Prozy

Kot, który nie chciał zostać Szarikiem

1.

Byliśmy żołnierzami. Biliśmy Niemców. Byliśmy dwoma pancernymi w okopach, które były kocem, rozciągniętym pod dwoma krzesłami, zaraz obok sanek, które były czołgiem. Trzymaliśmy kota, który był Szarikiem i próbowałeś założyć mu obrożę z kawałka wstążki. Była za ciasna i wilczur prychał, kiedy wiązałam mu ją pod brodą. Wyrywał się i za wszelką cenę próbował ją zsunąć. W końcu uciekł do kąta i mył sobie łapę, zerkając na nas co chwilę półślepym okiem. A kokarda sterczała spomiędzy zjeżonego futra. Nie dał się już wziąć na ręce. Próbowaliśmy jeszcze rzucać mu kłębki wełny, wołając: przynieś! Szarik, aportuj! Ale kot nie przynosił, w ogóle się już nie ruszał. Gdy tylko próbowałeś go głaskać, syczał i wysuwał pazury. Był bardzo dzielnym kotem, bardzo walecznym. Miał tylko jedno ucho i pół ogona, a futro było tak porysowane bliznami, że już nie wiadomo było, gdzie jedna się kończyła, a zaczynała inna. Nazywał się Maciuś Drugi i nigdy nie chciał zostać Szarikiem.

W samym środku walki uciekał do kuchni, prosto pod nogi Twojej Ciotki. Mruczał i łasił się jej do rąk, dopóki nie wzięła go na kolana. To znaczy do niewoli. A, dajcie już spokój kotu! Wściekała się Ciotka i zdejmowała Szarikowi obrożę. I nagle znów był zwykłym, burym kotem, jakich wiele krążyło po wsi. A, a to zdrajca skubany, mruczałeś pod nosem. Bo Maciuś psuł nam całą zabawę. Przecież pies musiał być, bez tego Szarika po prostu nie można było być żołnierzami. Nawet dwoma pancernymi stojącymi na warcie, bez sensu. Nawet rozstrzelanymi trupami w okopach, bez sensu.

2.

Pierwszy Kot Maciuś był zupełnie inny. Rudy, wychudzony kociak wiecznie pałętał się pod domem i żebrał o resztki ze stołu. Może był zbyt przygłupi, żeby się bać naszych strzał i kamieni, a może nie miał już gdzie indziej pójść, nie wiedzieliśmy. W każdym razie, Maciek dreptał krok w krok za Twoim Ojcem, nawet odprowadzał go do sklepu. Przynosił pod nogi patyczki i spał w jego nogach. Gdy przejechał go traktor, Twoja Biedna Ciotka płakała przez tydzień. Uparła się, żeby to, co zostało na poboczu, zakopać w ogródku, choć tak naprawdę nie było już czego zbierać. Właściwie został po nim ślad na asfalcie. Chodziliśmy mierzyć, bo nie mogłam uwierzyć, jak dużo krwi mógł zostawić tak mały kot. Smuga czerwieni wlokła się aż do zakrętu i jeszcze przez dwa dni było ją widać, dopóki nie zmył jej deszcz; z odciśniętym wzorem opony, ciemnoczerwona i długa prawie na kilometr.

3.

Maciuś Drugi przyplątał się kilka miesięcy później. Najpierw tropiliśmy go po tym, jak wygrzebał wróbla, którego pochowałam pod gruszą. Przez całe lato chodziliśmy za nim z łukami, ale był za sprytny; przemykał pod siatką i wspinał się po gałęziach. A potem nagle zobaczyłeś go koło stajni. Rzeźnik rzucał parujące ochłapy na piasek, a kot walczył z psem. Skoczył i poharatał mu pysk, powiedziałeś. Cały był we krwi. Dlatego rzucałeś w wilczura kamieniami, aż zapiszczał i uciekł z podkulonym ogonem. Kot chwycił zębami zdobycz. Przeciągnął ją na swoją stronę i uciekł między budynkami. A już następnego dnia znaleźliśmy na progu martwego kreta. Oddał za wróbla, stwierdziłeś. On jest bardzo mądry, ten kot. To nie jest jakiś zwykły kot, dodałeś. A potem kopnąłeś truchło aż za podwórze. Od tamtej pory przestaliśmy go tropić. I prawie już o nim zapomnieliśmy. Dopiero, gdy spadł pierwszy śnieg, zobaczyłeś ślady kocich łap wokół domu. A potem, któregoś wieczoru usłyszeliśmy skowyt; kot leżał w zaspie i ciężko dyszał, futro pozlepiane miał krwią i coś mu wisiało z lewego oka, co już nie było na pewno okiem. Wziąłeś go na ręce i zaniosłeś do domu, a Twoja Ciotka o mało nie zwymiotowała. Krew kapała na podłogę. Kot syczał, gdy polewała mu rany jodyną. Przygotowaliśmy mu pudełko, ale zaszył się w kącie i miauczał, aż w końcu Ciotka wygoniła go miotłą. Była bardzo zła, wciąż krzyczała, że zakrwawi dywan. Zamknęła go w łazience, dopóki nie przyjechał stryj Adam, który był we wsi czymś w rodzaju weterynarza i zaszył kotu te wszystkie rany, opatrzył oko i nic za to nie wziął. Tylko śmiał się z miękkiego serca Ciotki dla starej przybłędy. I Ciotka była zła; nie chciała już widzieć kota. Absolutnie tu spał nie będzie, wynieś go na dwór, mówiła. Rano ma go już nie być, mówiła. Ale rano kot spał rozciągnięty w jej nogach. I odtąd został Maciusiem Drugim Walecznym, zamieszkał pod piecem i ciągle przynosił do domu wszy, zostawiał w pościeli poskręcane, krecie truchła.

4.

To właśnie wtedy po raz pierwszy poczułam ten szum z boku głowy. Tego dnia, gdy Twój Ojciec kopniakiem otworzył drzwi i wszedł za próg w zaśnieżonych butach. To coś, co niósł Twój Ojciec, wcale nie wyglądało jak Maciek. Wyglądało jak kłoda. Wszedł i zaraz się cofnął, otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, ale wyminął nas i poszedł do kuchni. Położył to coś na krześle i Twoja Biedna Ciotka wrzasnęła, jakby ktoś przebił ją nożem. Bo Maciek kapał. Cały był strupem, zaschniętą skorupą futra, śniegu, lodu i krwi. I tylko jedno oko patrzyło się prosto na nas. Pies czy jakie licho, załamała ręce Ciotka. O kurwa, kurwa, wychrypiałeś i rzuciłeś się na Ojca z pięściami, bo wyglądało to, jakby on właśnie dorwał w końcu biednego Maciusia, tak, jak to obiecywał milion razy po pijaku. Ale on już go takiego znalazł; tłumaczył, odsuwając cię i wykręcając ci ręce, dopóki się nie uspokoiłeś. Ale to czemu do domu nie wlazł! Krzyknęła ciotka. Nie zamiauczał nawet, nic! Ale wynieś to na dwór! Całą podłogę zakrwawi! Krzyczała i Twój Ojciec podrapał się w głowę. A potem nabrał rozmarznięte już zwłoki na łopatę, tak, jak się nabiera węgiel. Patrzyłam, jak ostrożnie trącałeś palcem w nieruchomą łapkę. Jakbyś się musiał upewnić. Albo wciąż jeszcze miałeś nadzieję, że cię podrapie. Jednak Kot Maciuś Waleczny wciąż leżał na stercie drewna poskręcany jak kłoda.

5.

I nie wiedziałaś, co powiedzieć, bo nie mogłaś mówić, bo zamiast gardła miałaś jeden ciasny węzeł ścięgien i słów, bo miałaś tam w środku grudę wielką i ciemną jak węgiel; dziwnie twardą, drapiącą jak kula futra i niedającą się przełknąć. I nie wiedziałaś, co zrobić, więc tylko patrzyłaś, jak niezmierną czułością wsadziłeś zwłoki do tekturowego pudełka po lodach Iza, razem z ostatnią upolowaną myszą, obrożą ze wstążki i zabawkami, mieniącymi się jak ordery po długiej, zasłużonej walce. Potem to pudełko jeszcze przez chwilę przycisnąłeś do siebie, zanim położyłeś je na śniegu. Wbijałeś łopatę nogą, ale ziemia była zamarznięta, zupełnie skostniała, nie udało ci się wbić zbyt głęboko. Skurwysyn jeden, sukinkot; przeklinałeś, co chwilę spluwając na ręce. Nie miał już kiedy zdechnąć, tylko zimą. To nie był jakiś zwykły kot, powiedziałaś, bo co innego miałaś powiedzieć, podczas gdy ty przykrywałeś płytki grób kamieniami. I tylko został ten dziwny smutek, gula, którą wyplułaś dopiero w środku bezsennej nocy. Ponieważ wcześniej, gdy myłaś ręce, ty nachyliłeś się nagle i wyszeptałeś mi cichutko, na ucho, wyłamując sobie palce; że to ty tamtej nocy zamknąłeś mu okno w pokoju. Bo było ci zimno.

 
Naszywki z marihuaną oraz popularnymi zespołami punkowymi

Bardziej od wyprowadzaczy psów nienawidzi roznosicieli ulotek. Psy są straszne tylko przez chwilę, zaszczekają, zawarczą i zazwyczaj nie zdążą nawet chwycić w wyszczerzone zęby nogawki spodni, zanim wyprowadzacz łaskawie zauważy grożące niebezpieczeństwo i nie podciągnie do siebie luźnej smyczy z przepraszającym uśmiechem; onniegryzie. A roznosiciele są wszędzie, każdego dnia, przy każdej pogodzie. Tak, najbardziej nienawidzi roznosicieli ulotek. Zwłaszcza tych smutnych, przemarzniętych chłopców w odblaskowych kurtkach, którzy zawsze czają się przed przejściem dla pieszych i jeszcze dalej, w połowie Grunwaldzkiej.

Zawsze, gdy o nich myśli, czuje obrzydzenie. Jak teraz, gdy przykłada twarz do szyby i jej twarz zaczyna się trząść. W nagrzanym tramwaju powietrze jest tak suche, że na ustach od razu zrobiły się jej skórki. Co kilka minut zasysa wargę, żeby zwilżyć je śliną, co powoduje tylko gorsze wysychanie. Marzy o wodzie albo gumie, ale wie, że w wielkiej, czarnej torbie, którą ściska przed sobą na kolanach, nie ma ani butelki z wodą, ani listka gumy, ani nawet pomadki. Wie to, sprawdzała dwa razy. Nie było. Zaciska więc wargi i odrywa palcami jedną długą skórkę, przez co na ustach pojawia się ranka, która od razu zaczyna krwawić. I krew jest słodka. Skórka słona. A woda w Wisłoku brudna i kiedy tramwaj przejeżdża przez most, czuje falę mdłości. Pochyla się i chowa głowę w wielkiej, czarnej torbie, którą teraz obejmuje ramionami. Myśli o drżących, bladych dłoniach roznosicieli, gdy z nieśmiałą bezczelnością zagradzają drogę z tym swoim wymamrotanym dzieńdobry i podtykają zadrukowane karteczki gdzieś na wysokości jej brzucha. I gdy wysiada z tramwaju, myśli, że wszystko dziś ma kolor mdłości. Mdłe jest niebo w kolorze fałszywego błękitu i chodniki zaścielone zdeptanymi liśćmi. Szurając podeszwami w kupce zdeptanych liści, widzi wokół siebie tylko milion wyciągniętych rąk. Ale już ma na nich sposób, nauczyła się ich omijać wzrokiem, zupełnie, jakby dzieliła ja od nich gruba, brudna, kuloodporna szyba, tak ich właśnie traktuje, tak zazwyczaj robi, że już z daleka spuszcza głowę, wbija pięści w kieszenie i przechodzi szybkim krokiem samym środkiem ulicy, podnosząc ramię nad wyciągniętą ręką i starannie omijając ją łukiem, mrucząc jedynie pod nosem bardzo ciche, bardzo niewyraźne niesorry. Albo kręcąc jedynie głową w ledwie dostrzegalnym geście, jakby ich tam zupełnie nie było. I czasem to działa. Ręką się cofa, chłopak odskakuje. Czasem któryś rzuci za jej plecami krótkie miłegodnia z tonem pretensji, od której ona wzdraga się, co prawda, ale nie odwraca i głos ten rozchodzi się w zimnym poranku tak szybko, jak chmura różowego gazu.

Ale tym razem nikogo nie musi omijać. Nikt nie wybiega na chodnik i nie doskakuje do niej na przejściu. I nagle przypomina sobie, jak czytała o wróblach, które telepatycznie nauczyły się nawzajem otwierać dziobami sreberka na butelkach z mlekiem. Dzięki czemu każdy ptak wiedział, jak dostać się do mleka. Może oni też się mnie tak nauczyli, myśli, skręcając w przejście między bankami. Chłopcy w pomarańczowych kurtkach krążą jak egzotyczne ptaki pośród smutnych, szarych ludzików. Ale jej nikt na szczęście nie chciał dotknąć. Może to moje podkrążone oczy. Jak jakiś ćpun, myśli ona, schodząc po schodach. Przechodzi nad huczącą ulicą, a potem skręca między boiskami a wysokimi budynkami Budowlanki. To musi być to obrzydzenie, oni wszyscy je czują, myśli. I mimo że nikt jej nie obserwuje, poprawia czapkę, naciągając ją na uszy i oczy tak głęboko, żeby się całkiem w niej schować. A może to przez kurtkę, myśli i znów przygryza wargi. Zawsze, gdy myśli o Pawełku, zagryza wargi. Dziwne ciepło rozlewa się w jej piersi, zupełnie, jakby ktoś nagle przekłuł umieszczony tam uprzednio mały, czerwony balonik z wrzątkiem. Ale zaraz potem przechodzi ją długi dreszcz, śliski i zimny. Przystaje, wyjmuje z kieszeni zapomnianego papierosa i przez chwilę obraca go w palcach.

Ponieważ on odpisał, że spoko, a potem od tygodnia nie odpisał. I ponieważ tamtej nocy widziała go po raz ostatni. Wtedy, gdy powiedział, żeby już poszła, a ona otworzyła okno. Powiedziała, że pada deszcz i wystawiła rękę za okno, a potem dotknęła jego twarzy mokrą ręką, pokazując, że naprawdę. Chyba mnie nie wyrzucisz na ten deszcz, powiedziała, bo chciała, żeby odpowiedział, zostań. I chciała jeszcze choć chwilę dłużej postać w tych jego wielkich rękach. I żeby zasnąć w jego wielkich rękach, w jego łóżku, pod jego kołdrą i jeszcze żeby powiedział, zostań. Ale on odpowiedział, żeby już poszła. To może masz jakiś parasol, spytała, a on odpowiedział, tak szybko i szorstko, czy ja wyglądam jak ktoś, kto by miał parasol? Tak szybko i szorstko, że zabrakło jej krwi do krążenia, bo zrozumiała, że to już nie są żarty i zamiast wyjść i trzasnąć drzwiami, które przed nią otworzył, stała tak przez chwilę z opuszczonymi rękami, ponieważ zabrakło jej czucia w rękach. Ani w głowie, w głowie miała już tylko ciężkie i lekkie, sprzężone powietrze i nie miała się czego chwycić. Więc w końcu on chwycił kurtkę z oparcia krzesła i wepchnął jej w brzuch, a ona mimowolnie chwyciła się tej kurtki jak brzytwy i ubrała kurtkę, choć niezdarnie i powoli, ponieważ kurtka była ogromna i także dlatego, że przecież nie miała już w czucia w rękach. Wtedy on zamknął okno i wypchał ją za drzwi, które zatrzasnął tuż przed jej nosem, zanim się nawet zdążyła odezwać. Stała pod białymi, zamkniętymi drzwiami i czuła, że w nosie także nie ma czucia, cały był zamarznięty i pękł. Zeszła po schodach, prosto w zimno i deszcz. Nie nałożyła kurtki na głowę, tylko w niej tonęła. Bo jej ciało odbijało się do skóry, bez czucia wcale. I tonęła w deszczu, a jej mokre włosy ściekały na kurtkę. Jej nogi obrały znajomą trasę, a ona tonęła nieprzytomnie środkiem ulicy, czując, jak resztki ciepła wyciekają z niej i roztapiają się w kolorowe smugi. Jakby to była wata cukrowa. I to już było wszystko.

Bo teraz, za każdym razem, gdy napomknie, że chciałaby mu oddać kurtkę, on odpisuje, że no, że spoko, to że ustawimy się jakoś niedługo. Tylko że to niedługo trwa już bardzo długo. I od ostatniego niedługo minęły już dwa miesiące, a skóra, nasiąknięta deszczem, straciła jego ulotny zapach wody po goleniu Brutal. Zaczęła wręcz śmierdzieć.

Została, zawieszona na jej haczyku w jej przedpokoju, a ona została zawieszona w kurtce, jak wielki, chudy znak zapytania. I to już było wszystko.

Bo teraz, za każdym razem, gdy o nim myśli, przypomina sobie dzień, gdy jeszcze miała ciało, miała w nim czucie i ciepło jego oraz jego ulotny zapach wody po goleniu Brutal. Wtula się, choć przecież już prawie nic nie zostało. Tylko smutek. I gdy idzie wąskim chodnikiem, przygniata ją ten smutek cięższy od ciężaru torby, cięższy od ciemniejącego, zachmurzonego nieba w kolorze fałszywego błękitu. Ale najgorsza jest dziura. Bo w jej środku jest taka dziura, pełna powietrza i ona czasami nie może przez to oddychać. Albo oddycha za szybko i wtedy łatwo traci przytomność w miejscach publicznych. Przynosząc w ten sposób sobie i nam wielki wstyd, jak twierdziła jej matka, za każdym razem, gdy ona akurat postanowiła pooddychać zbyt mocno i straciła przytomność w miejscach publicznych. I teraz ta pustka znów się w niej otwiera, gdy przystaje machinalnie przed schodami wielkiego, szarego gmachu i rzuca torbę, szukając po kieszeniach papierosów, choć przecież pamięta, że nie ma już Judyty i nie ma co palić. Bo Judyta mieszkała w gmachu. Bo ona zawsze odprowadzała Judytę pod te schody, rzucała torbę i paliła z Judytą, gapiąc się bezczelnie na ludzi, śmiejąc i obgadując. Ale już od dawna się nie śmiała. Ostatnim razem to było właśnie wtedy, gdy wyrosła w niej dziura. To było w sobotę, pamięta. Świeciło słońce, pamięta, odrabiali jakieś zaległe święto i wtedy po raz pierwszy przyszła do szkoły w jego kurtce, a Judyta od razu, na ten widok skrzywiła się, jakby ktoś jej wycelował w wytapetowaną twarz połówką cytryny. I Judyta powiedziała, a co to znowu masz za szmatę, i chwyciła kurtkę, którą ona już zdjęła z szatniowego wieszaka i znów skrzywiła się Judyta, gdy przysunęła nos i poczuła jej zapach. Nie noś tego, powiedziała Judyta, to strasznie brzydkie jest. Śmierdzi. A ten twój koleś jakiś dziwny jest, lepiej z nim nie zaczynaj. Nie gadaj już z nim lepiej, powiedziała Judyta. I co to za naszywki ma. Te no, dilerskie ma. Z marihuaną. Nie wiesz? Ty to jakaś jesteś, ten. Kurwa. Naiwna. Wiesz co, ty to jednak jesteś głupia cipa. Ty weź, lepiej w tym nie chodź, dodała Judyta, tak jakoś ciszej i ostrożniej, odsuwając się krok do tyłu. Aż ona sama poczuła się zaniepokojona. Ale przecież była głupią cipą; mrużyła oczy w słońcu i zaciągała się papierosem. A potem, gdy wracały tą samą trasą ze szkoły, Judyta wciąż szła odsunięta o krok od niej. Machała swoimi blond lokami i spuszczała oczy, i ona już nie wiedziała, czy to dlatego, ze czuła smród kurtki, czy że się jej teraz zwyczajnie wstydzi. I nagle pojawiły się te dziewczyny. Zwarta grupka, wszystkie w dresach. Wyrosły z jej plecami i szły blisko. Zbyt blisko. Czuła ich wzrok na plecach i przeszedł ją dreszcz. A poczuła palce wbijające się w plecy, ale gdy się odwróciła, patrzyły w bok. Bez słowa. Bez gestu. Ale gdy odwróciła się z powrotem i przyspieszyła kroku, nadepnęły jej na podeszwę buta, tak, że but zsunął się ze stopy. Wsunęła go z powrotem. Nadepnęły jeszcze raz, więc spojrzała pytająco na Judytę. Uciekamy? Czy co? Co się dzieje? Ale Judyta jakby odsunęła się coraz bardziej, choć nie zrobiła przecież żadnego ruchu. I z każdą chwilą coraz bardziej spuszczała oczy, jeśli to tylko było możliwe. Wtedy dziewczyny zaczęły kopać. Najpierw po kostkach. Potem kopały ją po nogach. Co to masz za naszywki, pytały, wskazując na naszywki w klapach jej kurtki, te z marihuaną i te z popularnymi zespołami punkowymi. Zdejmuj to. Ściągaj to, krzyczały, szarpiąc jej kurtkę. Wzruszyła ramionami i próbowała się podnieść. Wtedy dostała w nos. Nos zaczął krwawić. A Judyta uciekła prosto w uchylone drzwi wielkiego gmachu. A dziewczyny znów zaczęły kopać. Po nogach, brzuchu, gdzie popadnie. W końcu wyszeptała, nie wiem, to nie moja kurtka. To nie moja kurtka, pożyczyłam ją, nic nie wiem! Krzyczała, zgodnie z prawdą, ponieważ miała siedemnaście lat, była głupią cipą i nie wiedziała niczego. Wtedy jedna z dziewczyn, ta, która odpruwała materiał czubkiem paznokcia, rzuciła, ej, ona chyba naprawdę nie czai. Zostawcie ją, rzuciła. I zaczęła się śmiać. Dziewczyny odsunęły się i ustawiły się wokół niej w gardzącym okręgu. Też się śmiały. Wtedy z uchylonych drzwi wielkiego gmachu wybiegł dozorca. Dozorca wymachiwał miotłą. Co tu się dzieje! Co tu się dzieje! Krzyczał jeszcze długo, gdy już zniknęły za zakrętem. Wtedy splunął i wrócił w uchylone drzwi wielkiego gmachu. W tych drzwiach mignęły jeszcze przez sekundę blond loki Judyty, a potem drzwi się zamknęły. Kurtka leżała na chodniku. A ona leżała z krwawiącym nosem i powtarzała pod nim fak ju, fak ju, fak ju i ukradkiem ścierała łzy. Teraz tak samo powtarza sobie cichutko fak ju i czuje, jak z każą literą coraz bardziej rozwierają się jej żebra.

Ponieważ stoi w tym samym miejscu, w którym wtedy leżała i patrzy dokładnie na te same drzwi, które wtedy się zamknęły. I tak samo, jak wtedy, jej ręce były pełne niczego. W tym miejscu powinien ciemnieć jakiś krater, a przynajmniej krąg wypalonej ziemi, w kształcie jej ciała, myśli, ale niczego tam nie ma. Tylko więcej liści na chodniku. Miejsce jak miejsce, myśli, chowając ręce tak bardzo pełne niczego do kieszeni i zaczyna szybko oddychać, zdecydowanie za szybko i zbyt nieregularnie, i tak samo, jak wtedy, powtarza sobie cicho, pod zabliźnionym nosem te słowa fak you fak you you ja pierdolę kurwa jego mać, i wciąż stoi tam jak ostatnia głupia pizda i szepce fak you do drzwi, chodnika i także do kurtki, jak dziwne jakieś zaklęcia, ponieważ zamiast serca ma jeden wielki skurcz i zwyczajnie już nie wie, co jej więcej zostało i co innego mogłaby powiedzieć.

Joanna Lech

(1984) Poetka, autorka tomów "Zapaść" (Biblioteka Arterii, Łódź 2009) oraz "Nawroty" (Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2010). Publikowała prozę w "Ricie Baum" i "Pograniczach", poezję w m.in. w "Studium", "Tyglu Kultury", "Toposie", "Gazecie Wyborczej", "Czasie Kultury", "Tygodniku Powszechnym", "Radarze", antologiach "Poeci na nowy wiek" (Biuro Literackie, Wrocław 2010) oraz "Free Over Blood" (Londyn 2011). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. W 2007 r. zdobyła nagrodę główną w XIII konkursie im. J. Bierezina w Łodzi. Za debiutancki tom otrzymała m.in. nagrodę specjalną w X edycji Konkursu Literackiego PTWK w kategorii "debiut roku" oraz nominację do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Za "Nawroty" nominowana do Nagrody Literackiej NIKE 2011. Stypendystka Miasta Krakowa (2011). Redaguje dział poezji w "Kofeinie". Pochodzi z Rzeszowa, mieszka w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!