Po czarnym poniedziałku

– W którą stronę idziecie? – zapytałam A.M., Polkę zajmującą się projektami edukacyjnymi w Berlinie, i młodego Rosjanina, planującego polsko-rosyjski speed dating. Wyszliśmy właśnie ze spotkania w ostPost, małego ale aktywnego centrum kultury Europy Wschodniej. Było zimno i ciemno, zima w pełnej krasie. Nie spodziewałam się, że tego wieczoru poznam też U.B., która aktywnie włączyła się w działania naszej berlińskiej grupy Dziewuchy Dziewuchom. To miało jednak nadejść.

– Tam, na metro – powiedziała A.M.

– O, ja idę w drugą stronę, do M.W., mojej (niemieckiej) przyjaciółki, aktorki i aktywistki, na piwko. Wyjeżdża niedługo do Gruzji, gdzie prowadzi artystyczne projekty kobiece i teatr dla młodzieży – odparłam.

Zanim jednak się pożegnaliśmy, wymieniłyśmy się z A.M. wizytówkami. Przyjrzała mi się bliżej i rozpoznała, pamiętała mnie ze „sceny“ – okazało się, że A.M. była na czarnym poniedziałku, demonstracji, którą organizowałyśmy z Dziewuchami 3 października 2016 na moście przy Warschauer Strasse (Berlin). Przypomniałyśmy sobie ten dzień, wspomnienia były żywe i mocne.

– Osobiście za aborcją nie jestem, ale jestem za prawem wyboru. Popieram, co robicie – powiedziała A.M., podając mi ulotkę swojej organizacji – ale sama się nie będę aktywnie angażować.

– Oczywiście, każdy ma swoje poglądy i podejście. Cieszę się, że byłaś na tej demonstracji – odparłam.

– Było super. Podobało mi się, bo nie była to zwykła demonstracja, przemawiający ludzie i nuda. Miałyście niezłą mieszankę – od poważnych merytorycznych przemówień, z których dużo się można było dowiedzieć, przez emocjonalne przemowy, skandowane hasła po muzykę. To było świetne, właśnie takie połączenie. Wracałam do domu z poczuciem siły i solidarności z wieloma kobietami. Czułam, że coś się dzieje, coś się ruszyło.

– Wiesz, to było wszystko dość spontaniczne, choć i zaplanowane – wspominałam. – Miałyśmy program, ustalony na krótko przed, listę zaproszonych gości i umówiony zespół. Ale dużo było w tym żywiołu. Wyszło dobrze, ale to głównie zasługa ludzi, którzy przyszli.

Rzeczywiście, już 25 września, zaraz po ogłoszeniu Strajku Kobiet w Polsce, kiedy na facebookowej grupie Dziewuchy Dziewuchom Berlin (którą zakładałam 2 kwietnia 2016, dzień po powstaniu Dziewuch) zaproponowałam wzięcie udziału w strajku, rozgorzała gorąca dyskusja. Bo strajkowanie w Niemczech nie miało sensu, jak już to pikieta. Poza tym, 3 października to święto zjednoczenia Niemiec, co koniec końców okazało się dobre dla sprawy – dzień wolny! Debatowałyśmy też nad lokalizacją. Stanęło na ulicy Warszawskiej – symbolicznie, między Wschodem i Zachodem, kierunek Warszawa. Spontanicznie zawiązała się mała grupa koordynacyjna Dziewuch: M.S., A.M., Z.K. i ja.

Doświadczenie miałyśmy różne, jedne „zaprawione“ były w organizowaniu demonstracji w Berlinie, inne nie. Szybko podzieliłyśmy zadania, w zależności od kompetencji i chęci – wszak nie znałyśmy się wszystkie, ba, nie wszystkie widziałyśmy się „na żywo”. Poprzednie demonstracje Dziewuch były również organizowane spontanicznie i z doskoku, komunikacja zawsze opierała się na Facebooku – ot, znak czasów ze wszystkimi zaletami i wadami. Podobnie i teraz. Założyłyśmy „wydarzenie“ na grupie i czekałyśmy na odzew. Ku naszemu zdumieniu, ilość chętnych rosła z dnia na dzień. Samą demonstrację na policji zgłosiłyśmy na 100 osób. Jednak kiedy liczba chętnych przekroczyła 1000, zaczęłyśmy się poważniej zastanawiać. W niedzielę 2 października spotkałyśmy się u mnie w domu, żeby się poznać (M.S. i Z.K. zobaczyłam wtedy po raz pierwszy), żeby malować plakaty i ustalić dokładny plan akcji. Byłyśmy pełne energii i entuzjazmu. Z wrażenia aż wspólnie ułożyłyśmy wiersz, parafrazę utworu Polak Mały – w naszej wersji tytuł brzmiał Wolna Polka. Wszystkie wersy rozpisałam na osobnych kartkach, na wzór Subterranean Homesick Blues Boba Dylana, do czytania później przez publiczność i skandowania, co zresztą nieźle wyszło.

Foto: Maciej Soja

Tymczasem, wedle Facebooka, chętnych na demonstrację było już prawie 2000. Miałam wątpliwości co do lokalizacji. Chodniki na Warschauer Brücke (Most Warszawski), między stacją metra a kolejki, są bardzo wąskie, tłumy przewijają się codziennie, jeżdżą samochody i tramwaje. Nie jesteśmy w stanie zmieścić nawet 500 osób w tym miejscu. Policja by się nigdy nie zgodziła na taką akcję. Po spotkaniu namówiłam dziewczyny na mały spacer, pomimo mżawki, właśnie na most, wszak mieszkam niedaleko. Obeszłyśmy całą okolicę, kilka miejsc było dość ciekawych na zgromadzenie tłumu, ale jedno nie chciało mi wyjść z głowy już od dawna. Może odezwał się „instynkt” architekta (studiowałam architekturę i na studiach działałam w kobiecej grupie projektowej Sinus_3), może „instynkt” artysty (maluję, rysuję i czasem tworzę instalacje w przestrzeni) – ale to właśnie schody z mostu na poziom ulicy, wraz z kładkami, jawiły mi się jako scena, przestrzenna scena teatralna, mogąca pomieścić setki ludzi – widzów. Dość nietypowe miejsce na demonstrację, ale dziewczyny szybko pomysł podchwyciły.

Kładka i schody przy Warschauer Brucke. Foto: Maciej Soja

Organizowałam i współorganizowałam już kilka demonstracji i akcji w Berlinie, ba, nawet jeden happening polityczny. Demonstracje bowiem traktuję jako teatr z przekazem politycznym, z kulisami (lokalizacja) i dekoracją (transparenty), jako swoiste przeżycie dla publiczności, z którego ludzie rozchodzą się z poczuciem siły i solidarności. Ta końcowa emocja, którą się w sercu zabiera do domu, powinna być pozytywna, dawać poczucie nadziei na zmiany i poczucie mocy, by tego dokonać – wspólnie lub indywidualnie. W miarę możliwości zwracam uwagę też na miejsce – czy „kulisy” są odpowiednie do tematu, wizualnie atrakcyjne (nie tylko do zdjęć), lubię kiedy są zaskakujące lub abstrakcyjne. Scenografia i dekoracje? Na czarny poniedziałek miałyśmy za mało czasu na przygotowanie nowych rzeczy – tylko nowo narysowanie plakaty z logo Dziewuch. Ktoś przyniósł wydrukowaną listę nazwisk posłów głosujących przeciwko liberalizującej ustawie obywatelskiej (lista hańby).

Foto: Maciej Soja

Scena i widownia. Foto: Maciej Soja

Foto: Maciej Soja

Foto: Maciej Soja

A ja zabrałam kilka starszych transparentów, które przygotowałam na kwietniową pikietę „Odzyskać Wybór”. Jeden z transparentów zrobiłam z koronkowej firany, bo bardzo fascynuje mnie koronka w przestrzeni publicznej, da się formować, jest materiałem „prywatnym”, domowym i bardzo kobiecym – zasłania, ale i jednocześnie odkrywa. Zresztą, koronki jako elementu przestrzennego używałam lata temu między innymi przy projekcie artystycznym Polska Żona (sprzedawałam Polki jako żony, oczywiście przewrotnie, lecz ku mojemu przerażeniu „sprzedaż” szła dość dobrze). Ot, tych samych narzędzi i materiałów używam do tworzenia sztuki i transparentów na demonstracje.

Anna Krenz, instalacja “Polish Wife”, Kunstraum Kreuzberg, 2008

Anna Krenz, wystawa “Sweet in art”, Legnica 2009

Koronkowy transparent miał napis „Mein Körper, meine Wahl” („Moje ciało, mój wybór”), a jego dolną część pomalowałam na krwistą czerwień – co symbolizowało polską flagę. Kolejny biało-czerwony transparent z hasłem „Wolność, Równość, Kobiecość” nie był już transparentny, bo malowany na obrusie.

Transparenty wykonane na pierwszą demonstrację Dziewuch, Berlin, kwiecień 2016. Foto: Wojtek Drozdek

Następnego dnia te kolory, biel i czerwień oraz delikatność koronki kontrastowały wyraźnie z czernią ubrań 2000 zgromadzonych kobiet i mężczyzn oraz z ich plakatami, wykonanymi głównie na czarnych kartonach i tekturach.

Foto: Oliver Feldhaus

Oczywiście, tego zimowego wieczoru nie opowiadałam A.M. o przygotowaniach do demonstracji ani o moich wizjach. To były moje osobiste przeżycia, pozostały żywe w mojej pamięci. A.M. pamiętała czarny poniedziałek prowadzony przez naszą tymczasową grupę Dziewuchową, z naszymi przemówieniami i zaproszonymi gośćmi jak pisarka i dziennikarka Margarete Stokowski, Magdalena Ziomek (AgitPolska), Anna Maria Patané (KOD Berlin), Derv Bärlin (Berlin-Ireland Pro Choice Solidarity), Ciocia Basia czy Joanna Bronowicka (RAZEM Berlin). Pamiętała też “nasz” wiersz Wolna Polka i utwór Woman Scorned wspaniałego polsko-angielskiego duetu Two Times Twice.

Two Times Twice. Foto: Maciej Soja

Pożegnałam się z A.M. i jej kolegą i podreptałam na piwo do M.W.

***

Chłodno, ale i tak stoimy na dworze, popijając szampana. Zapalam papierosa. Razem z U.B., A.F. i G.B. jesteśmy na ceremonii przyznania nagród Clary Zetkin 2017 w Südblock na Kreuzbergu. W tym roku nagrodę (bardzo słusznie) otrzymała grupa Ciocia Basia, której członkinie wykonują ważną i bardzo konkretną pracę – doradzają i pomagają kobietom w nawiązaniu kontaktów z dyskretnymi i profesjonalnymi praktykami przeprowadzającymi aborcje w Berlinie.

U.B., A.F. i G.B. to nowe aktywistki, zaangażowane w berlińską grupę Dziewuchy Dziewuchom. Po kilku wspólnych akcjach, pod koniec 2016 roku poprzednia grupa robocza, która organicznie się rozrosła, już w styczniu 2017 się rozpadła. Część dziewczyn odeszła po cichu, część z hukiem, część ze złamanym sercem. Inne wycofały się na chwilę, żeby przeczekać (jak ja). Szkoda, bo planów było co niemiara, ale przeważyły animozje, prywatne wojenki i ego. To też najwyraźniej jest normalne, szczególnie w grupach aktywistów. Teraz to wiem.

Na szczęście, działająca z nami (nadal) moja teściowa, E.S., podniosła mnie dobrym słowem na duchu. Szybko znalazły się kolejne osoby, chętne do działania, a te, które schowane czekały na promyk nadziei, pojawiły się znowu. Jestem bardzo szczęśliwa, że wreszcie mogę działać w pokoju i spokoju, skutecznie lub leniwie. Ale każda z nas wie, czym jest lojalność i solidarność (kobieca, sic!).

I stałyśmy tak przed kolorowo oświetloną knajpą Südblock w oczekiwaniu na wyniki konkursu. Omawiałyśmy pospiesznie komunikację i logistykę demonstracji na 8 maja – Międzynarodowy Strajk Kobiet, który organizowałyśmy właśnie wraz z grupą Berlin Ireland Pro Choice Solidarity na Oranienplatz. To miała być wyjątkowa demonstracja – dołączały do nas bowiem dwa wielkie marsze: Frauenkampftag i International Women’s Space. Dwa marsze, bo nawet wśród berlińskich aktywistek i feministek panują wielkie różnice zdań, postaw i opinii. Chociaż byłyśmy małą inicjatywą, udało nam się nie zginąć gdzieś pomiędzy tymi wielkimi wielonarodowymi grupami, co więcej – pomogłyśmy w koordynacji wielkiego święta kobiet.

– O, A.D.! – krzyknęłam nagle, prawie zachłystując się szampanem. Mój znajomy, mieszkający gdzieś w zajętej niegdyś przez anarchistów kamienicy na Rigaer Strasse (nie jedna rozróba z policją miała tam miejsce).

– Cześć, co tu robisz? – przywitał się, przedstawiając mi zaraz swoją córkę.

Po krótkim sprawozdaniu, co u kogo, co robimy i dlaczego pijemy, spytałam A.D., czy nie zna kogoś, kto pożyczyłby nam scenę ze sprzętem na pikietę, która odbyć ma się za 5 dni (dzień kobiet). Obiecał, że popyta.

Wtedy też opowiedziałam pokrótce, co tam z Dziewuchami robimy, a córka A.D., wyciągnąwszy swój telefon, powiedziała:

– Ale ja byłam na strajku kobiet, na czarnym poniedziałku na Warschauer Strasse. Patrz!

W istocie, miała zdjęcia w telefonie. Kiedy pojawiło się zdjęcie dziewuchy w czarnym kapelusiku z woalką, dziewczyna spojrzała na mnie i wykrzyknęła:

– To ty!

To było niezwykłe, że pół roku później ludzie (przypadkowi?) jeszcze pamiętali czarny poniedziałek. Wiele niemieckich organizacji feministycznych do dziś stawia czarny protest jako przykład udanej akcji i nowej fali globalnego feminizmu. I widać było wyraźnie podczas Dnia Kobiet 8 marca, że kobiety na całym świecie mają dość, potrafią wyjść na ulice tysiącami, by protestować przeciwko ograniczaniu ich praw. Być może tego dnia po raz pierwszy w historii naszej cywilizacji tyle tysięcy ludzi stanęło na ulicach w obronie praw kobiet, głosząc te same / podobne hasła. I to jest energia pokoleń kobiet walczących od stuleci o to samo. My niesiemy tę moc w kolejnym pokoleniu, jest to piękne, ale i straszne, że w ogóle nadal musimy walczyć o nasze prawa w XXI wieku. Po 8 marca wiem, że się nie poddamy i nasza walka zataczać będzie coraz szersze kręgi. My, Polki, nie jesteśmy same.

Międzynarodowy Dzień Kobiet, 8 marca 2017, Berlin. Foto: Maciej Soja

To właśnie globalny i ponadpokoleniowy wymiar protestu podczas Dnia Kobiet skłonił mnie do zrobienia transparentów ze starych zdjęć anonimowych kobiet. Zdjęcia oryginalne, kupione „gratis” do ram na pchlim targu i na eBayu. Trochę koloru, ubarwienie wojenne i napisy – tym razem po angielsku, nawołujące do dalszej walki. Wszak niewiele się tak naprawdę zmieniło przez ostatnie stulecie, jeśli chodzi o prawa kobiet. Nadal walczymy o prawie to samo, o co walczyły nasze prababki. I to niezależnie od kraju zamieszkania.

***

– Spotkajmy się w Shakespeare&Sons na Warschauer Strasse, to amerykańska kawiarnia i księgarnia – proponuję amerykańskiemu dziennikarzowi A.C., zainteresowanemu sprawami kobiet w Polsce. Może i banalnie prowadzić „drewno do lasu“, ale we wtorek w południe „nasza“ dziewuchowa knajpa „EscoBar“, znajdująca się 200 metrów dalej, jest zapewne jeszcze zamknięta. A i sama ulica jest symboliczna – przy Warschauer Strasse organizowałyśmy czarny poniedziałek w październiku 2016.

I rzeczywiście, spotykamy się na kawkę. A.C. zainteresowany jest dalszymi losami czarnego poniedziałku i naszą nieustającą walką:

– Wiesz, w amerykańskich mediach mówiono, że czarny poniedziałek był sukcesem, rząd wycofał się z ustawy antyaborcyjnej, a przecież to nie było końcowe zwycięstwo.

Rzeczywiście, również w niemieckich mediach nie było nic na temat kolejnych ustaw rządu dotyczących aborcji. A przecież sprawa nie jest zakończona. Tylko świat o tym nie wie.

– Prawda, to ważne, żeby powiedzieć o dalszym ciągu. Walkę wygrałyśmy, ale wojna nadal trwa – mówię, popijając kawę-lurę.

– To samo zdanie już słyszałem od Dziewuch w Polsce – śmieje się A.C.

A.C. wie o Polsce dużo, wiele czytał, śledzi media i jest w kontakcie z różnymi grupami kobiecymi w Polsce. Omawiamy protesty kobiet, opowiadam, co się aktualnie dzieje w kraju – dezyderat, Ordo Iuris, tabletka „po“, Fatima, antyaborcyjny projekt Godek. Podkreślam jednak, że sprawy kobiet są ściśle powiązane z działaniami rządu i w innych dziedzinach oraz z kościołem. Jednym tchem wymieniam listę protestów (w tym miesięcznicę), jakie odbywają się (lub są zakazane) 10 maja 2017 w Warszawie. Po naszym spotkaniu w maju tych demonstracji będzie o wiele więcej.

Na koniec daję mu kilka kontaktów do organizatorek czarnego poniedziałku spoza Warszawy, bo, jak sam przyznaje, chciałby uniknąć relacji tylko ze stolicy. Kiwam głową ze zrozumieniem i podkreślam, że w protestach kobiet w Polsce niezwykłe jest właśnie to, że biorą w nich udział kobiety z innych miast i mniejszych miejscowości. To poruszenie ogólnopolskie, zaglądające pod strzechy w całym kraju.

To jest między innymi powód, dla którego spotykamy się (Dziewuchy Berlin) z dziennikarzami – taka nasza rola zagranicą, opowiadać o Polsce, o kolejnych zmianach i nie dać zapomnieć. Sukcesu czarnego poniedziałku nikt nie podważa, ale po nim dopiero, kiedy zgasły światła ramp, rozpoczęła się prawdziwa mrówcza praca u podstaw. Ta nudniejsza, wymagająca czasu i poświęcenia. Niektórym wystarczyła onegdaj „sława“ i rozgłos uzyskany dzięki demonstracji 3 października jako krok do własnej kariery, ale nie oceniam – każdy ma swoje priorytety. A sukces wielu ojców.

A.C. opowiada o swoich rozmowach z kilkoma polskimi organizacjami zajmującymi się sprawami kobiet:

– Wiesz, każda, z którą rozmawiałem, mówiła, że jest największa i najlepsza. Mówiłem im wtedy, że każda tak mówi, że to już słyszałem.

Śmiejemy się i wychodzimy z knajpy. Rzucamy jeszcze okiem na regał z komiksami (kuszą). Rozmowa schodzi na temat aktywistów z Polski, z innych krajów, też z USA. Zauważamy, że jakoś więcej konfliktów powstaje w grupach lewicowych, niekoniecznie kobiecych – płeć nie gra tu aż takiej roli, choć oczywiście smutne jest, kiedy kobiety (feministki?) walczące o prawa kobiet nie potrafią być solidarne czy lojalne wobec siebie. Nawołują do uznania Konwencji Antyprzemocowej, a same posługują się (słowną) agresją. Między hasłami na sztandarach, pielgrzymkami na Giewont a realnym życiem i codziennym wspieraniem się wzajemnie bywa ogromna przepaść nie do przebycia. Tego też nauczyłam się przez ponad rok bycia aktywistką. Nic to, każdy robi swoje, na ile potrafi, chce i może. A jest jeszcze dużo do zrobienia, szczególnie dla nas, zagranicą. Nas nie dotyczą bezpośrednio okrutne ustawy rządu, w Niemczech aborcja jest (w miarę) legalna, można kupić tabletkę „po”, a i wypić piwo na ulicy. Mamy tu pewien „luksus” czy komfort życia, ale i wewnętrzny nakaz, by dalej walczyć o prawa i wolność sióstr w Polsce.

– Lecę, dziękuję Ci za rozmowę, będziemy w kontakcie – żegnam się i biegnę odebrać syna ze szkoły.

***

– O, tę pracę chyba znam – mówi J.K., kurator w berlińskiej Galerii Schau Fenster, kiedy wyciągam z torby koronkowy transparent. Wrzesień 2017, wieszamy grupową wystawę „The Artist as Curator’s Art, vol. VII” artystów z tego roku. W lutym bowiem miałam wystawę „Tausend und ein Wort. Polnische Protestkunst in Berlin” („Tysiąc i jedno słowo. Polska sztuka protestu w Berlinie”), na której prezentowałam transparenty z różnych akcji i protestów, jakie współ/organizowałam od 2016 roku w Berlinie. Wystawę uzupełniały zdjęcia znajomych fotografów / aktywistów, dokumentujące akcje, oraz opisy. Powstało pewnego rodzaju kalendarium wydarzeń politycznych w Polsce poprzez ilustrujące je protesty (transparenty). Sztuka z ulicy wkroczyła w cztery białe ściany galerii.

– Ale mam i coś nowego – grzebałam dalej w przepastnej torbie. Na wrześniowej retrospektywie Schau Fenster postanowiłam po raz kolejny przypomnieć sprawę polskich kobiet – nie tylko przez „nieśmiertelny” koronkowy transparent, który tydzień wcześniej towarzyszył nam (Dziewuchom) na wielkiej demonstracji pod Bramą Brandenburską, ale i trzy transparenty z wizerunkiem kobiet z 8 marca. Jeszcze tego ranka, nieco na kacu, niesiona impulsem narysowałam i wycięłam figurę kobiety komentującą sytuację: „Oh, you still protest that shit”. Komiksowa figura, jednak wycięta z tła i powiększona, wchodzi w dialog z kobietami–transparentami i sama staje się częścią procesu twórczego i sytuacji. To kolejny etap, nad którym pracuję.

Powieszenie prac trwało godzinę, jestem wprawiona, mam w plecaku młotek i gwoździe. Ale i miałam ze sobą kolejny koronkowy transparent, niedawno zrobiony, raz tylko użyty na demonstracji tydzień wcześniej, ale nie wieszam go – nie ma miejsca.

Wystawa grupowa, Galeria Schau Fenster, Berlin, foto: Anna Krenz

– O, pokaż – mówi J.K. Rozwijam biało-czerwoną firankę z napisem „Wolna Pol(s)ka”.

– Wolna Polska – J.K. próbuje przeczytać po polsku – co to znaczy? Wolna… czy to znaczy Krieg (wojna)?

– Nie, nie – śmieję się – to znaczy „freie” (wolna). Wolna Polska albo wolna Polka, taka gra słów.

– Wojna i wolna… jak blisko są te słowa w polskim – J.K. zna kilka słów po polsku i zawsze dzielnie próbuje coś tam powiedzieć.

– Rzeczywiście, to dopiero gra słów – chowam młotek zamyślona.

– Tak to transparenty mają swoje drugie życie, przekazują treści związane ze sprawami polskich kobiet również w kontekście artystycznym, w innym miejscu niż ulica – w galerii, do innego tłumu niż protestujący – światek artystyczny.

Kilka dni później podczas wernisażu popijam wino w towarzystwie niemieckich artystów i opowiadam wszem wobec o naszych walkach i protestach. W głowie pojawia się kilka nowych pomysłów na kolejne rysunki i projekty. To jest moja osobista rola, jako artystki, była i będzie.

 

Anna Krenz, Dziewuchy Dziewuchom Berlin

Anna Krenz

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!