Jeśli kręcisz bekę, już jesteś niewolnikiem

Mimo chwalebnych starań propagatorek i propagatorów poetyckiego zaangażowania polska poezja nie wyszła i długo jeszcze nie wyjdzie z dusznych, modernistycznych piwnic. Najlepiej świadczy o tym środowiskowa recepcja trzech tomów wydanych jak dotąd przez Korporację Ha!art w „Serii poetyckiej pod redakcją Mai Staśko”.

Oficjalnie propsować należy Ilonę Witkowską, której książka Lucyfer zwycięża nominowana była i nominowana będzie do ważnych literackich nagród. Pochwały za podejmowanie istotnych tematów można rzucać w przypadku tego tomu ze spokojem i bez obaw o skrzętnie kreowany wizerunek wyrafinowanej czytelniczki czy wyrafinowanego czytelnika, treści zaangażowane nie wykraczają bowiem w Lucyferze… poza bezpieczne ramy literatury wybitnie młodopolskiej – tu nieco dekadenckiej, tam z lekka symbolicznej, ale koniec końców podporządkowanej odbiorczyni czy odbiorcy z „wyrobionym literackim gustem”. Obrzucać błotem można i trzeba za to Dominikę Dymińską czy też, jak wolą utrzymywać błotem obrzucające i obrzucający, jej tomik. Ten sam czytelnik, którego „wyrobiony literacki gust” dopieszczony zostanie przez książkę Witkowskiej, z wyraźnym obrzydzeniem podejdzie do Pozdrowień ze świata. Scharakteryzowane przez Dymińską problemy i podejmowany wachlarz tematów lokują się wprawdzie w podobnym kąciku światopoglądowym, jednak pod względem formalnym Pozdrowienia… realizują zupełnie inne założenia. Przekazywanie myśli istotnych dla autorki lub autora tomu bez uporczywych prób zagęszczenia realnych doświadczeń literacką papką? Fuj, chuj, Kaur, pop-poezja!

Rozbieżność w opiniach co do obu modeli budowania poetyckiej dykcji byłaby jednak oczywista i kompletnie nieciekawa z punktu widzenia szkicoliterackiego, gdyby nie perspektywa nadawana przez trzeci tom z rzeczonej serii. To właśnie dzięki Modlitwom dla opornych Jasia Kapeli, a raczej ich entuzjastycznemu przyjęciu przez krytykę, dowiadujemy się ostatecznie, dobitnie i bez miejsca na cień wątpliwości, że w polskiej poezji brakuje przestrzeni nie tylko dla czytelniczek i czytelników, ale również dla autorek i autorów chcących podejmować istotne dla nich tematy zupełnie autonomicznie, bez potrzeby schlebiania piwnicznym gustom. Spośród wszystkich wad i zalet takiego stanu rzeczy istotna jest dla mnie tylko jedna kwestia – zamykanie się w dusznym kręgu upodobań estetycznych podzielanych wyłącznie przez kumate i kumatych wyklucza poezję (ale także literaturę w ogólności) z grona narzędzi społecznego dialogu.

Modlitwy… nie są niczym więcej niż schlebianiem owym gustom, opakowanym w łatwo przyswajalną estetykę beki. Tom Kapeli jest książką wdzięczną do czytania i rozpływania się w niej, szczególnie dla ludzi uwikłanych w lewicową wrażliwość. Kogóż bowiem autor tam nie obśmiewa, w kogo nie zostało wymierzone ostrze beki – wymienianie sylwetek wykpiwanych przez poetę bardzo szybko zmieniłoby się w rozbudowany katalog jednostek oraz grup społecznych stojących na drodze do zbudowania nowego, lepszego świata. Co więcej, autoironiczny charakter zdecydowanej większości utworów sprawia, że do listy tej należałoby dorzucić drugie tyle wątków i postaci, nie tyle stojących w opozycji do pierwszych, co realizujących swoją rację bytu w sposób bliski karykaturalnemu.

Najwyraźniej zarysowaną karykaturą jest oczywiście podmiot liryczny, scharakteryzowany najpełniej i najbardziej obrazowo w otwierającym tom wierszu „Lajki”. Tytułowe oznaki aprobaty ze strony społeczeństwa definiują bohatera na każdy z możliwych sposobów: są obiektem jego marzeń i aspiracji, wyznacznikiem osobistego i społecznego sukcesu, nadają sens życiu zawodowemu i relacjom interpersonalnym, a brak lajków dotkliwie ów sens odbiera. Kolejne utwory z cyklu stanowiącego również tytuł tomu rozwijają ten obraz, nadbudowując go dalszymi przykładami działań warunkowanych przez potrzebę akceptacji ze strony osób o podobnych poglądach, podobnej wrażliwości i bliźniaczych fiksacjach. Obraz opornych (będących w wizji Kapeli raczej oportunistami niż ludźmi opornymi – co szczególnie jaskrawo zarysowane zostało w wierszach „Hummus idealny” i „Odrodzenie ducha inteligencji zaangażowanej”, dedykowanych imiennie celebrytom poezji zaangażowanej czy wręcz „proletariackiej”) stanowi jednak tylko przygrywkę do dwóch kolejnych części książki: „Modlitw o zachowanie klimatu” oraz „Modlitw o lepszą Polskę”.

Następuje w nich wyraźna zmiana akcentu, problemy podmiotu lirycznego i problemy z podmiotem lirycznym schodzą na dalszy plan wobec kwestii, które wcześniej pojawiały się wyłącznie jako element charakterystyki opornego oportunisty, a w tym miejscu zaczynają odgrywać rolę istotną i autonomiczną, owemu opornemu oportuniście bardzo się zresztą przysłużając. Czym jest bowiem niepewność bohatera tomu oraz hipokryzja jego środowiska wobec istotnych tematów, które jako jedyni zauważają? Niedostatek wody pitnej, nadprodukcja niedegradowalnego plastiku, wysokie stężenie dwutlenku węgla, mięsożerność okcydentu połączona z pełnym hipokryzji podejściem do zwierząt, antyaborcyjny terror środowisk prolajfowych, wojna w Syrii, smog, bezrefleksyjność środowisk neoliberalnych, brak legihuany, konsumpcjonizm, różnice międzypokoleniowe, społeczna niewrażliwość i przyzwalanie na przemoc…

Jakże nie czuć w tej skali choćby odrobiny sympatii wobec opornych oportunistów, szczególnie jeśli koniec końców uczestniczą w śpiewaniu „Pieśni wojennych”, ostatniej części składowej tomu Kapeli. To oni pisaniem wierszy sprzeciwiają się imperializmowi i walczą o wolny internet, chlebem i solą witają uchodźców, bronią praw kobiet oraz blokują wycinki drzew. A przy tym są, jak autor tomu, całkiem cool – ironiczni, oczytani, potrafiący dostrzec swoje wady i ująć je w niekończące się pasmo efektownych ripost, krotochwilnych konceptów, zręcznych żarcików i czego tam jeszcze nie podpowie słownik synonimów.

Bogactwo beczkowej treści Modlitw… przesłonić może fakt, że tom ten jest dziełem do bólu formalistycznym. Ciężko znaleźć w nim tekst, który nie byłby w ten czy inny sposób puszczaniem oka do kumatej czytelniczki lub kumatego czytelnika – mówię o ważnych rzeczach wprost, ale naigrawam się przy tym z mówienia o nich w taki właśnie sposób; piszę o istotnych dla mnie wartościach, ale istotą tego pisania jest parodiowanie kolejnych gatunków i form poetyckiej wypowiedzi; mogę ujawnić swoje lęki oraz niepewności, ale heloł, są one wyłącznie elementem literackiej gierki. Nie można odmówić estetyce beki uroku oraz atrakcyjności, kolejne wiersze z książki Kapeli czyta się z niekłamaną przyjemnością, są bowiem błyskotliwe i zabawne, a przy tym uzmysławiają obserwatorowi humanistycznego dyskursu niezwykle istotną kwestię: choćby dobre i chwalebne idee były propagowane przez ludzi dalekich od doskonałości, waga tych koncepcji wcale się sama w sobie nie zmniejsza. W czym więc problem? Otwierające książkę motto „Niska jakość przekazu/ jest powodowana celowym działaniem artystycznym” zdaje się z początku wyłącznie zdawkowym podkreśleniem jej ironicznego charakteru, ale w obliczu całości jawi się jako ponura zapowiedź kształtu oraz nacechowania tomu. Nawet jeśli jego przekaz pokrywałby się w stu procentach z interpretacją optymistycznie zarysowaną w powyższym akapicie, owo „działanie artystyczne” w ostatecznym rozrachunku staje się celem nadrzędnym, zaś kręcenie beki – sztuką autoteliczną. Mimo iż pod względem prostoty wypowiedzi zdecydowanie bliżej Kapeli do bezpośredniego wyrażania treści w Pozdrowieniach… przez Dymińską, cel owej klarowności wydaje się wyraźnie artystowski. Modlitwy… są bowiem ostatecznym homagium wobec estetyki ironicznej beki.

Kapela nie hołduje swoim tomem ideałom internetowego trolla, który umiejętnie zarzuca bajcik w oczekiwaniu na gromne i zasadnicze reakcje. Nie stawia się w centrum chaosu, aby czerpać przyjemność z wywołanego fermentu. Jego tom od początku do końca poddaje się woli odbiorców i ratuje autora tylko ich reakcja, uległa oraz przewidywalna. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że kręcąc beczkę w rytm Kapeli, śmieje się czytelniczka lub czytelnik sama lub sam z siebie: człowieka, który jest w stanie odbierać jasne i niezawoalowane przekazy tylko wtedy, gdy odczuwa przy tym przewagę płynącą z bycia kumatym. Jeżeli jest zaś przy tym osobą do bólu przesiąkniętą duchem piwnicznego modernizmu, nawet tego nie zauważa. Smutne to. I bekowe.

Znalezione obrazy dla zapytania creative commons cc by Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

Jaś Kapela, Modlitwy dla opornych, Korporacja Ha!art, Seria poetycka pod redakcją Mai Staśko, Kraków 2017.

Michał Małysa

Urodzony w 1994 roku. Pochodzi z Mysłak.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!