Strażnicy prawdy

Stali w bramie budynku gospodarczego, szykując się do siewu. Wiatr właśnie przegonił chmury, pozwalając słońcu rozpalić domową farmę paneli. Wtedy Bartek Strauss zdradził żonie sekret.
– Wiesz, chyba już cię nie kocham – powiedział.
Przenosili wór pszenicy na grzbiet Asystenta. Gdy ładunek opadł, resory pojazdu skurczyły się. Pani Strauss strzepnęła kurz z dłoni.
– Od kiedy to wiesz? – spytała Nikola Strauss.
– Raczej od niedawna – odpowiedział Bartek.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem wzrok Nikoli spadł na nadgarstek męża, do którego przymocowany był SmartBand. Jego ekran pozostawał zaciemniony.
– Podepnij się pod drugiego Asystenta, weź kosze i chodź – powiedziała Nikola.

Nie czekając na męża, ruszyła przez podwórko w stronę drewnianego domu o kamiennej podstawie. Bartek wszedł do budynku gospodarczego. Budynek składał się z trzech pomieszczeń: magazynu, garażu i stolarni. To ostatnie było jego królestwem. Zatrzymał się w nim na chwilę. Minął stół szlifierski i stanął przed ekranem wiszącym na ścianie, który zaraz się przebudził. Pojawiła się na nim twarz dziewczyny o oczach jak szklane kule. Bartek przyłożył palce najpierw do swoich ust, a potem do jej.
– Powiedz Asystentowi w domu, żeby mnie spakował – powiedział, a dziewczyna uśmiechnęła się i posłała mu całusa. Ekran zgasł.

Pojazdy pracujące przy gospodarstwie stacjonowały w części garażowej, gdzie miały swoje Gniazda do systemu Off-Grid. Pan Strauss zeskanował kod pozostałego Asystenta – najmniejszego z robotów, który służył do przewożenia rzeczy – a ten ożył i ruszył za panem.

Nikola opierała się o kolumnę podtrzymującą daszek nad tarasem. Z tego miejsca widać było karby pól i farmę wiatraków. Dom stał na wzniesieniu.
– Spójrz na te kombajny – patrzyła w dal z rękoma na piersiach.
Bartek podążył za jej wzrokiem.
Na jednym z pól dwa kombajny jeździły tak, jakby ich systemy były pijane: bez żadnego porządku, we wszystkie strony, chaotycznie skręcając i zawracając. Każdy jednak po swojej stronie pola.
– Autonomiczne piloty musiały zwariować – powiedział Bartek. – Trzeba byłoby powiadomić właściciela.
– A znasz tu kogoś?
– No nie, ale jak nic nie zrobimy, to mogą zniszczyć pola.
– Powiadomiłam służby gminne – powiedziała Nikola. – Chodźmy.

Ogród warzywny i poletka pszenicy były w dole za domem. Prowadziła do nich kręta ścieżka na skarpie. Potem trzeba było minąć mały sad i przejść przez naturalną bramę z drzew. Za nią było królestwo Nikoli.
– To po czym wnioskujesz, że przestałeś? – spytała Nikola.
Szli w dół po skarpie. Za nimi jechali dwaj Asystenci.
– Wiele się złożyło.
– Coś konkretnego?
– Przede wszystkim już tego nie czuję.
Nikola ukradkiem zerknęła na nadgarstek męża. Tym razem nie był to skurcz przyzwyczajenia.
– Wszystko zaczęło się od tej drugiej, nazwijmy to, wpadki.
– Chyba raczej podłego kłamstwa. – dodała Nikola, wyprzedzając o krok męża. Widział teraz jej długie włosy spięte frotką u samego dołu, tak że przypominały październikowy liść kasztanowca. Niektóre włókna, gdyby się przyjrzeć, były już siwe, ale teraz zlewały się w jedną teksturę połyskującą od słońca.
– No właśnie. I twojej reakcji na nią – odparł Bartek. – Doszedłem do wniosku, że nie miałaś prawa się tak zachować i tak do mnie mówić. To była moja prywatna przestrzeń.
– To nie była twoja prywatna przestrzeń.
– Była – odparł, a brzmiało to jak wbicie gwoździa. – Ale mam mówić, co czuję, więc zostaw to.

Jego głos się wygładzał. Samogłoski rezonowały dłużej i dźwięczały jak dobrze nastrojony instrument w rękach profesjonalisty. Pierś mu puchła. Rósł.
Nikola milczała, idąc wciąż o krok przed mężem.
– Potem był twój pomysł ze Strażnikiem Prawdy.
– Rozumiem, że też nie miałam prawa ci tego proponować?
– To nie była propozycja. Ale tak, nie miałaś.
– Nawet po tym jak dawno temu, gdy uzgadnialiśmy warunki naszego małżeństwa, wyraźnie podkreśliliśmy, że będziemy ze sobą tak długo, jak będziemy szczerzy? Co, przypomnę tylko, zostało zdefiniowane w trzydziestu trzech punktach – jej głos z kolei nie różnił się niczym od tego, którym przemawiała podczas debat z członkami Obrońców Zagrody. Uprzejmy, choć zabarwiony nutą ironii.
– Mieszasz szczerość z zaufaniem.

Mijali sad jabłoni. Trzy rzędy drzew odchodziły prostopadle od prawej strony ścieżki. Pracujący tam robot zbierał owoce przy pomocy dwóch wyciągników, które wyrastały z niego jak nieproporcjonalnie długie łapska. Jedno trzymało kosz, a drugie było zakończone nożycami. Przypominał mechaniczne barki poruszające się na gąsienicowej platformie.
– Zastanowiłam się nad tym, co powiedziałeś i uznałam, że w tym przypadku nie masz racji – powiedziała Nikola.
– Nie jestem zaskoczony.
– To było obrzydliwe i zagrażało naszemu związkowi. Musiałam zareagować stanowczo.
– To było niewinne, a ty po prostu nie brałaś w tym udziału i w tym cały problem – odparł Bartek.
– Czyli od początku się nie rozumieliśmy, a ty kłamałeś bardziej, niż mi się wydawało. Szkoda, że dopiero teraz zdobyłeś się na szczerość.
Ścieżka odbijała w lewo i przez liściasty gaj prowadziła do części rolnej.
– Może tak, może nie.
Zrównali się.
– Rozwiniesz?
Nikola nadal patrzyła przed siebie. Palce lewej ręki wsunęła za kieszeń spodni. Na jej wysokim czole tańczyły plamki prześwitującego słońca.
– To wszystko otworzyło mi oczy na parę spraw – odpowiedział Bartek. Te same plamki przemykały po jego szczeciniastych włosach. On też patrzył przed siebie.
– Stałeś się bardzo ostrożny w słowach. To irytujące.
– Kolejny zły wpływ Strażnika.
– Pełna zgoda. A więc?
Wyszli na słońce.
– To wszystko był od początku twój pomysł. Zawsze był twój pomysł.

Znaleźli się w ogrodzie rolnym. Po lewej były szklarnie, a po prawej poletka. Jedno z nich czekało na zasiew. Ze szklarni wyjechał robot. Na grzbiecie miał skrzynkę. Na dalszym poletku inny robot wykopywał ziemniaki: wielką paszczą jak łopatą nabierał grudy ziemi, podnosił i wrzucał do kotła na grzbiecie. Stamtąd oczyszczone ziemniaki trafiały do bocznego kosza, a ziemia wypadała przez otwór z tyłu.
– Aha. Czyli po pięciu latach szczęśliwego małżeństwa zrozumiałeś, że cały czas się dusiłeś, a to wszystko nie tak miało wyglądać. Ciekawe, Bartek. Przyznaję, że teraz mnie zaskoczyłeś. – Spojrzała na niego i pokiwała głową. Jej oczy przybrały intensywnie zieloną barwę, a twarz posągowe oblicze.

Bartek uśmiechnął się nieznacznie. Miał grubą szyję umocowaną na spadzistych postronkach karku. Jego głowa wydawała się wyrastać prosto z tej szyi: szeroka, kanciasta, z odstającym prawym uchem i ustami, które upodabniały go do naburmuszonej żaby. Tak o nim mówiła Nikola, gdy chciała mu dokuczyć.
– Cóż, na pewno nie wszystko miało wyglądać tak jak wygląda. Nie muszę ci tego przypominać – odparł Bartek.
Milczenie.
– To było poniżej pasa.
– Prawda to prawda.
Milczenie.
– Przerwijmy tę rozmowę i zróbmy, co mamy zrobić – powiedziała Nikola.

Szła wyprostowana z koszem pod pachą. Nawet w kaloszach, stąpając po rozdrobnionej ziemi, zachowywała grację. Bartek rozrzucał ziarno pszenicy w niewielkim oddaleniu.
– Tak przy okazji, czemu to robimy? – spytał.
– Bo możemy. Poza tym siejemy życie, Bartek, chociaż tyle odpowiedzialności zatrzymajmy dla siebie.
Byli już w połowie poletka.
– Ją też byś oddawał robotom? – spytała Nikola.
Nie odpowiada.
– Słyszałeś, co mówiłam? – powtórzyła głośniej.
– Tak.
– Oddawałbyś?
– Nie wiem.
Znowu cisza.

Poletko było już zasiane. Odwrócona do męża plecami Nikola kucnęła przy robocie, który wyglądał jak miniatura pojazdu kosmicznego z bronami. Chciała go skalibrować, ale wtedy jej posągowa twarz pękła. Dopiero po dłuższej chwili puściła robota do pracy. Wstała i wilgotnymi oczami patrzyła jak równomiernie przekopuje pas ziemi. Bartek siedział na grzbiecie Asystenta i również się przyglądał.
– Wyjeżdżasz dzisiaj? – powiedziała w końcu Nikola.
– Tak.
Robot wykonał już połowę pracy.
– Kiedyś by cię to brzydziło.
– Może, ale kiedyś czułem się wolny. – Skóra wokół szarych oczu Bartka marszczyła się od słońca. – A teraz jestem jak szczurek w szklanej wieży: noszę podkoszulkę, która stale bada mój poziom stresu, soczewki, które śledzą mój wzrok i winę, która przy odrobinie wyrozumiałości byłaby o połowę lżejsza.
– Tej winy już chyba nie nosisz.
Milczy.
– Nie.
– A koszulka i soczewki to efekt, nie przyczyna. Poza tym, ja też je założyłam.
– Ale na tobie nie ciążył ten wzrok – odparł Bartek.
– Jaki wzrok?
– Dobrze wiesz jaki.
Cienie wydłużyły się. Odgłos napędów gąsienicowych współgrał z ciszą wrześniowego popołudnia.
– Nie dziw mi się. Okłamałeś mnie – odpowiedziała Nikola.
– Wydawało mi się, że to jedyny sposób na ochronę mojej prywatności.
– Pomyślałeś, jak ja się mogłam czuć?
– Nie zdradziłem cię.
– Technicznie nie.
– I wciąż uważam, że to moja sprawa, co instaluję.
– A ja nie.
– Wiem.
Robot z bronami zawracał. Przed nim został ostatni pas ziemi.
– Szkoda, że zapomniałeś o innym punkcie naszej umowy małżeńskiej.
– Którym?
– Że będziemy rozmawiać.
Milczy.
– Przeprowadziłem się tu z myślą, że będę wolny. Taki był cel, prawda? Ja miałem robić swoje stoły, a ty pisać książki na cześć Reformacji Rolniczej – zawiesił głos i zerknął na SmartBanda. – Poczułem, że mi to odebrałaś, że właściwie to nie o moją wolność chodziło.
Nikola znowu kucnęła i pogłaskała dłonią źdźbła trawy.
– Przeprowadziliśmy się tu, żeby uciec od kłamstwa, jakim jest miasto.
– No nie do końca. Przeprowadziliśmy się, bo zanieczyszczenia zagrażały…
– Tak, wiem – ucięła nagle Nikola i wyrwała garść trawy.

Słońce kładło się pomarańczowym filtrem na szklarniach. Z jednej z nich wyjechał robot i odjechał ścieżką w kierunku domu. Pojazdy na poletkach kończyły pracę.
– Wracajmy – powiedziała Nikola.
Wstała i odwróciła się. Jej twarz była teraz gładka jak rozwinięta folia aluminiowa z jednym tylko wgnieceniem: tuż nad nosem. Bartek wciąż siedział. Spojrzeli sobie w oczy. Ciepła szarość spotkała się z intensywną zielenią.
– Chodź, już nie ma co.
Nikola podała rękę Bartkowi, a ten wstał. Ruszyli.

Bartek szedł pierwszy. Gdy byli już na szczycie skarpy, obejrzeli się na dalekie pola. Kombajny stały teraz nieruchomo, każdy po swojej stronie. Chwilę popatrzyli, po czym poszli dalej, oddychając trochę głośniej.
– Mogę mieć ostatnie pytanie? – spytała Nikola.
– Pewnie.
– Jesteś pewien, że to nie przez zwykłą chuć?
Powiedziała to takim tonem, że oboje się zaśmiali.
– Tak, jestem pewien, Niki.
– I nigdy nie przyszło ci do głowy, żeby się z tym czymś pieprzyć?
– Nie – odpowiedział, a sekundę potem ekran jego SmartBanda wybudził się i urządzenie wydało dwa krótkie dźwięki.
– Mam cię!

Krzysztof Gałaj

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!