szpuren. O Śladach Ernsta Blocha

Ktoś napisał, że coraz więcej pojawia się na obrzeżach.
Prawdopodobnie ten sam ktoś napisał też, że trzeba zważać na małe rzeczy i za nimi podążać.
Krótko mówiąc – dorzucił jednak dalej, najpewniej nie kto inny – dobrze jest łączyć myślenie z narracją.

To połączenie jest niewątpliwie rzeczą wielką, w każdym razie nieusytuowaną na marginesie przedsięwzięcia Blocha. Stanowi centralny problem i główne narzędzie: pokazywania i wytwarzania tego, co małe, znikome. Przy czym nie idzie tu o przypadkową czy arbitralną „mikrofilię” – stąd istotne skojarzenie małego z marginesem, dla podkreślenia istotowej względności. Chodzi o Mniej i Więcej, o których należy myśleć-i-opowiadać – tylko bowiem w ten sposób ujawnią się one jako dwie formy niezgodności albo wykroczenia (że coś się nie zgadza, bo nie zgadza się z nami i z wszystkim innym). Już samo sprzężenie między refleksją a opowieścią ma być prawdopodobnie oparte na tej regule – myśl jako znikomość narracji, historia jako spiętrzenie rozumowania.

Te dwa warunki – relatywność tego, co nikłe, oraz równoczesność wywodu i anegdoty – silnie ze sobą splecione, aż po wzajemne warunkowanie, decydują o stylu, punkcie wyjścia i celu całego zbioru.

Przede wszystkim nie wystarczy sama niesamowitość – zza szoku, efektu wyziera bowiem nuda. Narracja więc tyleż koryguje, co uwidocznia: trzeba wyrażać się jaśniej i dlatego należy przypominać przypadki. Nie muszą być wierne czy prawdziwe: starożytna bądź nowsza baśń, zasłyszane zdarzenie, odnotowana obserwacja – winny tworzyć odpowiednie dla niesamowitości tło. Nie wolno jednak dać się zmylić: choć narracja jako taka wnosi pewien walor czytelności czy raczej słyszalności (prędzej bowiem wymaga słuchania niż lektury), to – zgodnie przecież z regułą niezgodności – sama niesie w sobie nieusuwalną nadwyżkę wywołującą niepokój. To, co zrozumiałe, nie przestaje być przez to od razu nieprzeniknione czy drapieżne. Jest cechą przedmiotu, nie świadectwem poznawczych usterek.

Wytyczne są więc na pozór ogólne; a jednak rygorystycznie stosowane, pełniąc funkcję właściwej Śladom formy wyrazu, nieuchronnie zmierzają do bardzo konkretnego obszaru zainteresowań. Parafrazując Kanta: warunki narracyjno-refleksyjnej eksplikacji niesamowitości są zarazem warunkami tego, co w istocie i rzeczywiście niesamowite. Rozbita, nieciągła natura śladów (i Śladów) nie powinna przesłaniać faktu, iż ich lektura, w odcinkach, jedynie dzieli ramę na kawałki – ostatecznie wszystko, co kogokolwiek znacząco spotyka, jest tym samym.

W rzeczywistości mamy tu do czynienia ze swego rodzaju, niekoniecznie zamierzoną, prędzej świadczącą o radykalnie odmiennym duchu tej filozofii, parodią kantyzmu. O ile w przypadku Kanta sumienna i abstrakcyjna, tzn. abstrahująca od wszelkich danych empirycznych, analiza ludzkiego podmiotu stanowiła zarazem eksplikację podstawowych struktur udostępniania się świata, o tyle Bloch – korzystając z zapośredniczającej mocy narracji – z góry niejako odrzuca możliwość bezpośredniej i czysto refleksyjnej eksplikacji takich abstrakcyjnych (czyli – ściślej – transcendentalnych) ram, ponieważ: po pierwsze – takich ram nie ma, po drugie – jeśli są, to na pewno nie mają charakteru abstrakcyjnego (nieempirycznego), po trzecie – nawet jeśli możemy ich doświadczyć tylko z rzadka, to z pewnością nie w podmiocie.

Z parodią kantyzmu koresponduje parodia kartezjanizmu – Bloch dokonuje jej w trzeciej spośród tytułowanych części, Egzystencji (jak gdyby rozprawiając się mimochodem z III Medytacją, w której Kartezjusz ostatecznie ugruntowuje pewność swego cogito). Żyjemy w ciemnym Teraz, równie jak ono pogrążeni w ciemności – w tu i teraz nie jesteśmy bowiem gotowi, nie istniejemy dostatecznie, incognito wobec samych siebie. Czym jest ta ciemność? Jak ją rozumieć? To synonim rozproszenia, stanu permanentnej połowiczności – ani dostatecznie nikli, ani skoncentrowani; jak ów monachijczyk, który mimo najszczerszych chęci zawsze uderzał w fałszywy ton, choć przy okazji opowiadania swej rozczarowującej historii zaświadczał o czymś, co pragnąc znaleźć swój wyraz, okazywało się inne. Ów rozdźwięk jednak nie rozbrzmiewa niczym ciekawym – to czysta pustka i nuda (to, co w człowieku niewypowiadalne, nie ma nam nic do powiedzenia). To dlatego próżniactwo, o ile nie jest próżniactwem zaaferowanym, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Czeka nas w nim jedynie jad przebywania we własnym wnętrzu. Jak gdyby wewnętrzne rozproszenie, ujawniając się i niemiłosiernie przy tym trudząc, popadało w kolejne rozproszenie: taki jest status przeszkód. Toteż nigdy nie możemy niczego wiedzieć. Ani o nas samych, ani o innych. W tym sensie nie ma dróg nieokrężnych. Egzystencja nieuchronnie toczy się w rozproszeniu i tylko rozproszone świadectwa po sobie zostawia. Oto jedna z osobliwszych figur „tego samego”.

Skąd ta ciemność w nas? I dlaczego z konieczności się uzewnętrznia? A mimo to nie zyskuje na przejrzystości bądź spójności? Bloch podąża tu, przynajmniej po części, tropem pozostawionym kiedyś, w czasach między Kartezjuszem a Kantem, przez Leibniza. To, co w nas nieprzejrzyste albo rozproszone, jest wynikiem i wyrazem naszych więzi ze światem zewnętrznym. W dwudziestowiecznej wersji Blocha zasada ta przyjmuje czasem postać zgoła przypadkowej, bo jedynie historycznej okoliczności – życie ludzi dotąd nie istniało, istniało dotąd jedynie życie interesów materialnych. Uwikłanie w potężniejsze reżimy i porządki, ale też w te najdrobniejsze, które upodabniają relacje naszego życia do przypalanych kolejno od siebie papierosów. Życie jest jeszcze splątane, nie dla nas też było budowane, a o formach naszego w nim udziału decyduje nierzadko kamyczek. Siłą rzeczy, formy te – zarówno własne, jak i obce – można co najwyżej dostrzec i zrekonstruować w opowieści. Młoda dziewczyna uciekła z domu rodziców… Została aktorką… Wreszcie jednak… Ostatecznie… W kilka tygodni później…

Tak pojęta narracyjność – i trzeba to bardzo mocno podkreślić w odniesieniu do autora obracającego się w kręgu tzw. teorii krytycznej – nie stanowi bynajmniej fundamentu narracyjnej tożsamości. Narracja bowiem nie jest oparciem pośród niszczących podmiot żywiołów – społecznych, indywidualnych, materialnych czy towarzyskich. Przeciwnie – właśnie wyrywa nas z tego, co w tych żywiołach gnuśne, mętne, okrutne i powierzchowne. Nie zmierza do złotego środka, albowiem układa się w rytm drapieżnych śladów.

Znaleźliśmy się oto na granicy rozproszonej egzystencji – na zewnątrz, w obliczu fasady, ale też dotknięci – jako że w obliczu losu. Narracje być może w nic się nie układają, ale za to eksplodują. I o tyle nie wyrażają już „osobowości”, lecz bezosobowe, bo zobiektywizowane w obszarze pozoru, siły – jeśli tylko będziemy pamiętać, że „siła” to efekt-nazwa (dokładnie jak w fizycznym wzorze, gdzie stanowi po prostu iloczyn masy i przyśpieszenia), nie zaś aktywny czynnik. Siła to w tym sensie hochsztapler – bezwarunkowa, tzn. nieoparta na żadnej racji, arbitralna aspiracja do pokazania się, gwałtownej ingerencji w imię splendoru. Toteż nasz los oznacza nie tyle głęboko ukrytą o nas prawdę, którą trzeba dopiero wydobyć, ile najbardziej jawną hochsztaplerkę, którą trzeba zauważyć i odczuć.

Tkwi w niej skądinąd głęboka prawda i racja. Daje bowiem tu o sobie znać zasadnicza nierozpoznawalność człowieka i instynkt światła, który chciałby ją rozświetlić. Fasada niczego nowego nie odsłania, a jedynie nachalnie demonstruje. To autoafirmacja, która jeszcze nie odpowiada prawdzie. „Kiedy ja naprawdę czuję się księciem!”.

Baśniowość u Blocha wiąże się zapewne z duchem narracyjności, ale w jeszcze większym stopniu z właściwą temu duchowi sztuką roztaczania blasku. Blasku, który wszystkim przysługuje (choć o tym nie wiedzą). Baśń w naturalny sposób operuje na poziomie arbitralnych sił i powierzchniowych oddziaływań. Koncentruje je i ujawnia. Przeto nie jest jedynie cechą fikcyjnych opowieści magicznych. Kiedy człowiek słaby, spłoszony, może nieco zawstydzony znajduje sprytne wyjście, jakkolwiek byłoby pokrętne, wybieg skuteczny, trochę dowcipny, wówczas odpowiada temu w świecie, jakkolwiek byłby twardy, pewien zasadniczy walor nieroztrzygnięcia. Dla dowcipnego świat nie kończy się jeszcze.

Moglibyśmy zdefiniować „baśniowość” jako atrybut przemiany w obszarze pozoru, dostępnej nam wszystkim i jak najbardziej realnej magii, czyli mocy transformowania. Pozór – zaznaczmy – nie oznacza fałszu, lecz zewnętrzność. Tę, którą eksponuje hochsztapler, ale też tę, którą emanują rzeczy. W istocie swoiście niereligijny panteizm obecny w Śladach opiera się na dość paradoksalnej antropomorfizacji (zapewne to właściwość już samych baśni). Uczłowieczenie rzeczy – nadanie im „twarzy”, czyli właśnie owej fasady, zewnętrznej warstwy, w której dokonuje się gra metamorfozy – poprzedzone zostaje najpierw depersonalizacją ludzkiego zewnętrza w żywiole narracji. Stawką zresztą nie jest w tym wypadku ożywienie przedmiotów, lecz uniwersalizacja przemiany. O tyle baśń jest przeciw mitowi, bo świat zaklęty pozostawia w orbicie człowieka. Obaj spotykają się na kruchej powierzchni hochsztaplerstwa. Świadectwa tych spotkań są nikłe – pozwalają jednak myśleć o świecie prawdziwie oświeconym: nie takim, w którym odrzuca się cuda, lecz w którym nie mogą one istnieć przed człowiekiem.

Co jest małe w Śladach? Co w nich znajduje się na obrzeżach? Nie sposób uniknąć pytania o fasadę samego dzieła, o jego własne hochsztaplerskie umiejętności.

Narracja, jak powiedzieliśmy, jest tyleż domeną opowieści, co samego świata. W obu przypadkach chodzi o element eksplozywny. Blask albo – głos. Istnieje fasada, ale istnieje też ekspozycja fasady. Bloch mnoży głosy – pierwotny podział na myślenie i narrację uniemożliwia mu wykorzystanie samej narracyjności myślenia i refleksyjności narracji. Raz jest zanadto myślicielem, a raz zanadto obserwatorem – przenikliwym w obu wypadkach, ale zmuszonym do zewnętrznego niejako łączenia tych żywiołów, byle myślenie nie okazało się abstrakcyjne i byle opowieść nie okazała się bezmyślna. Stąd nieuchronna polifoniczność Śladów i zasadnicze zrównoważenie tej książki. Bloch pozostaje uczciwy, choć o tyle właśnie wierny ciemności egzystencji – obce mu są gesty Zaratustry czy bezczelność Victora Eremity.

Ernst Bloch, Ślady, przeł., opr. i wstępem opatrzyła Anna Czajka, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012.

Mateusz Falkowski

(1976) Filozof, tłumacz, doktoryzował się w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Redaktor Orgii Myśli. Publikował również m.in. w Dwutygodniku. Przełożył m.in. Na Zachód po trupie Polski (2009) oraz Schopenhauer. Dzikie czasy filozofii. Biografia (2008).

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!