Sucza picz

Nowy Łupków nic się nie zmienił. Dworzec zwrócony frontem w gardziel doliny obłaził z farby od niepamiętnych czasów nietknięty remontem. Budynek stacji jak z westernu. Obok przycupnął mały bar z jadłospisem z okresu późnego Gierka. W dole kilka domków i obskurne bloczki byłego pegeeru. Taki krajobraz doskonale zmieściłby się pod rondem szmacianego kapelusza, oferując scenerię z rozpiździajem po zatęchłej komunie. Zapraszając w góry przesiąknięte spirytem, potem i krwią po zasadzkach, przemarszach, łunach wojen i pacyfikacji. Materia dobra dla turystycznego biznesu, który rozbisurmanił się w bieszczadzkich zagrodach i miasteczkach, pielęgnując mit dzikiego wschodu z jego starymi sadami w dolinach, gdzie z chwastów wystawały fundamenty po niegdysiejszych wsiach.

W nozdrza wtargnęło czyste powietrze. Kłęby pary unosiły się nad głową. Poprawił taśmy plecaka i ruszył w stronę przystanku PKS-u. Za nim rozległ się gwizd pociągu, który zawracał na pętli. Nad lokomotywą snuła się błękitna smuga spalin. Skład ruszył z powrotem w stronę Zagórza. Spojrzał na zegarek. Szósta rano. W głębi doliny wisiał matowy księżyc. Ze dwa dni do pełni – pomyślał i przyspieszył kroku. Zimny powiew smagał kark.

***

– Dasz mi trzy dychy i postawisz flaszkę. Ja przypilnuję rzeczy. A kiedy zejdziesz z gór, będzie na ciebie czekał garnek gulaszu.
– Świetnie, Dziki, będzie flaszka – odpowiedział. „Dziki”? Ksywka pasuje jak ulał. Pamiętał starego jeszcze z czasów liceum, kiedy przyjeżdżał w Bieszczady na wędrowne obozy. Kiedyś rozbił namiot obok jego chałupy. Dziki to chyba ostatni hippis w Karpatach, nie licząc rumuńskich i huculskich pasterzy. Bębny i piszczałki, trawka, dwa chude srokate konie, owce, wilczur, kot i orlik kaleka, który wypadł z gniazda. Oto cała rodzina Dzikiego. W jego chałupie nie było ani pieca, ani kominka. Gotował na dużym, ułożonym z kamieni palenisku. Nawet teraz, blisko sześćdziesiątki, Dziki nadal bawił się w Indiańca.
– Ale to ma być dobra flaszka. Kup u Kozaciuka, na końcu wsi. Ma najlepszy samogon. A może dorzuci kawał sarniny – Dziki zarechotał i zmrużył swoje bladoniebieskie oczy. Na kołnierzyku kraciastej koszuli podskakiwały siwe strąki. Założył za ucho cienki warkoczyk, który dyndał ze skroni:
– Jeśli idziesz na Otryt, uważaj – przestrzegał. – Niedźwiedź jeszcze nie zasnął, pałęta się i psoci. A nad Sanem pokazał się spory wilk. Pewnie basior. Wiesz, ja dużo nie mam do powiedzenia, ale uważaj. Od jakiegoś czasu giną psy. Nawet te uwiązane do budy. Krowy znikają, a co dopiero owce. Miesiąc temu szukaliśmy dziecka. Ośmioletnia dziewczynka. Wracała ze szkoły. Jak kamień w wodę. Na pewno słyszałeś w „Wiadomościach”. Żadnego śladu. Ale nad rzeką, pod mostem, znaleziono tropy watahy. Odtąd ludzie nie chodzą samotnie. Matce tej dziewczynki odjebało z rozpaczy. Ty też nie powinieneś iść sam.
– Czy ja wyglądam na Czerwonego Kapturka? Może dzieciaka świsnął jakiś pedofil. Nie znam przypadku, żeby w Bieszczadach wilk zaatakował człowieka. Co prawda jest parę legend, ale to bzdury. No chyba, że hybryda. Ej, Dziki, zawsze gdy tu przyjeżdżam, to mnie straszysz. Naczytałeś się Londona albo palisz marychę z chemicznym kopem.
– Rób, jak uważasz, ostrzegałem cię, a zioła nie palę, dawno przeniknąłem jego ducha i osiodłałem w dymie – Dziki wymruczał jeden ze swoich niuejdżowskich frazesów, po czym zrobił poważną minę, mrugnął okiem i postawił przy palenisku żelazny dzbanek na herbatę.

– Dobra, wezmę sobie do serca twoje rady. Biorę aparat, kamerę, trochę prowiantu, mały namiot, śpiwór, żarcie i jeden z koców z twojej zatęchłej kolekcji. Mam przy sobie pistolet, taki wiesz, na usypiające naboje. Zostawiam ci laptop i odczynniki. Acha, te rurki nie są do jarania, jasne?
– Okej, podłubię sobie nimi w nosie. Co teraz badasz?
– Unia sponsoruje nowy program ochrony wilka. Muszę pozbierać trochę bobków. Jestem odpowiedzialny za część raportu dotyczącą jadłospisu. Kto wie, może się natknę na tego basiora?
– Może? Ale nie chwal się miejscowym gospodarzom, że jesteś taki wilczy brat, bo ci ze złości wpierdolą. Są na wilki strasznie cięci. I uważaj, żebyś nie wdepnął w niedźwiedzie gówno.

***

Zszedł już połowę Otrytu, kiedy zaczął padać śnieg. Parę stopni poniżej zera ścięło kałuże. Zima przysłała w góry swoich zwiadowców. Mijał pierwszy dzień wyprawy, z którego nie był zbyt zadowolony, bo znalazł tylko oblodzony pień, a na nim rysy po wilczych pazurach i żółte kryształki moczu. Żaden śnieg nie zdoła przykryć niewidzialnych granic wilczego terytorium. Może jutro natknę się na świeże tropy? – pomyślał. Zebrał próbki i zbadał teren wokół śladów. Tej nocy spał pod olbrzymim zwalonym bukiem. W jednej z dziupli harcowała łasica. Następnego dnia ścieżkę pokryła nowa warstewka śniegu. Po południu znalazł świeży i pokaźny trop, który wspinał się pod górę, wzdłuż koryta potoku, w którym leniwie szemrała struga. Byłoby fajnie, gdyby ten ślad doprowadził mnie do jakiejś solidnej kupy – pomyślał z ironią. Przyspieszył. Chciał zdążyć przed zmrokiem i znaleźć miejsce, gdzie mógłby założyć obóz. Była szesnasta. Przez dłuższy moment miał wrażenie, że jest obserwowany. Zwierzę albo kłusownik? A może tak nachodzi człowieka lęk, kiedy samemu łazi po lesie? Zapadał zmrok. Nadal prószył śnieg, ale jego ilość nie maskowała tropów. Przed nim otworzyła się polana. Był na szczycie Otrytu.

***

Ognisko nie chciało się rozpalić. W płucach miał pełno dymu. W dodatku temperatura spadła chyba z dziesięć stopni poniżej zera. Na całe szczęście nie zapomniał wziąć ze sobą brzozowej kory i podpałki do grilla. Teraz ogień był już w miarę czysty, a w menażce podgrzewała się fasolowa z puszki.
Wiatr z południowego zachodu przegnał chmury. Zobaczył, jak na wschodzie wstaje ogromny księżyc. Niżej polana opadała stromym stokiem i drzewa nie zasłaniały widnokręgu. Pełnia, niewątpliwie pełnia – pomyślał. Noc będzie pogodna. Po co rozkładać namiot, to obelga dla trapera. A zbieranie wilczego gówna to też niezbyt górnolotny powód dla włóczęgi po górach. Plus tylko taki, że gówno najlepiej widać na śniegu. Zaśmiał się w duchu. Nagle poczuł dreszcz na plecach. Gdzieś niedaleko, od zachodniej strony, usłyszał skowyt. Wybrzmiał znajomo. Rzewnie i nostalgicznie.

***

Śnił mu się stary Junak dziadka. Słyszał flegmatyczne mruczando silnika. Ale na siodełku zamiast ojca ubranego w czarny skórzany płaszcz siedziała blondyna jak z rozkładówki „Playboya”. Motor gnał przez pustkowie. Nagle poczuł, że znajduje się na środku szosy. Właśnie, wpierw poczuł, a potem zobaczył. Naga blondyna dodała gazu. W miejscu reflektora zobaczył swoją głowę, z której wyrosła para niedźwiedzich uszu. Motor jechał wprost na niego. Obudził się.
W ognisku dostrzegł skupisko żaru. Dorzucił zwitek brzozowej kory i kilka świerkowych patyków. Chwilę później na drewnie pojawił się płomyk. Dziwny sen – pomyślał. Chyba cholernie chce mi się baby, a tu żadnej w zasięgu rozporka.
Nagle usłyszał trzask. Potem drugi i trzeci. Odgłosy dochodziły od zachodniej ściany lasu. Ogromny księżyc dobrze oświetlał pierwszy szereg drzew. Sięgnął po pistolet i włożył nabój ze strzykawką. Niedźwiedzie nie podchodzą do ognia. Tak samo wilki. Chyba, że to zwierzę chore na wściekliznę. Dorzucił chrustu i podsycił płomienie. Nie ruszał się z miejsca. Czekał.

***

Od linii lasu oderwał się ludzki kształt. Co jest, do cholery? Człowiek? O tej porze? Tutaj? Może leśniczy? Jeśli to kłusownik, może mieć spluwę? Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przy ogniu widać go jak na dłoni. Trudno, nie mam szans na ucieczkę.
– Proszę pana, czy mogę podejść? – usłyszał kobiecy głos i drgnął zaskoczony. A jeśli w lesie ktoś jeszcze jest? Obniżył dłoń uzbrojoną w pistolet i oparł ją na plecaku. Lufa nadal celowała w stronę postaci, która powolnym krokiem zbliżała się w jego stronę.
– Mogę podejść? – powtórzył lekko zachrypnięty głos.
– Zapraszam – zawołał niepewnie. – Co Pani tu robi o tak późnej godzinie? – Nie odpowiedziała. No właśnie, która jest godzina? – pomyślał. Spojrzał na zegarek. Było po dziesiątej. Ładny początek nocy. Chciałem baby, no to mam.
– Nic się Pani nie stało? – zapytał przejęty, a jego głos zabrzmiał wreszcie donośnie i pewnie. Wsunął pistolet pod klapę plecaka.
– Nie, zgubiłam się… To wilcze wycie mnie przestraszyło i zboczyłam ze ścieżki.
Stała przed nim niewysoka, młoda kobieta w skurzanym płaszczu i sztruksach, o długich ciemnych włosach, których koloru nie mógł dostrzec w świetle niewielkich płomieni.
– Proszę, niech pani siada. Dam pani coś do siedzenia i okrycia. – Sięgnął po pokrowiec od namiotu i gruby, wełniany koc Dzikiego. – Chce pani herbaty? Może jakieś ciepłe jedzonko?
– Tak, poproszę herbatę – odpowiedziała. Zauważył, że skórzany płaszcz obity jest futrem. Znał ten kolor sierści, nawet w blasku ognia.
– Przepraszam, ale ten kołnierz wygląda jak wilcze futro – zagaił z najbliższej beczki, jaka się napatoczyła.
– Nie, to ostatni hit targów outdoorowych. Niektóre firmy potrafią już dokładnie kopiować strukturę i barwę zwierzęcego włosia. To oczywiście syntetyk.
– Ciekawe – odpowiedział i dorzucił do ognia kilka bukowych badyli. – Ja właśnie zajmujĘ się wilkami. Ale skoro jesteśmy przy ogniu, może się przedstawię. Nazywam się Marek Łasiuk, a pani?
– Małgorzata Staniewska – dygnęła jakby przepraszająco.
– Jestem biologiem. Właśnie prowadzę badania miejscowej populacji wilków, a konkretnie zgłębiam tajniki wilczej kuchni. Powinna pani uważać. Miejscowi mnie straszą, że można trafić do ich żołądków. No właśnie, co pani tu robi?
– Zabłądziłam. Naprawdę. – Płomień podniósł się na tyle, że wreszcie mógł się jej przyjrzeć. – Mój facet jest fotografem. Były już facet, bo właśnie go rzuciłam. Dzisiaj po południu wyszliśmy na spacer i skończyło się awanturą. Gdzieś na zboczu Otrytu. Poszło o intymne sprawy, więc nie będę w to wnikać. Pobiegłam z powrotem, ścieżką nad doliną. Po drodze przewróciłam się i zgubiłam komórkę. Wóz zostawiliśmy nad Sanem. Chciałam zejść do auta, ale z tamtej strony usłyszałam wycie. Odniosłam wrażenie, że coś zaczęło się do mnie zbliżać. Zrobiło się ciemno i prawie dostałam zawału. Jacek nie schodził. Chyba nawet wpadłam w histerię. Pomyślałam, że wejdę na górę, a potem wdrapię się na drzewo. Skręciłam w jakąś ścieżkę, która wciąż się wznosiła. Biegłam, no i spotkałam tu pana. Na całe szczęście, nie wygląda pan na zbója.
Kiedy mówiła, Marek obserwował jej postać i popadał w coraz głębsze zdumienie. Najpierw zdziwiły go jej ciemnozielone włosy, potem równie zielone usta. A już najbardziej zdziwiły go oczy, w których pełgały szmaragdowe ogniki. Skąd ten kolor, naćpała się, a może to ja strułem się fasolą? – pomyślał głupio z braku bardziej rezolutnej koncepcji.
– Na szczęście, noc jest w miarę widna. Strasznie się wystraszyłam i zmarzłam. Wie pan, ten płaszcz jest bardzo efektowny, ale do super ciepłych nie należy. Martwię się o Jacka. Nawet nie wie pan, jak bardzo się cieszę, że nie jestem już sama. Nie ma pan czasem komórki?
– Nie. Uznałem, że przeszkadzałaby mi w pracy. Nastawiłem się na polowanie, oczywiście z aparatem i kamerą, a strzał wymaga ciszy. To poważny błąd, bo gdyby coś się stało… Wie pani? Zostawiłem ją na dole, w swojej bazie wypadowej, zbyt podekscytowany, że wyrwałem się z miasta.
– Szkoda, no bo pewnie za moment zacznie mnie szukać pół straży granicznej.
– Chyba że pani towarzysz nadal się gniewa, inaczej rzeczywiście zobaczymy krążący śmigłowiec.
– Racja. Tym bardziej się martwię. Może Jacek pomyślał, że zabrałam się stopem. Kiedyś wycięłam mu taki numer i przez tydzień nie włączałam komórki. Ale to się wydarzyło w miejscu, gdzie była autostrada, a tutaj nikt o tej porze nie jeździ. Jesteśmy w dziczy. Ja też wyłączyłam komórkę, żeby Jacek mnie nie namierzał. To było głupie.
­– Jutro pewnie wszystko się wyjaśni. Miejmy nadzieję, że pani partnerowi nic się nie stało.
Ma ładny, zgrabny nosek – pomyślał. I cudowny krój ust. Ale czemu brwi i rzęsy są zielone?
– Dorzucę do ognia. W menażce zaraz zagotuje się woda. A tymczasem mogę poczęstować panią krupnikiem.
– Ma pan jakiś termos z zupą?
– Nie, mówię o ziołowym napitku na modzie. Docieplam się w ten sposób w górach. Reflektuje pani?
– Chętnie, poproszę.
– Niech mi pani powie, bo ogień chyba mnie nie myli, skąd u pani taki kolor włosów, rzęs, brwi, ust? Taki leśny?
Mówiąc to nalał do kubka likier i podał go nieznajomej.
– Mój facet robi artystyczne zdjęcia. Chciał zieleń, brąz świerków i czerwień buczyny skonfrontować z moim ciałem. Dlatego tak mnie ucharakteryzował. Tylko jak zwykle się spóźniliśmy. Spadł pierwszy śnieg. Podczas sesji byłam trochę niesforna i zmarzłam. Jacek napalił się na rozbierane zdjęcia – przechyliła kubek do ust. – Uff, mocne. Boże, co ja panu opowiadam. Przecież ja pana kompletnie nie znam. Sorry.
– Nic nie szkodzi. Może to ogień, a może pełnia i wczesny śnieg tak działają na człowieka. Przed pani przyjściem miałem dość głupawy sen. Może to kwestia pogody i atmosfery.
Przechylił do ust butelkę. Odetchnął głęboko zimnym powietrzem, które doskonale wymieszało się z rozgrzewającym złocistym alkoholem. Driada z zielonymi włosami – pomyślał.
– No właśnie, czemu nie zaczniemy sobie mówić po imieniu. Góry wymagają od ludzi serdeczności. Dolać pani jeszcze?
– Bardzo proszę – odpowiedziała z przemiłym uśmiechem. Dostrzegł w nim zachęcający sygnał. – Ale muszę pana trochę bliżej poznać – dodała i zmrużyła oczy. – Dobrze, przejdziemy na „ty”, ale jak mi pan opowie swój sen.
– O rany, tylko nie to – a w myślach dodał: Świetnie. Ona też ma ochotę na mały flirt. I głośno powiedział – Lepiej nie.
– Czy był aż tak niegrzeczny? – zapytała z szelmowskim uśmiechem.
– Nie. Mówiłem, że głupawy. A raczej absurdalny, surrealny, zupełnie jak z obrazów Ernsta lub Dalego.
– Zna się pan na sztuce? Ja skończyłam filologię skandynawską, a teraz właśnie robię drugi fakultet, historię sztuki, że się pochwalę. Miał mi pan opowiedzieć sen, a ja tu się odkrywam bez wstępnych warunków. No więc…
Rozpięła płaszcz. Widocznie ogień rozgrzał jej ciało. Marek zobaczył zieloną bluzeczkę z grubej włóczki tkaną w duże oczka. Nie, to chyba jednak sen – pomyślał. Nie nosi stanika? Dziewczyna chwyciła poły płaszcza i zasłoniła dekolt.
– Dobrze, opowiem mój sen – rozpoczął, przełykając ślinę i natychmiast palnął głupotę – ale będę nieznośny. Drugi fakultet, czyli ma pani ze dwadzieścia pięć lat?
– Kobiet nie pyta się o wiek ani się go nie wypomina. Popełnił pan nietakt, ale wybaczam. W końcu jesteśmy w dziczy. No więc sen, natychmiast – pogroziła mu palcem i poła jej płaszcza na chwilę odsłoniła kształt, który zaczął go dręczyć.
Poczuł się jeszcze bardziej idiotycznie, jednak rozkazodawczy ton jej głosu wyraźnie go rozbawił. Poza tym poły płaszcza całkiem szeroko się rozchyliły. Patrzył ponad ogniem i wydawało mu się, że dostrzega jasny naskórek prawej piersi, której krągłość uwypukliło pulsujące światło rzucane przez płomienie. Był prawie pewien, że widzi w oczku tkaniny sterczący, ciemny sutek.
– Śniło mi się – zaczął powoli – że na Junaku, motorze mojego dziadka, jedzie dziewczyna z rozkładówki „Playboya”, oczywiście kompletnie naga. I niech sobie pani wyobrazi, że stoję na szosie, ta dziewczyna jedzie na mnie, a zamiast reflektora widzę swoją głowę, z której wyrastają niedźwiedzie uszy…
Roześmiała się i odchyliła głowę do tyłu. Jej śmiech brzmiał ostro i wzbudzał niepokój. Ale Marek jakby go nie słyszał. Wpatrywał się intensywnie w poły płaszcza.
– Ależ piękny i freudowski sen. Jest pan w nim nieporadny jak niedźwiadek – stwierdziła złośliwie i wystarczająco przymilnie, żeby uszczypliwość przestała być istotna. – Mam dwadzieścia siedem lat. Bardzo przyjemny wiek, nieprawdaż?
– Owszem, pocieszam się, że jestem niewiele starszy – odpowiedział. – Za rok dobiję do wieku Chrystusowego.
– Będziesz, Marku, jak sądzę, jeszcze bardziej przystojny – uśmiechnęła się uroczo i dodała – To taka puszczańska kokieteria, gdy ładnie udajemy, że patrzymy w ogień. Możesz mi dolać krupniku? I poproszę jeszcze o coś ciepłego do jedzenia.
W półmroku chyba się zarumienił.
– Proszę bardzo, Małgorzato. Woda już się zagotowała. Może, zamiast herbaty, najpierw puszka fasolowej? Reflektujesz?
– Chętnie. Miło jest mówić po imieniu. Pozwolisz, że zjem, a potem, jeśli masz jakieś okrycie, to jednak się położę i może prześpię. Ten marsz mnie wyczerpał, tu są bardzo strome podejścia.
Marek wygarnął sporo gorących węgli, postawił na nich menażkę i wlał do niej zupę, klekocząc łyżką o dno puszki. Dziewczyna patrzyła w ogień. On też wpatrywał się w płomienie. Nie przychodziło mu do głowy żadne pytanie. Kiedy zupa się podgrzała, wstał i podał jej menażkę. Wytarł w śniegu łyżkę i wręczył uroczyście.
– Smaczne – powiedziała, gdy siedział już na swoim miejscu i obserwował, jak próbuje potrawy. – A ty, Marku, jesteś samotnikiem? Na takiego przystojniaka pewnie czeka jakaś kobieta?
– To pytanie mnie trochę onieśmiela – odpowiedział. – Nie. Jestem teraz sam. Raczej nikt na mnie nie czeka. Chyba tylko szef instytutu i paru przyjaciół po fachu. Rok temu ktoś na mnie czekał.
– Rozumiem. Nie chcesz o tym rozmawiać. Dobra ta zupa, ależ zgłodniałam. Mam wilczy apetyt – oblizała usta i roześmiała się.
– A jakie są inne informacje o tobie, jeśli możemy pogadać? Przepraszam, że pytam jak mierny detektyw albo poseł z sejmowej komisji. Pewnie masz żelazną cierpliwość, ale jutro pogodzisz się ze swoim facetem?
– Chyba już nie. Pożywna ta zupa i szybko syci. Wybacz – sprawnie zmieniła temat i uśmiechnęła się. – Postawię tę miseczkę przy ogniu. A co z herbatą?
– O kurczę, zapomniałem.
– Już nie trzeba. Popiję krupnikiem. Umyć menażkę?
– O nie. To ja cię tutaj goszczę – powiedział. – Dam ci swój śpiwór i karimatę, postawię dla ciebie namiot. A ja ułożę się przy ogniu, pod kocem na posłaniu z gałązek.
– Nie musisz stawiać namiotu – zachichotała – nie jestem mięczakiem, też chciałabym spać przy ogniu. Była kiedyś ze mnie niezła harcerka. Dam sobie radę.
Marek wręczył jej karimatę i zdał sobie sprawę, że mimowolnie zafundował dziewczynie głupawą przenośnię z uczniowskiej gwary. Własne słowa robią mnie w chuja – przyznał w myślach. Małgorzata rozwinęła karimatę i położyła na niej puchowy śpiwór.
– Całkiem niezły sprzęt. Wyprawowy? – zapytała.
– Tak. Zaraz, zaraz, ale to ty miałaś coś więcej powiedzieć o sobie. Namiot najlepiej położyć pod głowę – powiedział z żartobliwą pretensją. Albo go otworzyć i wsadzić gdzie indziej – usłyszał w swojej głowie.
– Możesz się odwrócić? Zdejmę płaszcz. Pod spodem mam ciuch na sesję fotograficzną. Chyba zauważyłeś, że nie nadają się do lasu?
– Nie zauważyłem – skłamał z uśmiechem. – Płaszcz połóż na śpiworze. Będzie cieplej.
– Nie trzeba – odparła – dam ci go. Przecież masz tylko koc.
– Nie odmówię – powiedział i wziął od niej płaszcz. Poczuł zapach. Woń kobiecego ciała, ziół, perfum i zwierzęcej sierści. – Już się odwracam.
Kiedy usiadł przodem do ognia, zobaczył, że po samą szyję skryła się w śpiworze. Zielone włosy otaczały jej twarz jak welon z wodnych traw.
– Dobranoc – szepnęła – dziękuję za wszystko, Marku. Do jutra.
– Do jutra. Dobrych snów. Nie tak głupich jak moje – powiedział cicho.
– Gdybym to ja była na tym motorze, zabrałabym cię ze sobą, reflektor by mi nie wystarczył – powiedziała żartobliwym i ciepłym tonem. Bardzo ciepłym.
– Czy to propozycja? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Nie. To dialog na rozgrzewkę, chociaż na razie jest mi wystarczająco ciepło. Dobranoc.
Dorzucił do ognia kilka grubszych polan buczyny. Położył się na swoim legowisku i okrył kocem. Naciągnął na siebie płaszcz Małgorzaty. Dziewczyna szybko zasnęła. Patrzył na jej nabrzmiałe od snu usta. Na dobranoc wymówiły do niego słowa, które znaczą tyle, co „pocałuj mnie w nos”. Też lubił się drażnić. Zamknął oczy.

***

Zimno. Żadnych wizji. Mroźna otchłań. Obudził się szczękając zębami. Spojrzał na zegarek. W pół do drugiej. Jeszcze parę godzin do świtu. W ognisku tliło się kilka węgielków. Rzucił na nie ostatni zwitek kory i parę gałązek jałowca. Sięgnął po krupnik i pociągnął spory łyk. Likier płynął przez niego falami zimna i gorąca. W dupę, przecież alkohol wyziębia, nastawię herbatę – pomyślał. Dmuchnął w ogień. Płomień pojawił się i rósł gwałtownie, pożerając suche igły. Dorzucił naręcze suchych patyków. Trzask ognia zbudził Małgorzatę. Usiadła w śpiworze i przetarła oczy. Włosy w nieładzie opadały na ramiona.
– Ojej, która godzina? Gdzie ja jestem? No tak. Marek, tak? Coś się stało?
– Nie, tylko chollleeernie mi zimno – odpowiedział, szczękając zębami.
– To moja wina. Mi też nie jest za ciepło.
– Trzeba chyyyba rozbić namiot i zaparzyć herbatę, bo teee zimne powiewy ooobiorą nas do kooości…
– Dobra, chodź. No chodź – szepnęła. – Razem będzie nam cieplej. Tylko płaszcz trzeba ułożyć koło karimaty, bo się na niej nie zmieścimy.
Marek oniemiał. A jednak marzenia się spełniają – pomyślał. No proszę, co się może zdarzyć w środku dziczy, i to w listopadzie – myśl wiodła jego wyobraźnię w stronę romantycznego kiczowatego wyuzdania.
– Jesteś peeewna? Ja oczywiście nie ooodmówię, chooociaż sssytuacja mnie strasznie krępuje. Może jednak pozzzooostaniemy na swoich miejscach?
– Daj spokój, to najbardziej niezwykłe spotkanie w moim życiu. Nie jestem bez serca i nie będę patrzeć na szczękającego zębami faceta, który mnie tak miło ugościł. Masz jeszcze trochę tego krupniku?
– Jasne.
Położyli się obok siebie, lekko zażenowani, przezornie poświęcając twarze niebu. Udając nieśmiałość przewidzianą w scenariuszu. Gwiazdy świeciły intensywnie a mróz pomagał im rozbłyskiwać. Jest jak na wędrownym… Kurwa, nie umyłem zębów. Przecież nie będziemy tak leżeć – pomyślał podekscytowany i trochę zmartwiony. Zimne dreszcze przestały go dręczyć. Krew krążyła szybciej, rozgrzewając ciało. Małgorzata przytuliła się i poczuł jej oddech na swojej szyi. Był nierówny, trochę płytki. Nagle zdał sobie sprawę, że jest podniecona. Jej dłoń zsunęła się z jego klatki piersiowej, przepłynęła po brzuchu falą ciepła i rozpięła guzik od spodni. Objął jej głowę, skubnął ustami rozchylone wargi i powoli wsunął język, jakby uroczyście wkraczał do tego ofiarowanego przez las ciała. Język Małgorzaty drgnął, poddał się pieszczocie i ochoczo przywitał. Roznosił w jego ustach żelazisty i słodkawy posmak. Całowali się długo i starannie, jakby opowiadali sobie tę samą opowieść. Nie spiesząc się, zrzucali z siebie ubranie. Gdy ona odpinała stanik, on delikatnie ściągnął jej sztruksy, a potem czarne majteczki obramowane koronką, radośnie zaskoczony, że ciemny meszek na podbrzuszu nie był nadmiernie depilowany. Lubił zanurzać nos w takim mięciutkim puchu. Ale odwlekał przyjemność. Wstał półnagi, w rozpiętych spodniach, wrzucił w ogień kolejne naręcze chrustu i kilka grubych bierwion.
– Tyle drewna wystarczy. Będzie cieplutko. Nie patrz teraz – poprosił przekornie. Małgorzata przykryła się śpiworem.
– Daj spokój, uwielbiam nagich facetów dygoczących w świetle płomieni – zażartowała. – Mogę złożyć hołd twojej męskości – dodała zalotnie, odrzuciła połę śpiwora i uklękła przed nim, a jej jędrne piersi zadrżały w blasku ognia jak na trochę lepiej zmontowanym soft pornosie.
– Proszę, połóż się – zamruczał nieśmiało, zaskoczony, bo przecież uwielbiał, gdy kobiety smakowały go, szczypiąc zachęcająco po napiętych pośladkach. – Musimy się mocno przytulić, przecież zaraz tu zamarzniemy. Nie patrz.
– Okej – wyszeptała i wróciła niechętnie do śpiwora. Wsparta na łokciu, zamknęła oczy a jej uda nieznacznie rozszerzyły się w geście zaproszenia, zanim niedbale zakryła swoje wdzięki i pociągnęła zamek ekspresu do samych kolan.
Jest zajebista – krzyknął w myślach. Szybko zrzucił spodnie, majtki, skarpetki i wślizgnął się w pozostawianą dla niego szczelinę.
– Trochę tu ciasno – powiedział, udając zaskoczenie.
– Chyba o tym marzyłeś? Wstydzisz się jak mały chłopiec – wyszeptała i pocałowała go w szyję, pieszczotliwie przygryzając skórę. Nie spieszyli się. Wysoki ogień roznosił wokół ciepło. Marek odsunął śpiwór i w pełgającym świetle zobaczył, że sutki Małgorzaty zielenieją dotykane przez światło płomieni. Kiedy je ssał i pieścił, upajał się ich zapachem, miał nadzieję, że zliże farbę. Ale żadna sztuczna nuta nie psuła mu smaku, który od ust przez kark i kręgosłup roznosił dreszczyk nienasycenia przeistaczający się w serię spazmów, drżenie mięśni i szybki puls. W jego lędźwiach kłębiła się i niemal iskrzyła moc, gotowa do uderzenia w ciepło i wilgoć przychylnego ciała. Kiedy wszedł w nią, poczuł paznokcie wbijające się w skórę pleców, jego najbardziej erogenne miejsce, i nakaz ud, który przytrzymał go w mocnym objęciu. Był pewien, że za chwile wetrze się w nią jak świder ogniowy, całym swoim głodem stężonym w fiucie, całym swoim przyćmionym z rozkoszy umysłem. I duszą, bo w tym stanie nawet duszę udało się przywołać. Jakkolwiek to nazwać, przenikał w jej wnętrze gotowy eksplodować albo rozniecić się od stóp po czubek głowy. Drażnił językiem i ssał zagłębienia między szyją a obojczykami, przygryzał płatki uszu, gładził dłońmi piersi i delikatnie zaciskał opuszki palców na sutkach, wracał do ust i spijał je, mieszając swą ślinę tak, by jak najdłużej odwlec moment, kiedy zmiesza spermę z sokiem jej łona. Małgorzata jęczała, obejmując dłońmi głowę Marka, łakomie potwierdzając uściskiem ud jego zachłanne pchnięcia. Głośno westchnęła i wyszeptała:
– Chcę na górze.
Delikatnie cofnął biodra i położył się na plecach. Usiadła na jego lędźwiach. Zręcznie wchłonęła w siebie śliskie prącie, wzbudzając falę dreszczy w podbrzuszu Marka. Okryła plecy śpiworem i powoli, ale mocno, kołysała i uderzała biodrami, a lepka wilgoć sączyła się z niej i cudownie drażniła jądra. Odpowiadał jej biodrom i podtrzymywał ją w talii, zafascynowany falowaniem piersi w migotliwym świetle. Jakby szybki oddech płomieni i cienia wydobywał je z mroku, rzeźbił, zaokrąglał i polerował. Gardło Małgorzaty skomlało coraz głośniej, aż wydobyło z siebie dziwny charkot. Kiedy objął jej piersi, czując we wnętrzach dłoni twarde, złaknione sutki, przyspieszyła. Nagle włosy zjeżyły mu się na głowie, a zimne smagnięcie przemknęło wzdłuż kręgosłupa i niemalże zmroziło stopy. Ciało Małgorzaty zaczęło się rozmazywać. Twarz wydłużyła się w pysk, a ramiona cofnęły, zdeformowały i porosły sierścią. Trysnął nasieniem i zasłonił twarz. Zawył, gdy kły przebiły mu nadgarstek. To był skowyt bólu i ekstazy.
Zeskoczyła z jego lędźwi. Kto? Ona. Wilk? …Ołak? Zakrył twarz śpiworem. Leżał sztywny, bezradny jak odłupany konar i nie mógł otworzyć oczu. Drżał nagi i gotowy do rozszarpania. Odeszła. Rozpłakał się. Czuł przerażenie, żal, wściekłość, i przepełniającą wszystkie te uczucia, niepojętą rozkosz.

***

Okrył się i leżał jak przybity do ziemi, dopóki świt nie wyemitował z siebie pobliskich drzew i linii horyzontu. Rękę, którą zacisnął na nadgarstku, żeby zatrzymać krwawienie, miał całą w zakrzepłej krwi. Gdy wstało słońce, zwlókł się obolały, wyciągnął podręczną apteczkę i opatrzył ranę. Resztkami sił zwinął obozowisko i zasikał żar. Dopiero teraz poczuł się raźniej. Ubrania Małgorzaty zniknęły. Przez moment wydawało mu się, że spał i po prostu nawiedził go koszmar. Że ogarnięty przerażającą wizją przypadkiem zranił się w rękę, uderzając o jakiś badyl z wystającymi sękami. Ale później odnalazł wilczy trop, który zaczął biec tam, gdzie na śniegu skończyły się ślady niewielkich stóp. Odciski łap były olbrzymie. Nie miał ochoty na jedzenie. Poranny ziąb był mu całkowicie obojętny. Spakował plecak i włożył za pasek pistolet. Czuł ciepło w nadgarstku i usiłował dać sobie radę z gonitwą myśli. Może za ciasno założyłem opatrunek? Prawie przegryzła mi żyły. Muszę zejść jak najszybciej w dolinę, i pędem do Dzikiego. Ktoś musi mi uwierzyć. Kurwa, Dziki i jego legendy. Absurd, po prostu absurd. Jestem naukowcem, jasne? Pierdolę legendy. Robię tu za biologa, a nie etnografa. Co to jest? Obserwacja uczestnicząca? Mam to opisać w raporcie? Może się najebałem? Zamiast ziół w tym krupniku był chyba jakiś halucynogen? Trzeba było zająć się wydrami. Ja pierdolę, jakie ona ma ciało! Kiedy byłem w niej… Nawet teraz mi stoi. Zajebisty seks. I niech tak zostanie. Powinienem wziąć coś na uspokojenie, bo świruję. W dół, w dolinę. W dół. Wadera? Spsiała? Łasi się do ludzi? Mogła mi wypruć flaki, sucza picz.

***

Kiedy dotarł do Sanu, usiadł na olbrzymim głazie i roześmiał się histerycznie. Umył twarz w rzece. Do chałupy Dzikiego zostały trzy kilometry. Szedł szybko i w myślach kreślił dokładny portret Małgorzaty. Przypomniał sobie wszystkie jej gesty, które mogłyby wydawać się dziwne i nieludzkie. Właśnie – nieludzkie. A jednak w tym drapieżnym i namiętnym wspominaniu coraz bardziej rysował się obraz pięknej dziewczyny.

***

– Hej, Dziki, wróciłem! – krzyknął w otwarte drzwi chałupy, ale nie usłyszał odpowiedzi. W żadnym z pomieszczeń nie było starego. Wyszedł na zewnątrz i podreptał do stodoły, w której Dziki trzymał swoje srokacze. U powały, na belce, siedział orlik. Konie zniknęły. Na rozwieszonym sznurku wisiała zielona bluzeczka dziergana w duże oczka i brązowe sztruksy. Nagle usłyszał pisk i szczenięce skomlenie. Zajrzał za stertę zbitej w bele słomy, tam, skąd dobiegały odgłosy. W drewnianym żłobie wymoszczonym sianem leżało szczenię z ludzkimi nogami. Z nóżkami niemowlaka. Uniosło pysk i spojrzało na Marka. Zobaczył jego bladoniebieskie oczy.
Poczuł, że kurczy się w sobie. Zapada. Że to, czego nie rozumiał, wreszcie staje się jasne. Odwrócił się i wybiegł na zewnątrz. Na podwórzu stał ogromny wilk. Marek spojrzał w ślepia zwierzęcia i położył dłoń na pistolecie. Był pewien, że ma przed sobą waderę.
Zza chałupy wyszedł Dziki, prowadząc na postronkach spienione srokacze.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytał Marek, cedząc słowa z wściekłością.
– Przecież nie uwierzyłbyś – odparł tamten spokojnie.
– A co teraz mi powiesz? – zapytał ponownie, a wściekłość w jego głosie nieco zelżała. – Że nazywa się Małgorzata? Skończyła filologię, a teraz studiuje historię sztuki. Że jest kobietą o rzadkim kolorze ust, oczu i włosów, lubi być fotografowana na golasa, a poza tym wspaniale się pieprzy. Co jeszcze? Że podczas pełni, jak wiedźma, zmienia się w waderę. Że z pomocą magii ocaliła ci potencję, twój kutas odzyskał zdolność do erupcji i spłodziłeś z nią to coś, co leży w żłobie? A może mi powiesz, że od trzech dni nie wychodzę z twojej chałupy, tylko jem gulasz doprawiony łysiczkami i popijam kompotem z bielunia? Kurwa, co tu jest grane?
– Marek, ona żyje tu od setek tysięcy lat. Jest nawet starsza niż pierwsze osady w tych górach. Jej wiedza o naturze przekracza nasze pojmowanie. To prawda, podczas pełni zmienia się na trzy doby w wilka, to samo dzieje się z naszym dzieckiem. Ale Małgorzata przechowuje w sobie dobro, którego ludzie nie potrafią z siebie wykrzesać. Ona nie mogłaby cię zabić. Wiem o tym, odkąd ją chronię. Nauczyłem ją pisać i czytać, załatwiłem lewe papiery, posłałem do szkół i na studia. Ale Małgorzata chodzi własnymi ścieżkami. Byłeś przez moment jedną z nich.
– A co powiesz matce tej zaginionej dziewczynki? Wynoszę się stąd. Gdzie jest mój sprzęt?
– W przedsionku. Tamta mała spadła ze skarpy i skręciła kark. Jej ciało rozwłóczył niedźwiedź, szczątki rozniosły lisy, resztę zakopałem, bo gdyby ją znaleziono, matka rozpoznałaby jedynie odgryzioną stopę z blizną po oparzeniu. Proszę cię, nie myśl o tym. Wyjedź stąd i zapomnij. Proszę.
Marek nie odpowiedział. Zobaczył, że wilczyca podchodzi do niego i opiera łeb o jego kolano. Przyklęknął. Wokół źrenic tańczyły zielone płomyki.

***

Kiedy dotarł do szosy, słońce przesączało się przez chmury i dusiło w zenicie. Usłyszał wilczy skowyt. Ładne pożegnanie – pomyślał i uśmiechnął się. Autobus nie przyjeżdżał, co się tu często zdarzało. Na szczęście złapał stopa. Star wypluwał z siebie kłęby czarnego dymu. Kierowca wiózł w kabinie starszego mężczyznę, ale dla Marka znalazło się miejsce. Sprzęt wylądował na kipie. Rozmawiali o pogodzie, zimowym wyrębie i niedźwiedziu z Otrytu. O watasze wilków, która zagościła w lasach nad Wolą Michową. Właśnie ten rewir Marek zamierzał teraz badać. Staruszek nic nie mówił.
– A, tot mój tatko – kierowca przedstawił współpasażera – wiozę go do Komańczy, do prywatnego lekarza, po recepty. Dawno temu tatko zapadł na umyśle. Jakieś dwadzieścia roków nazad, kiedy wilk chycił mu rękę.
– Wilk, czy wilczyca? – zapytał cicho Marek
– Rusałka – krzyknął staruszek i zachichotał.

Przemysław Owczarek

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!