Gatunki rozkoszy

1.

[…] nie mogłabym powiedzieć: „Fifi [szympansica – A. J.] jest szczęśliwa”, dopóki tego nie udowodnię; mogłam jednak stwierdzić: „Fifi zachowuje się w taki sposób, że gdyby była człowiekiem, powiedzielibyśmy, że jest szczęśliwa”! [1]

Pod wieloma względami wciąż aktualne słowa Jane Goodall charakteryzujące perspektywę badawczą, jaka dominowała w etologii lat sześćdziesiątych, to mój punkt wyjścia. W jego obliczu drugorzędne zdają się wahania dotyczące (nie)możliwości wysłowienia w logocentrycznym, antropocentrycznym języku uczuć zwierząt, zwłaszcza współdoświadczanej wraz z człowiekiem rozkoszy. Nie stawiam też retorycznego pytania, dlaczego człowiek ma być miarą dla określenia szczęścia przedstawiciela innego gatunku [2]. Czy naszej wyobraźni nie stać na więcej? Podstawowym problem okazuje się to, że zwierzęcą emocjonalność wyklucza się z języka bądź uznaje w nim na specjalnych prawach. Zamierzam pokrótce prześledzić ów wątek i na jego tle – jako alternatywne – przeczytać zapisy poetyckie. Chciałabym od razu zastrzec, że szkic ten ma charakter rekonesansowy i tylko chwilowo, także z braku miejsca, sprowadza się do zaledwie kilku wyrazistych przykładów.

2.

Trzy wypisy, po które sięgam, mogłyby być jedynie epigrafami. Ale już one zasługują na choćby punktowe interpretacje, bowiem tworząc ramę dyskursywną dla interesującego mnie afektu, jednocześnie ten afekt wyrażają. Właściwa im poetyckopodobna wrażliwość sprawia, że rozsadzają pytania o język rozkoszy. Cytaty te tłumaczą przy tym wieloznaczność tytułu mojego artykułu (odnoszącego się tyleż do gatunków biologicznych, co literackich, jak również wskazującego na niejednoimienność samej rozkoszy). Oto one. Jan Gondowicz:

Ośmieszę się pewnie, ale najważniejsze były momenty, gdy kładliśmy się naprzeciwko, wpatrując się sobie w oczy. W spojrzeniu królika jest niedostępny ludziom absolutny spokój, głębia i wybaczenie. Szwejk był samorodnym mistrzem zen. Po dziesięciu minutach czułem się odprężony, oczyszczony, bez jednej złej myśli. Wyciągałem rękę, a on wyczekująco kładł uszy. Obaj wiedzieliśmy swoje. [3]

Donna Haraway:

Jej [psi – A. J.] prędki i giętki język wchodził w kontakt z tkankami moich migdałków, z wszystkimi ich gorliwymi receptorami immunologicznymi. Kto wie, gdzie moje receptory chemiczne zaniosły jej wiadomości albo co ona przejęła z mojego układu komórkowego, służącego do odróżniania siebie od innego i łączenia zewnętrza z wnętrzem?
Odbyłyśmy zakazaną rozmowę; odbyłyśmy stosunek oralny; opowiadamy sobie historię po historii, złożone z niczego innego, jak tylko z faktów. Ćwiczymy się nawzajem w aktach komunikacji, które ledwo rozumiemy. Jesteśmy, konstytutywnie, gatunkami stowarzyszonymi. Wynajdujemy się nawzajem we własnych osobach i cieleśnie. Znacząco inne dla siebie, pozostające w relacji konkretnej różnicy, ucieleśniamy znaczenie złośliwej infekcji zwanej miłością. Miłość ta jest historyczną aberracją i naturokulturowym dziedzictwem. [4]

Barbara Smuts:

W tej chwili, gdy piszę, [suczka Safi – przyp. A. J.] podnosi się z miejsca, gdzie spokojnie leżała przez ostatnią godzinę i lekko trąca mnie w łokieć, sygnalizując chęć nawiązania kontaktu. Kiedy podchodzę do niej, wiedziona podobną intencją, Safi prawie zawsze gotowa jest przerywać swoje aktualne zajęcie i skoncentrować uwagę na mnie, staram się więc odwzajemniać tym samym. Przestaję pisać, patrzę na nią, wypowiadam jej imię i lekko muskam wargami czubek jej głowy. Wyraźnie usatysfakcjonowana, zostawia mnie w spokoju na następną godzinę lub dwie, wykazując się cierpliwością i opanowaniem, jak zawsze wtedy, gdy piszę.
[…] w chwilach, gdy czuję się przygnębiona czy smutna […] najpierw podchodzi do mnie, zagląda mi w oczy, a potem przytula czoło do mojego czoła. Kładzie się obok mnie, maksymalizując kontakt między naszymi ciałami. Jeżeli nie leżę, układam się przy niej (Safi nauczyła mnie tego). Później Safi opiera podbródek na mojej piersi, w miejscu, gdzie znajduje się serce, i patrzy mi w oczy, dopóki nie poczuję się lepiej. Jakiś sceptyk może oczywiście powiedzieć, że robi to po prostu dlatego, iż zorientowała się, że z człowiekiem można się lepiej bawić, kiedy nie jest smutny, i próbuje mnie w ten sposób rozweselić. Odpowiem krótko: gdybyśmy mieli towarzyszy i przyjaciół naszego gatunku, którzy zachowywaliby się w ten sposób, to czy powątpiewalibyśmy w ich szczerość, czy raczej uważalibyśmy się za prawdziwych szczęściarzy? [5]

Słowa eseisty, filozofki oraz antropolożki zdecydowałam się przytoczyć w porządku alfabetycznym. Celowo zderzam fragmenty szkiców reprezentantek wrażliwości posthumanistycznej z felietonem autora niezaangażowanego w tę refleksję (nie bez znaczenia jest ubezpieczająca formuła, jaką otwiera on swą wypowiedź: „Pewnie się ośmieszę”) – z jednej strony, by nadkruszyć hierarchię gatunkową, w tym kontekście szczególnie dającą się we znaki, lecz także, aby wskazać na uniwersalność doświadczenia, o którym mowa. Wyróżnione ustępy nazywam miejscami klimaksu, odznaczają się one dużym ładunkiem emocjonalnym, są kwintesencją zażyłości ze zwierzętami zapisanej w tekstach, z których pochodzą.

Znamienne, że Donna Haraway swój artykuł – kanoniczny już dla studiów nad zwierzętami Manifest gatunków stowarzyszonych – określa jako „dokument osobisty, naukowy wypad na zbyt wiele niedostatecznie rozpoznanych terytoriów” [6], a passus, który przytaczam, zajmuje w nim szczególne miejsce, pochodzi z początkowego, zapisanego kursywą fragmentu. Również Barbara Smuts zastrzega, że o przyjaźni człowieka z innymi zwierzętami nie będzie pisać w trybie naukowej argumentacji (BS, 148). Przy tym drugim szkicu chciałabym teraz zatrzymać się nieco dłużej, ponieważ jego autorka najczytelniej opowiada o konieczności redefiniowania relacji człowieka ze zwierzętami (domowymi). Na swój sposób kreśli więc warunki wyjściowe partnerskiego związku międzygatunkowego, spełniającego się we wzajemnej trosce, uważności i – oczywiście – wymianie pieszczot. Amerykańska antropolożka odwołuje się najpierw do swoich obserwacji naukowych w pracy terenowej z gorylami, szympansami, pawianami i delfinami. Pisze, że w trakcie badań zamierzała być „neutralnym obiektem, który [zwierzęta – A. J.] z łatwością mogą zignorować” (BS, 151), nie chciała dopuścić do zawiązania się między nią i nimi „wspólnoty doświadczeń i wymiany uczuć” (BS, 155), za to małpy, obdarzając ją czułymi gestami, niejednokrotnie sygnalizowały, że taka zażyłość byłaby możliwa. Ich nieoczekiwane oznaki zainteresowania i przyjaźni miały daleko idący wpływ na poglądy Smuts:

[…] po doświadczeniach z pawianami zaczęłam kwestionować dość ciasne ramy naszych związków z „ulubionymi zwierzętami”. Samo to określenie stanowi opis stworzenia o wiele mniej niezależnego niż żyjący na wolności przedstawiciel tego samego gatunku, stworzenia oswojonego i udomowionego. Nawet najbardziej entuzjastyczni posiadacze „ulubionych zwierząt” narzucają sobie zawężony zestaw założeń dotyczących tego, do czego zdolni są ich ulubieńcy i jakiego rodzaju związek może ich z nimi łączyć. (BS, 157–158)

Smuts używa oczywiście angielskiego słowa „pet”, XVI-wiecznego rzeczownika o nieznanej etymologii, dziś odnoszącego się głównie do zwierząt domowych, od niego pochodzi czasownik „to pet”, czyli „pieścić” [7]. Co, jak sądzę, tłumaczy zastrzeżenia autorki. Polskie odpowiedniki „pets” – „pupile” czy „ulubione zwierzęta” właśnie (występujące w szczególnym i nieznośnym natężeniu w przekładzie książki Johna Serpella W towarzystwie zwierząt) – brzmią jeszcze bardziej nieporadnie [8]. Zresztą pupil ma również zastanawiającą etymologię, pochodzi od łac. pupillus, czyli sieroty, wywodzącego się z kolei od słowa pupa – „lalka” [9], zatem możny by sądzić, że tym samym zwierzę zostaje włączone do międzygatunkowej wspólnoty, jednak wraz z rozszerzaniem się znaczenia słowa w tę stronę, zwiększa się jego paternalistyczne nacechowanie. Nie piszę, za Smuts, jedynie o problemie leksykalnym, piszę przede wszystkim o tym, czego jest on symptomem. W istocie bowiem te pozornie czułe określenia, które anonsują sensualną przyjemność, niosą w sobie uprzedmiotawiający potencjał, zwierzę staje się stworzeniem do głaskania, obdarzania pieszczotami, ale na prawach ustalonych przez człowieka. Donna Haraway proponuje posługiwać się sformułowaniem „zwierzęta towarzyszące” – będą to te gatunki, z którymi żyjemy, a których nie zjadamy (co, oczywiście, niesprawiedliwie wyklucza zwierzęta gospodarskie czy raczej hodowlane). Badaczka podobnie jak Rosi Braidotti (a w przeciwieństwie do Serpella, który ostatecznie relacje międzygatunkowe uznaje za surogat relacji z drugim człowiekiem [10]) przestrzega przed naiwnością, sentymentalizmem, infantylizacją, antropomorfizacją prowadzącymi do związków hierarchicznych, edypalnych, opartych na oczekiwaniu bezwarunkowej miłości, na podległości, myleniu zwierząt z dziećmi, zaniedbywaniu wzajemności i pytania o „zwierzęce szczęście” [11].

Smuts, świadoma tych zagrożeń, opowiada, że swoją suczkę Safi, której niezwykle czuły portret kreśli w cytowanym tu szkicu, traktuje jak dzikie zwierzę:

Mogłabym podsumować opis naszego związku stwierdzeniem, że ja i Safi jesteśmy równoprawnymi partnerkami. Nie oznacza to, iż jesteśmy takie same; nie wręcz odwrotnie, mam pełną świadomość, jak bardzo się różnimy – ona z krwią wilków w żyłach, ja z krwią małp. Znaczy to tylko, że traktuję ją jako „osobę”, choć oczywiście „osobę” innego gatunku. Stało się to możliwe dzięki moim badaniom nad pawianami.
[…] Safi nie jest moim dzieckiem, ani moją służącą. Nie jest nawet moją towarzyszką – chcę przez to powiedzieć, że nie istnieje po to, aby dotrzymywać mi towarzystwa. Życzę jej tego, co wszystkim moim przyjaciołom: jak największej wolności w wyrażaniu siebie i wszystkiego, co najlepsze. (BS, 161–163)

I za chwilę dodaje: „jeśli człowiek odnosi się do istoty innego gatunku jako do obiektu anonimowego, niewyposażonej w indywidualność i subiektywność, to człowiek rezygnuje z osobowości, nie zwierzę” (BS, 162).

Twierdzi Barbara Smuts, że doświadczenie przyjaźni ze zwierzętami powinni mieć wszyscy obrońcy praw zwierząt (BS, 166). Antropolożka podobnie jak Donna Haraway przezwycięża racjonalne stanowiska (m.in. Jacquesa Derridy), podtrzymujące radykalną inność, kwestionujące „interakcje między gatunkami”[12]. Cytowane badaczki opowiadają się za koniecznością zmiany akcentów, dominujące do tej pory w obszarze animal studies zainteresowanie uwikłaniem relacji człowieka ze zwierzętami w przemoc należy dopełnić pytaniami o ich pozytywy wymiar. Podobne stanowisko reprezentuje Rosi Braidotti, podkreśla ona, że w związkach opartych na wzajemności transformacji (filozofka mówi wręcz o hybrydyzacji) ulegają obie zaangażowane strony [13]:

[…] postantropocentryczne podejście wymaga od nas sporo wyobraźni, jeśli chcemy w sposób afirmatywny ugruntować nowego rodzaju reprezentacje w rzeczywistych warunkach. W tym względzie musimy przemyśleć status psów, kotów i innych zwierzęcych, kanapowych towarzyszy – uświadomić sobie, że są one umiejscowione na przecięciu gatunkowych podziałów, nie tylko w kontekście naszego do nich przywiązania, czyli z perspektywy afektywnej, lecz także, można powiedzieć, organicznej. Jako złożenie tego, co naturalne i tego, co kulturowe.[14]

Myślę cały czas o trzech fragmentach, które przywołałam na początku, o afektywnej sile, z jaką rezonują, odmiennych źródłach ukazanych w nich doznań i sposobach ich wyrażania. Jan Gondowicz i Barbara Smuts piszą na długim oddechu, o długim trwaniu błogich chwil współobecności, o statycznej pieszczocie, z kolei Donna Haraway w serii eksplozywnych zdań wypowiada intensywność rozmaitych form miłosnej interakcji ze swoją suczką. Ważne, że we wszystkich przypadkach zwierzęta nie tylko odwzajemniają, ale także inicjują kontakt, sygnalizują potrzebę bliskości. To wyróżnia perspektywę nieantropocentryczną. Celowo nie diagnozuję, nie rozstrzygam, o jakich doznaniach mowa: o czułości czy o rozkoszy. Nazwanie tych wiązek emocji zdaje się niekonieczne. Gondowicz pisze – przypomnę – „wiedzieliśmy swoje”.

3.

Kłopot z rozkoszą polega na tym, że choć poddaje się opisom – zasadniczo opisom z gruntu antropologicznym, kulturowym – z trudem daje się ją wysłowić. Wątpliwości jest tu wiele, od tych, które charakteryzuje na przykład Roland Barthes, a dotyczą one spełnienia między parą kochanków [15], po te specyficznie związane z udziałem dwóch podmiotów, z których jeden jest nieludzki.

Osobnym problemem są doznania, które określałabym jako „złą rozkosz”, mam na myśli udział, czynny czy bierny, w korridzie [16], walkach psów, rodeo, polowaniach i tym podobnych ludzkich rozrywkach (cyrki i zoo będą tylko pozornie mniej drastycznymi przykładami), a także niedającą się zignorować zoofilię. Nie zamierzam rozwijać tego wątku. Chciałabym jednak odwołać się do spostrzeżeń Moniki Bakke, która, ledwie szkicując ów trop, przypomina, że zakaz wchodzenia w erotyczne relacje ze zwierzętami przechowała grecka mitologia (z jednej strony w szczególnych okolicznościach miłosnego zbliżenia Ledy z łabędziem-Zeusem, z drugiej strony w postaci Minotaura jako figury przestrogi), ale badaczka odnosi się także do prac współczesnych myślicieli (Petera Singera czy Alphonso Lingisa) starających się podchodzić do tych kwestii bez uprzedzeń, a nawet zakładających, przynajmniej teoretyczny, margines przyzwolenia. Bakke pisze więc: „Miłość międzygatunkowa musi być platoniczna, a erotyczne pożądanie o charakterze międzygatunkowym nie może przekroczyć granic cielesnych – zakaz seksualnej inkorporacji, w przeciwieństwie do jedzenia, dotyczy obu stron” [17]. I za chwilę dodaje, że „w chrześcijańskiej Europie rozkosz doznawana w wyniku kontaktu ze zwierzętami, a może nawet współdoznawana z nimi, była uważana za «zbrodnię, której samo nazywanie jest przestępstwem»” [18]. Moją uwagę, obok kontrowersyjnej kwestii współdoznawania w seksualnej relacji międzygatunkowej, zwraca poprzednie zdanie, w którym przekroczenie granic cielesnych sprowadzone zostaje do związków nacechowanych erotycznie. Tymczasem w przestrzeni między tym, co platoniczne a erotyczne mieści się jeszcze całe spektrum doznań, także cielesnych. Wszak ilustracją do cytowanych na początku słów Donny Haraway mógłby być kadr z wideo-performence’u Justyny Górowskiej pt. Iris i Reks (2009), przedstawiający w zbliżeniu psi język liżący, a właściwie penetrujący usta kobiety [19]. Poza kontekstem da się go interpretować jako wyraz czułości, niekoniecznie nacechowanej erotycznie (choć i takiej wykładni nie można wykluczyć). Oba przykłady pozwalają też postawić pytanie o obrzydzenie („to, co wstrętne, konfrontuje nas z delikatnymi stanami, gdy człowiek błądzi po obszarach zwierzęcia” – powiada Julia Kristeva [20]).

Tymczasem o rozkoszy piszę w kontekście również wywołującej kontrowersje zwierzęcej emocjonalności. Ponad sto lat po opublikowaniu przez Darwina pionierskiej pracy O wyrażaniu uczuć u człowieka i zwierząt (1877) ten obszar jego badań wciąż bywa traktowany z rezerwą. Wprawdzie przeświadczenie, iż życie emocjonalne zwierząt to ludzki konstrukt, projekcja [21] jest odważnie kwestionowane, a co za tym idzie podważa się prawo Lloyda Morgana, głoszące, że „nie wolno nigdy interpretować żadnego zachowania jako wyniku działania większej władzy psychicznej, jeśli może być zinterpretowane jako wynik działania władzy, która zajmuje niższe miejsce w skali psychologicznej” [22]. Jednak jeszcze w 2004 John Capitano, zastępca dyrektora ośrodka zajmującego się badaniem naczelnych, stwierdził, iż zwierzęta „są białym płótnem, na którym malujemy nasze potrzeby uczucia i wizje świata” [23].

Autorytet Darwina po latach podważano, ponieważ posługiwał się on słowami, które rezerwowano dla ludzkich uczuć [24]. Współczesne studia nad emocjami zwierząt wywołują wątpliwości, związane właśnie z językiem ich opisu, gdzie główny zarzut dotyczy niedostatecznego rozgraniczenia emocji zwierzęcych (w domyśle pierwotnych) od ludzkich (w domyśle: bardziej intensywnych i subtelnych) [25]. Badacze bywają postponowani przez zachowawcze kręgi uczonych, określających ich metody jako „antynaukowe”. To doświadczenie na przykład Jane Goodall: „Strasznie mnie krytykowano, kiedy na początku lat sześćdziesiątych zaczęłam używać w odniesieniu do szympansów takich słów jak: «dzieciństwo», «młodość», «motywacja», «podekscytowanie», «nastrój». Kiedy ośmieliłam się zasugerować, że szympansy mają osobowość, uznano mnie niemal za przestępcę. Oskarżono o popełnienie najcięższego z etologicznych grzechów – antropomorfizmu. A wszystko dlatego, że obdarzyłam zwierzęta cechami ludzkimi” [26]. Warte przywołania są w tym kontekście spostrzeżenia Érica Barataya, francuskiego historyka, twórcy metodologii badań dziejów zwierząt, który wystrzega się wprowadzania „rozróżnień między słowami używanymi na oznaczenie zdolności, takich jak powinowactwo i przyjaźń, komunikacja i język, ból i cierpienie”. Podkreśla on, że należy raczej „pozostawić słowom elastyczność i rozpiętość konceptualną, aby zostawić maksimum potencjalności zwierzętom, które znamy nadal bardzo słabo, aby zobaczyć i zaakceptować zróżnicowanie w stopniu i w wykorzystywaniu zdolności, wreszcie – aby pozwolić na przyjęcie zdecentralizowanych, poszerzonych definicji” [27]. W związku z tymi uwagami przemyślenia wymaga samo pojęcie antropomorfizacji, niekiedy nadużywane, innym razem niesłusznie uznawane za niekorzystne dla zwierząt. Słowa Barataya potwierdzają również, że spór, o którym mowa, nie ogranicza się jedynie do wąskiego grona uczonych, przenika do innych dziedzin, a także do dyskursów publicznych, ma wpływ na potoczne myślenie o przedstawicielach innych gatunków.

Kiedy zajrzeć do Słownika etymologicznego języka polskiego autorstwa Wiesława Borysia, okaże się, że w najgłębszych, najstarszych pokładach polszczyzny przechowane są międzygatunkowe źródła rozkoszy:

rozkosz ż od XIV w. ‘najwyższy stopień uczucia przyjemności, upojenia, radości; to, co wywołuje takie uczucie, rzecz przyjemna’, stp. też ‘radość, wesołość’, daw. ‘lubieżność’. Ogsł.: cz. rozkoš ż ‘rozkosz, namiętność’, r. róskoš ‘przepych, zbytek, luksus, bogactwo, wspaniałość’, cs. raskošƅ ‘przyjemność, rozkosz’, ch./s. ráskoš ‘przepych, zbytek, luksus, bogactwo’. Psł. *orzkošƅ ż ‘wzrastanie, rozrastanie, rośnięcie, krzewienie’ >’nadmierne wzrastanie, rozrastanie się’ > ‘nadmiar, zbytek’ i ‘sprawianie radości, przyjemności’ > ‘radość, przyjemność, stan uniesienia, upojenia’, nazwa czynności z przyr. *ƅ od psł. przedrostkowego *orz-kochati i *orz-košitihodować, powodować wzrost, rozkrzewiać; radować, sprawiać radość, przyjemność’, por. p. rozkochać ‘wywołać w kimś gorące uczucie miłości ku sobie’, rozkochać się ‘bardzo mocno, namiętnie kogoś pokochać’, daw. XVI w. ‘mocno się ucieszyć’, XVI-XVII w. ‘rozkrzewiać się, rozrastać, stawać się bujnym’, stcz. rozkochati ‘rozweselić, rozradować’, ukr. rozkocháty ‘wzbudzić miłość, tuczyć (o bydle)’; dł. raskošiti (se) ‘cieszyć się, delektować’, ch./s. rákošiti (se) ‘cieszyć się, delektować’, słwń. raskošíti se ‘rozkrzewiać się’ […] Od tego rozkoszny od XV w. ’sprawiający rozkosz, bardzo przyjemny dla zmysłów, miły, uroczy’, przest. ‘pełen rozkoszy’, dial. też ‘śliczny, ładny’; rozkoszować się ‘doznawać rozkoszy, wielkiej przyjemności, delektować się czymś’ (stp. XV w. rozkoszować ‘używać rozkoszy, przyjemności’). [28]

Brzmią tu echa radości karmienia i rozkoszy spożywania sycącego posiłku. Zażyłości budowanej na opiece. Z rozpoznań współczesnych badaczy wynika, że przyjemność zwierzęta (jak ludzie) czerpią z zabawy, przyjaźni, miłości, także piękna [29]. Co ciekawe, te emocje, zwłaszcza miłość, należą do najrzadziej omawianych [30]. Wiemy też, że fizjologia rozkoszy u człowieka i innych gatunków jest podobna [31], choć często różnimy się ekspresją [32]. Dlatego szczególnie zainteresował mnie następujący fragment dzieła Darwina, w którym XIX-wieczny uczony dostrzegł i podkreślił znaczenie interakcji zarówno wewnątrzgatunkowej, jak i międzygatunkowej:

U niższych zwierząt widzimy, iż te same zasady odczuwania przyjemności wypływają ze zmysłu dotyku skojarzonego z miłością. Psom i kotom sprawia wyraźnie przyjemność ocieranie się o swego pana i panią oraz głaskanie albo poklepywanie przez nich. Dozorcy z ogrodu zoologicznego zapewniali mnie, iż wiele gatunków małp rozkoszuje się pieszczeniem innych oraz pieszczotami, jakimi darzą je inne małpy oraz osoby, do których się przywiązały. Pan Barlett [jeden z dozorów – A. J.] opisał mi zachowanie się dwóch szympansów […], gdy po raz pierwszy zetknęły się ze sobą. Usiadły one naprzeciw siebie, dotykając się silnie wysuniętymi wargami; jeden z nich położył rękę na ramieniu drugiego. Następnie objęły się wzajemnie ramionami. Potem wstały, przy czym każdy trzymał rękę na ramieniu drugiego, podniosły głowy, otwarły usta i zaczęły wyć z rozkoszy. [33]

Swoiście spotyka się ten ustęp z intuicjami poetyckimi. Jacek Podsiadło pisze w jednym z wierszy miłosnych dla Anny Marii: „Nie myślałem, że pęknie tych dni taneczne koło. / Gdy się uczyłaś, szedłem do pobliskiego zoo // patrzeć na smutną parę starych orangutanów. / Były podobne do nas i snułem setki planów, // jak je uwolnić. Ludzka czułość pochodzi przecież / od śmiesznych min, z jakimi wręczały sobie śmiecie // rzucane im przez ludzi przez pręty klatki” [34].

Ważne wnioski z lektury dzieła Darwina wyprowadziła ostatnio Anna Barcz, która kreśli kontrpropozycję dla antropomorfizmu, przekonuje, że kwestie związane z życiem emocjonalnym pozwalają mówić o podobieństwie międzygatunkowym i na jego fundamencie budować wspólnotę „my” [35]. Oczywiście, nie umożliwia ona introspekcji w zwierzęta, skłania raczej do poszanowania ich niedostępności; prawdopodobnie nigdy nie będziemy wiedzieli, co oznacza dla nich doświadczenie danej emocji [36]. Istotne jednak wydaje się współprzeżywanie jej na własny sposób. Tu właśnie przebiega granica antropomorfizacji. Dlatego interesują mnie literackie, w szczególności poetyckie zapisy relacji międzygatunkowych, porozumienia za pośrednictwem do pewnego stopnia wspólnego języka emocji; wymiana doznań między człowiekiem a zwierzęciem, pozwalająca uniknąć fałszowania świata tego drugiego.

Warto wreszcie odnotować, że Barbara Smuts w swoim szkicu, zamieszczonym w tomie Żywoty zwierząt Johna Maxwella Coetzeego, wśród komentarzy do słynnych wykładów Elizabeth Costello zastrzega: „sądzę, że wchodzenie w położenie innych mniej ma wspólnego z poetycką wyobraźnią, a więcej z rzeczywistymi spotkaniami” (BS, 165). Myślę, że badaczka słusznie dowartościowując znaczenie bezpośredniego doświadczenia, nie docenia jednak wpływu języka na to, jak kształtują się relacje międzygatunkowe. Symptomatyczna wydaje mi się w tym kontekście twórczość miłośniczki zwierząt – Zofii Nałkowskiej:

[…] jeżeli powiem „Dianusiu” – jeżeli obejmę i ośmielę, wtedy rozpoczynają się długie, słodkie obrzędy naszej przyjaźni. Za nosem przychodzi jedna i druga łapa, później szczupaczym rzutem wślizguje się na kolana wypukła pierś, a oczy z bliska, radośnie patrzą w oczy. I nastaje szczęście zupełne: łeb wysmukły, tkliwy i rzewny, przytulony do szyi w długim, nieruchomym upojeniu. [37]

Ten fragment zamyka opowiadanie pt. Nasza przyjaźń należące do cyklu próz Między zwierzętami. Nałkowska opisując żywiołową, radosną reakcję swojej suczki, przede wszystkim manifestuje władzę nad nią. Umacnia relację pani – poddana, ani na chwilę nie traci kontroli, podkreśla, że to ona decyduje, kiedy jest czas na pieszczoty, łaskawie je rozdaje i przyjmuje (chyba bez większego entuzjazmu), z wyższością i pobłażaniem przedstawia zachowanie psa, bardziej niż samą bliskością rozkoszuje się posłusznym wypełnianiem swych poleceń. Nie ma w przywołanym fragmencie (i w całej książce, dla której ten cytat jest reprezentatywny) momentu, kiedy ludzki podmiot rezygnuje z dominacji, zatraca się jak zwierzę w samym akcie obcowania z inną istotą. Nie należy jednak tej antropocentrycznej perspektywy mylić z antropomorfizacją [38]. Relacja to spotkanie, gotowość wzajemnego przenikania i zgoda na ograniczenia, nie ma w niej miejsca na komendy. Pisze Barbara Smuts, co wydaje się stosownym komentarzem w tym miejscu, że „przyjaźń [międzygatunkowa] wymaga pewnego stopnia wymiany doświadczeń i uczuć” (BS, 155).
Sięgam po jej poetyckie inkarnacje.

4.

Krystyna Miłobędzka wiersz ze swojego debiutanckiego tomu Pokrewne (1970) tytułuje Na dwóch i na czterech łapach:

po co ta przytulność, którą widać przez palce
mało wzięłam a przecież i temu nie wybrzęczę, nie dojrzę,
nie dosłucham, ledwo się o mnie otarło i już już własne, kwili
dawnym wilkiem, całym matecznikiem odbrzęknie
zawsze nie moje, moje co? zawsze to moje, nie moje co? tak
zdaje się na człowieka [39]

Poetka celowo w tytule nadwyręża polszczyznę sylleptyczną konstrukcją, pokazuje tym samym, że prawdziwa bliskość, szczególnie ze zwierzętami, wymaga przekroczenia konwencji, na łapach bliżej do nich niż na nogach. Za chwilę w Rdzennych jeszcze mocniej zaakcentuje to, co wspólne, co podobne, rdzenne właśnie w emocjonalności człowieka i zwierzęcia:

Donikąd nie chce, uwięzło w swoim, do progu po psiemu
przywarło, żeby chociaż cień wygrzać, skomli o szczodre
poszycie, o dach nad głową – z czego mu wezmę, kiedy każdą
słomką przepłacam rozstaje, niech ominą ten kąt, gdzie
razem pulsujemy w jedno
. Tarmosi o byle przeszłe kroki,
przebudzenia, o piłkę – tu, wśród bliskich, zawsze mu dłużna.
(Z, 59, podkr. AJ)

Przytulność przecieka przez palce, jest miejscem na rozstajach, na pół wersu lub półtora, jak w obu zapisach. Rozkosz ma w nich swój prolog (nieodnotowany) i konsekwencje. Przecież przede wszystkim koncentruje się Miłobędzka na psiej indywidualności. Stowarzyszona ze wszystkim, co żyje w pobliżu, bierze na siebie ciężar odpowiedzialności, także za niemożność sprostania potrzebom innych istot.

W pozostałych jej utworach psy obecne są w codziennej krzątaninie, którą poetka tak bardzo chce zapisać; w biegu słów i myśli zjawiają się „Szare psie twarze” (***, Z, 210), w pojedynczych linijkach: „głowa psa spada na kolana” (Z rozległych powołana – skąd?, Z, 81) albo: „to moje całe z samych o […] // pies dziecko wróbel // między sobą do siebie i do mnie przemykają że przemknęli do / rozdzielenia // nie do rozdzielenia o nas” (O, Z, 135), czasami zaledwie w tytule Wobec siebie, wobec dookoła (w tym – las, psy, konie, wszyscy krewni) (Z, 109) [40]. W ten sposób język poetycki wytwarza przestrzeń, w której możemy przeczuwać bliskie obcowanie z nimi [41]. Nierzadko wyraża też bezradność: „Spróbuj zbudować dom ze słów. […] / I z ćmą i z psem, któremu przydepnąłeś łapę. / Z ogromnym miejscem na ich zdumione »jesteś«” (***, Z, 107). Ale pomimo to okazują się zwierzęta niezbywalne, życio- i poetyckodajne [42]: „późno mi, jeszcze musi nas wystarczyć razem // głos ruch widzę prześwituję, patrzysz przeze mnie i poprzez, / tam też nie tak gęsto a gęsto od ludzi // coraz mniej ja // tyle schowana przed tobą między zwierzęta, co drugie co / trzecie przybiega do mnie, wtedy jestem żywa // nie mam innego sposobu prócz zabrać by oddać” (Jestem że widzę że widzę że mijam, Z, 101 – podkr. A. J.). Tym samym Miłobędzka jeszcze raz zapisuje, jak blisko jej do ich świata, i w istocie ta poezja – co należy już do innej opowieści – poszukuje zwierzęcej bezpośredniości. Co nie znaczy, że autorka Pokrewnych osiąga ją. Mówi raczej o krótkich chwilach porozumienia.

5.

Podobny dystans w bliskości zachowuje Ryszard Krynicki, w jego poezji – zwłaszcza w dwóch najnowszych tomach (Kamień, szron oraz Haiku) – zwierzęta pojawiają się często, ale widziane są z oddali, to m.in.: ptaki, ślimak – starszy brat przeniesiony w bezpieczne miejsce na ścieżce, wiezione do rzeźni cielę. Na tym tle wyjątkowe okazują się dwa bliźniacze utwory ze zbioru Haiku, które w przeciwieństwie do wielu innych nie były wcześniej publikowane:

Dziś w nocy znowu
nie mogłem zasnąć. Mój kot
czuwał nade mną.
Nad ranem, ledwo
otwieram oczy, mój kot
mruczy już do mnie. [43]

Poeta uchwycił to samo spotkanie spojrzeń, o którym opowiadali Jan Gondowicz i Barbara Smuts, zapisuje je najdyskretniej, jak potrafi, ogranicza interpretację, czemu sprzyja forma haiku. Krynicki obawia się opresji języka w stosunku do zwierząt, raczej unika mówienia w ich imieniu. Dlatego wystarcza mu, że kilkoma kreskami naszkicuje aurę współobecności, bez nazywania towarzyszących jej emocji.

6.

Podobnego miejsca w języku, swoimi sposobami, poszukuje Jacek Podsiadło, stąd można by rozpocząć opowieść o jego przyjaźni z Murką: „Murka leży przy moim boku, grzeje się przy ogniu i słuchamy razem muzyki dawnej” (Teraz kiedy zmrok każe nam zapalić latarnie, W, 199) [44], „Lidka z Murką przy twarzy zasnęła na tapczanie” (Udomowienie, W, 198). Murka do swojej śmierci była równoprawną bohaterką tej poezji. O zażyłości z nią, wzajemnej trosce („Nie pojmuję przyczyn, dla których Murka / postanowiła mnie strzec”, Powiodło mi się, W, 188–189) autor wspomina w kilku kolejnych tomach, niekiedy pozornie jedynie wspomina, jak w zakończeniu wiersza Już drugi rok:

Już drugi rok mieszkam w tym domu.
Trafiłbym kluczem do dziurki z zamkniętymi oczyma.
Po trzech dniach nieobecności Murka wita mnie pląsem.
I po ci wędrówki, ogłupiająca praca, dni w osamotnieniu?
Przed szczęściem nie uciekniesz.
(W, 286)

Właśnie Murka, jak pies przewodnik, prowadzi do sedna. Jeszcze silniej swoją obecność zaznacza ona w Mowie oddechu, właściwie wtrąca się do wiersza w dwóch ostatnich strofach, zmienia jego sens, rozsadza nieco melancholijny ton. Pogania swojego opiekuna, Jacka Podsiadłę, tak, że zdąży on jeszcze zapisać, co będzie potem:

Murka niecierpliwie czeka, aż ukończę ten wiersz.
Rano, gdy spałem rozpruła poduszkę w pasy i gwiazdy,
wywlokła z jej wnętrza jedną ze starych, zniszczonych pończoch.
To dziwne: trzymać teraz w ręku pończochę Anny Marii.
Lapsang, dymiona herbata, pachnie wieczorem ogniskiem.
Kształt słowom nadaję oddechem jak hutnik szkła naczyniom.
Murka odkrywa zęby i patrzy na mnie diabelsko.
Prostuję się i przeciągam. Odsłaniam szyję. Pora kochać.
(W, 317)

A wcześniej mowa była o „Niepoliczonych świętach [wszelkiej codziennej czynności – A. J.], w których nie bierzemy udziału” i które może Murka czyni bardziej dostępnymi. Dlatego właśnie trzeba odsłonić szyję, uchylić ciało, by stało się bezbronne. Wszystko to pozwala przypuszczać, że „mowa oddechu” jest tyleż określeniem poezji, co językiem, w jakim komunikują się człowiek i pies, jeśli tylko chcą. Pół roku później powstaje wiersz Jej ciepłe, psie ciało – jego tytuł dopełnia tamto zakończenie i wprowadza w swoje:

Ledwie sprzątnę. Murka znosi mi pod drzwi nowe upominki.
Stara kość, piłka tenisowa, nieżywe kurczę sąsiada,
kilka szmat, pluszowa głowa misia, puszka pepsi-coli
leżą na werandzie jak w komisowym sklepie.
Dokąd miałbym uciec przed taką Miłością?
Te ciepłe ciała są tak potrzebne do zadawania i ujmowania cierpień.
(W, 442)

Otrzymywanie i rozdawanie rozkoszy zdaje się istotą zabiegów Murki, swoistym wkładem w wiersze, ciekawe, że najchętniej ich puentą. Ale w tym przypadku wygląda to trochę inaczej, ona ze swoją szczodrą rozrzutnością zajmuje jeszcze przedostatnią linijkę, zaś w wygłosowej Jacek Podsiadło, czytając z jej radosnego ciała, spisuje psi los – podatny na zranienie. Tu też rozchodzą się ich języki.

7.

Podczas gdy Nałkowska – zgodnie z porządkiem kulturowym – pisze o psie zabiegającym o ludzkie pieszczoty, próbującym – jak to widzi pisarka – przedostać się do świata człowieka, poeci znoszą hierarchię, ale też poniekąd odwracają tę relację. Kiedy ślimak okazuje się bratem, a Murka „postanawia strzec” swojego człowieka, ich ludzcy partnerzy „stają na dwóch łapach”, odkrywają w sobie krew małp. Tak kształtuje się amorficzna wspólnota.

8.

Miejsce szczególne w moim wyborze zajmuje twórczość Tadeusza Nowaka. Najpierw fragment wczesnego opowiadania pt. Między zwierzętami (z Przebudzeń – debiutanckiego tomu prozy), opowiadania tak krótkiego, że poniższy passus można właściwie uznać za jego esencję:

Ponieważ w żaden sposób nie mogłem dojść do porozumienia z rodzicami, wymyśliłem co innego. Po prostu z moim nieustalonym jeszcze dla ludzi życiem przeniosłem się do stajni. Tu wchodziłem pod brzuch źrebięcia i zanim się w domu zorientowano, że mnie nie ma pod kożuchem na piecu, dzieliłem ze źrebięciem, a raczej wsuwałem się w jego, przerywany cichym rżeniem sen. Nie pamiętam też, abym, jeśli się ku temu nadarzyła okazja, nie podszedł do cielaka połechtać go pomiędzy wyżynającymi się różkami. Wtedy cielak z rozkoszy lizał szorstko aż do podskórnej czerwieni dębowy kołek, do którego był przywiązany. A ja w tym czasie kombinowałem, jakby tu zdjąć z nieba pełny miesiąc, aby go osadzić w tych gałęzistych rogach, jakie cielak będzie miał za parę lat. […] Podejrzewam, że w ten sposób broniłem się przed ludzkim światem, który wpychano we mnie razem z jęczmiennym chlebem, ziemniakami i żurem.
Jedynie zwierzęta były dla mnie w tym czasie czymś w rodzaju małych czystych wód chodzących na czterech łapach, w których przeglądałem się od wewnątrz i na zewnątrz. Sądzę, że było również odwrotnie. Zwierzęta przychodziły do mnie, aby się ogrzać przy moim drobnym światełku, wywęszyć poza moją puszystą jak gryczane pole skórą, swoich najbliższych naszczekujących we mnie, potrząsających drabiniastym łbem i łaszących się do bliskiej im mojej zwierzęcej samotności. Jakoś wydawało mi się, że wystarczy siąść między dwiema zgrzebnymi spódnicami zboża, a z mojego na świat uchylenia zaczną wychodzić stada przepiórek, zajęcy i psich szczeniąt potopionych w dziegciu leśnej wody. Wtedy mój pies, z którym nigdy się nie rozstawałem, zachowywał się przy mnie tak, jakby obok niego tańczyło całe psie stado. Zupełnie się nie ukrywał przede mną, jakby przeczuwał we mnie bliską mu zwierzęcą czystość [45].

W dwóch paralelnych zdaniach opisujących rozkosz cielaka i psa Nowak pokazuje umowność podziału na ludzi i zwierzęta, na zwierzęta domowe i gospodarskie. Za chwilę będzie rozwijał ten wątek następująco: „Jeśli kot zwijał się w kłębek na moim brzuchu, sądziłem, że to samo może uczynić białonogi cielak siorbiący z drewnianego skopka ścinające się w siarę mleko. […] Sądziłem, że wszystkie zwierzęta są podobne do mojego młodszego rodzeństwa. Jeśli więc pozwalałem swoim młodszym siostrom wchodzić mi na kolana i targać mnie za uszy, sądziłem, że to samo mogą czynić ze mną zwierzęta. Dlatego nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego mnie bito, gdy do izby chciałem wprowadzić krowę, a na strych pod drabinie wepchnąć kozę” [46]. W innym opowiadaniu ten chłopiec w półsennym marzeniu zobaczy siebie wcielonego najpierw w źrebaka, później w psa. W pierwszym z cytowanych fragmentów brzmią oczywiste skojarzenia z marzeniem o powrocie do łona, ale jednocześnie mówiąc o „uchylaniu świata”, mówi Nowak, że rozkosz nie zabliźnia z nim, przynajmniej nie na długo, przeżywana we wzajemności z inną istotą otwiera na całą gamę doznań. Można powiedzieć, że od zwierząt bohater uczy się, jak być człowiekiem, ale można ująć to mniej antropocentrycznie, że wchodząc między nie, wchodzi we wspólnotę istot czujących.

Mimo dziecięcej perspektywy bohater nie idealizuje relacji ze zwierzętami, intuicyjnie wie, że jak jego dziadek i ojciec będzie musiał wyrosnąć z tych przyjaźni, że taki jest porządek rzeczy: „wprowadzało się zwierzęta między ludzi, gdzie udzielało się im ludzkich tajemnic tylko po to, aby je można było bić po braterskim łbie” [47]; w tym i innych opowiadaniach tomu wielokrotnie wspomina się o topieniu szczeniąt i kociąt, wypalaniu oczu myszom jako normie w chłopackim i chłopskim świecie. W cyklu Psalmów – późniejszych, najdojrzalszych utworów Nowaka – dominują zapisy przemocy wobec zwierząt (na przykład w swoistym subcyklu psalmów o „psiej nędzy”, należą do nich: Psalm o psiej radości, Psalm miłosierny, Psalm o wiośnie). Jednak z samym opowiadaniem Między zwierzętami spokrewniony jest Psalm utrudzony:

Wtulić się razem z tobą w siano
w skoszone mleko sierść i sen
wtulić się z tobą psalmie mój
bawole w łajnie w pocie w glinie
Wtulić się w upał twego brzucha
gdzie Jonasz i gdzie Jakub
wypity z rzeki z jutrznią z rybą
wplątaną w dzwon jej łozinowy
zjedzony w polnym zamyśleniu
z drabiną z jej ostatnim szczeblem
wiodącym na strych z koniczyną
białą od snu dzieciństwa twego
w moje dzieciństwo wtulonego
wtulić się
W siano i w sen siana
wchodzi jak jutrznia cała w rogach
zwalona młotem na kolana
pokryta łajnem potem gliną
zmartwychwstająca wołu rana
ziemi Jakuba i Jonasza
na jego skórze zapisana
Wtulić się
W siano i w sen siana
z mojego ciała człowieczego
niosą Jakuby i Jonasze
mój dzwon zmęczenia bawolego
A gdy na dzwonie siądzie pszczoła
niosąc miód cięższy od bawołu
pod dzwonem nie drgnie nawet rzęsa
aby z jej skrzydeł strącić pyłek
wyjęty z oka biblijnego [48]
(PW, 51)

Wyraźne w opowiadaniu pogłosy z wierszy Czechowicza tu słychać jeszcze lepiej, mam na myśli nie tylko „sen na sianie”, lecz także obrazy łagodnych, przeżuwających krów, „krów wracających do domostw”, brzmi też dalszym echem zmęczenia Leśmianowski Wół wiosnowaty. Utwór Nowaka pisze się, jakby się śnił – obrazy zdają się nachodzić na siebie niczym w wizji sennej i jak na pograniczu jawy i snu, psalm znajduje się na pograniczu stychiczności i stroficzności – w taki sposób, że kolejne cząstki nie są oddzielone enterem, a zaznaczone przez wcięcia i połączone przerzutniami. Bardzo ważnymi, sprawiającymi, że granica między człowiekiem a wołem zdaje się lekko osłabiona, Nowak stara się pokazać, że na poziomie odczuć, emocji niewiele się oni różnią. A może nawet mówi więcej, włączając bawoła w krąg biblijnego objawienia. W psalmie zasypiają dorosły mężczyzna i dorosłe zwierzę, ich wspólny sen – w lekturze łatwo umyka, że chodzi o sen dopiero planowany – tym różni się od snu z opowiadania, że to sen dwóch spracowanych istot zapewniających sobie nawzajem poczucie bezpieczeństwa, obdarzających się bezinteresowną chyba czułością.

W innych wierszach Nowaka ta czułość znowu podszyta jest okrucieństwem. W kręgu utworów o zwierzętach gospodarskich, o bydle mieści się Psalm gościnny:

Do domu mego wchodzi wół
Bądź pozdrowiony u mnie wole
Pozwól ażebym buty zzuł
i bosy gościł cię przy stole
A zanim wargą dotkniesz siana
i wody w wiadrze słonej szczodrze
pozwól mi objąć swe kolana
i maścią natrzeć ranę w biodrze
A gdy się najesz już do syta
i westchniesz wchodząc głębiej w krzesło
będziemy głaskać swe kopyta
że się nam na nich tyle przeszło
Przy moim stole drzemie wół
Na stole ziarno pług i oścień
Pozwól się wole objąć wpół
pókiś mi bratem jest i gościem
A później jarzmo ci zarzucę
i dźgając w bok wywiodę w pole
i każdą skibę krok swój każdy
na twojej skórze spiszę wole
Abyś usłyszał gdy się z nóg
na zaoraną zwalisz ziemię
jak z twojej skóry czyta wnuk
imię Adama i Dawida
i imię Ewy rodzicielki
karmiącej obok z dwojga piersi
to w zmierzchu i to w jutrzni plemię
(PW, 31)

Wyobraźnia poetycka używa antropomorfizacji na korzyść zwierząt, tłumaczy potrzebę bliskości i zarazem ukazuje umowność podziałów międzygatunkowych. Ten wiersz, ze swoją scenerią pozornie naiwną, obnaża hipokryzję relacji ze zwierzętami, wół jest „gościem”, w dodatku „bratem” na czas ograniczony. Ale jednocześnie Nowak nie mówi o znęcaniu się nad nim, problem polega na tym, że brutalne traktowanie, morderczy wysiłek jak pieszczoty wydają się zupełnie na miejscu i nikomu nie przyjdzie do głowy kwestionować takiego porządku. Poeta więc znowu zadał prekursorskie pytanie, tym razem to pytanie o pracę zwierząt.

We wszystkich interesujących mnie tu utworach w różnym stopniu dochodzi do przemiany obu podmiotów – ludzkiego i zwierzęcego, wzajemnego przeniknięcia ich natur. W sposób szczególny dzieje się to w Psalmie milczącym:

Od wielu lat z wilczycą
koczuję w jej śródleśnej jamie
Ona się stara być mi siostrą
ja bratem staram się być dla niej
I obydwoje noc w noc z leża
chodzimy klucząc na mord boży
Mlekiem nam pachnie jutrznia świeża
gdy przy jagnięciu sen nas morzy
A kiedy w sen nasz po jagnięciu
rzuca Bóg dzidą lub maczugą
ona mnie bierze na barana
i w gąszcz ucieka wyjąc długo
Z bożego gniewu ocaleni
zlizując z ran swych ból wzajemnie
czujemy jak umiera Kain
w wilczycy wilczy ludzki we mnie
Ona gdy drzemię archanioła
ze zwiastowania wprost mi wlecze
a ja z radości skucząc wilczo
spoglądam w ślepia jej człowiecze
Przeto gdy ona przez sen wzdycha
zdejmuję z kolan jej łeb wilczy
i z bożych rąk wyjmując dzidę
zbliżam się do niej i Bóg milczy
(PW, 30)

Mówię cały czas także o różnicy miedzy rozkoszą współprzeżywaną z innym zwierzęciem a doświadczaną w odłączeniu, pod wpływem obserwacji jego „innobytu”, radości istnienia. I w tym przypadku niekoniecznie będą to, czego można by się spodziewać, doznania jedynie estetyczne. Jak w Nowakowym Psalmie o wildze, który jeszcze zacytuję:

Wilga wiwilga dwa kawałki smyczka
Słoneczko gaśnie w głowie pomylonych
I psu na deszczu zieleni się morda
jak szpragusu weselna doniczka
Wilga wiwilga dwa kawałki smyczka
Tęcza alkohol z głowy dziadka pije
W kobyli ogon twarze apostołów
wyciera deszczu przydrożna kapliczka
Wilga wiwilga dwa kawałki smyczka
Wieś wystawiła pod okap cholewy
Teraz się myje nad drewnianą balią
i balia śpiewa jak w Wilię kantyczka
(PW, 65)

9.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że rolą języków poetyckich jest wzbogacanie słowników i wyobraźni, poszerzanie wrażliwości o słowa i rejestry, z których braku być może nie zdawaliśmy sobie sprawy; niekiedy też demaskowanie zakłamań i manipulacji. Tymczasem w czterech językach poetyckich, które mnie interesowały, językach mniej lub bardziej antropomorficznych, lecz w żadnym razie antropocentrycznych, rozkosz podzielana przez człowieka i zwierzę nie zajmuje osobnego miejsca w słownikach. I właśnie dlatego rozsadza zbyt ciasne dla niej ramy wąsko rozumianej antropologii oraz etologii. Objawia się na różne sposoby, często w półtonach, jest soczewką, przez którą można przyjrzeć się rozmaitym więziom międzygatunkowym. Tym samym daje, mam nadzieję, uzasadnione podstawy, by język emocji traktować jako koiné w naszych relacjach ze zwierzętami.

 

■ Artykuł powstał w ramach projektu „Post-koiné. Zwierzęta i poeci (studia wybranych przykładów w literaturze polskiej)”, sfinansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki, przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2014/12/S/HS/00182.

 

[1] Jane Goodall, Przedmowa, [w:] M. Bekoff, O zakochanych psach i zazdrosnych małpach. Emocjonalne życie zwierząt, tłum. M. Stasińska-Buczak, Znak, Kraków 2010, s. 9.
[2] Tamże, s. 40.
[3] Jan Gondowicz, Królewska wysokość, „Dwutygodnik” 2011, nr 62, http://www.dwutygodnik.com/artykul/2461-skok-w-bok-krolewska-wysokosc.html [dostęp: 9.02.2015]
[4] Donna Haraway, Manifest gatunków stowarzyszonych, tłum. J. Bednarek, [w:] Teorie wywrotowe. Antologia przekładów, pod red. naukową A. Gajewskiej, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012, s. 242.
[5] Barbara Smuts, ***, [w:] J. M. Coetzee, Żywoty zwierząt, tłum. A. Dobrzyńska-Godawska, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 159, 165. Dalej posługuję się skrótem BS, po nim podaję numer strony.
[6] Donna Haraway, Manifest gatunków…, s. 243.
[7] The New Oxford Dictionary of English, ed. by J. Pearsall, Oxford University Press, Oxford 2001, s. 1388, s. v. „pet”.
[8] W uzusie, co odkryłam ze zgrozą, pojawia anglicyzm „pet” (liczba mnoga „pety”). Cf. K. T. Konecki, Zwierzęta i ich ludzie. Interakcjonistyczno-symboliczna analiza społecznego świata właścicieli zwierząt domowych, Scholar, Warszawa 2005.
[9] Cf. W. Kopaliński, Podręczny słownik wyrazów obcych, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1999, s. 636, s. v. „pupil”.
[10] James Serpell, W towarzystwie zwierząt. Analiza związków ludzie-zwierzęta, tłum. A. Alichniewicz, A. Szczęsna, PIW, Warszawa 1999, s. 162–163.
[11] Rosi Braidotti, Po człowieku, tłum. J. Bednarek, A. Kowalczyk, przedmowa do polskiego wydania A. Kowalczyk, PWN, Warszawa 2014, s. 152–154. Cf. M. Bakke, Między nami zwierzętami. O emocjonalnych związkach między ludźmi i innymi zwierzętami, „Teksty Drugie” 2007, nr 1/2, s. 225­–226; J. Serpell, W towarzystwie zwierząt…, s. 35–57; 66; M. Bakke, Więź, „Czas Kultury” 2002, nr 1, s. 14–16.
[12] Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii, tłum. P. Tarasewicz, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2014, s. 215.
[13] Rosi Braidotii, Po człowieku…, s. 169.
[14] Tamże, s. 158, podkr. A. J. W innym miejscu kreśli Baridotii projekt etyki afirmatywnej nietożsamej z naiwną postawą, pozwalającej przekształcić i tym samym przezwyciężyć negatywne zjawiska, doświadczenia bólu i cierpienia, także w relacjach z nie-ludźmi, etyki umacniającej oba podmioty. Cf. tejże, Siła afirmacji. Odpowiedź Lisie Baraitser, Patrickowi Hanafinowi i Clare Hemmings, przeł. M. Dąbrowska, przekład przejrzały A. Barcz i E. Domańska, [w:] Zwierzęta, gender, kultura. Perspektywa ekologiczna, etyczna i krytyczna, pod red. A. Barcz, M. Dąbrowskiej, E-naukowiec, Lublin 2014, s. 69–77.
[15] Roland Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego, przekł. i posłowie M. Bieńczyk, wstęp M. P. Markowski, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999, s. 102.
[16] Tak źródła rozkoszy, jakie człowiek czerpie z korridy, rekonstruuje jej znawca, Éric Baratay (Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii, tłum. P. Tarasewicz, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2014, s. 320): „Rozkosz rodzi się z okropności i niepokojącej urody śmierci; przemoc i cierpienie pozwalają wyłonić się temu, co pierwotne, prawdziwe, dosięgnąć intensywnej rzeczywistości. Należy zerwać z ustanowioną moralnością, odnaleźć psychiczną głębię człowieka, spętaną wiekami rosnącego ugrzecznienia, ogłosić bunt ciała i namiętności przeciw wykastrowanej egzystencji tych czasów, stworzyć nadczłowieka, inteligentnego, zmysłowego, rozpustnego – rozwiązłość jest bowiem antidotum na współczesną apatię, źródłem siły i urody życia – dokonać w ten sposób rewolucji, w której zatriumfowałoby to, co irracjonalne oraz gwałtowny chaos pragnień i instynktu, przekroczyć granice tego, co ucywilizowane, uświadomić sobie najciemniejsze zakamarki swego jestestwa”. Refleksy podobnych doznań dostrzega w dawnych, ale także jeszcze XIX-wiecznych, książkach kucharskich Katarzyna Łeńska-Bąk (O zabijaniu zwierząt, przelewanej krwi i czerninie, [w zbiorze:] Bestie, żywy inwentarz i nasi bracia mniejsi. Motywy zwierzęce w mitologii, sztuce i życiu codziennym, red. P. Kowalski, K. Łeńska-Bąk, M. Sztandara, Uniwersytet Opolski, Opolskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Opole 2007, s. 202–203), która pisze: „Najkrócej istotę przepisów streszcza zalecenie, w którym klimat jatki jest wstępem do wyrafinowanych rozkoszy ciała. Czytając dawne kulinarne kompendia, odnosi się wrażenie, że kucharz czy kucharka w dawnych wiekach z upodobaniem i satysfakcją dokonywali egzekucji na tym, co miało być materiałem ich kulinarnych wyczynów”.
[17] M. Bakke, Między nami zwierzętami…, s. 231.
[18] Tamże, s. 231–232, podkr. A. J.
[19] Ecce Animalia, Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, Orońsko 2014, s. 119. Film dostępny na stronie: https://vimeo.com/84772535 [dostęp: 4.03.2015]
[20] Julia Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, tłum. M. Falski, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2007, s. 17.
[21] Monika Bakke, Między nami zwierzętami…, s. 225.
[22] Cyt. za: Olga Tokarczuk, Maski zwierząt, [w:] tejże, Maski zwierząt, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 35.
[23] Cyt. za: Marc Bekoff, O zakochanych psach…, s. 44.
[24] Cf. Roman J. Wojtusiak, Od Redaktora, [w:] K. Darwin, O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt, tłum. Z. Maklert, K. Żaćwilichowska, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988, s. 26.
[25] Marc Bekoff, O zakochanych psach…; Jeffrey Masson, Susan McCarthy, Kiedy słonie płaczą. O emocjonalnym życiu zwierząt, tłum. K. Kozubal, Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa 1999.
[26] Cyt. za: Jeffrey Masson, Susan McCarthy, Kiedy słonie płaczą…, s. 15.
[27] Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia…, s. 52.
[28] Wiesław Boryś, Słownik etymologiczny języka polskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 520–521, s. v. „rozkosz”, podkr. A. J.
[29] Cf. Jeffrey Masson, Susan McCarthy, Kiedy słonie płaczą…
[30] Marc Bekoff, O zakochanych psach…, s. 26.
[31] P. Martin, Seks, narkotyki, czekolada, przeł. A. Dzierzgowska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza S.A., Warszawa 2010.
[32] Marc Bekoff, O zakochanych psach…, s. 32.
[33] Karol Darwin, O wyrazie uczuć…, s. 236, podkr. A. J.
[34] Jacek Podsiadło, Noc nr 135. Przesilenie, [w:] idem, Wiersze zebrane, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2003, s. 266–267. Dalsze przytoczenia z tego tomu opatruję skrótem W, po nim podaję numer strony. Podobny zapis, w którym zwierzęca rozkosz staje się swoistą matrycą do przeżywania jej przez człowieka, znajduję w eseju Josifa Brodskiego: „Pamiętam jeden dzień – dzień, kiedy musiałem stąd wyjeżdżać po miesiącu samotnego pobytu; byłem właśnie po obiedzie w jakiejś małej trattorii […]: ryba z rusztu, pół butelki wina. Z tym posiłkiem w żołądku ruszyłem w stronę miejsca mojego tymczasowego zamieszkania, aby zabrać bagaże i złapać vaporetto. Przeszedłem kilkaset metrów po Fondamenta Nuove, jako mały ruchomy punkcik w tej gigantycznej akwareli, i skręciłem w prawo przy szpitalu Giovanni e Paolo. Było ciepło, słonecznie, błękitnie – sama rozkosz. Obrócony tyłem do Fondamenta i San Michele, idąc tuż przy murze szpitala, niemal ocierając się oń lewym barkiem i mrużąc oczy w słońcu, poczułem nagle: jestem kotem. Kotem, który właśnie najadł się ryby. Gdyby ktoś w tym momencie zwrócił się do mnie, zamiauczałbym. Byłem absolutnie, zwierzęco szczęśliwy. Dwanaście godzin później, ma się rozumieć, po wylądowaniu w Nowym Jorku, wpakowałem się w najgorszy bigos, jaki mógł mi się w życiu przydarzyć – na taki przynajmniej wtedy wyglądał. Mimo to coś z tego kota siedziało we mnie przez cały czas; i gdyby nie kot, łaziłbym teraz po ścianach we wnętrzu jakiegoś kosztownego zakładu”. J. Brodski, Znak wodny, tłum. S. Barańczak, „Zeszyty Literackie” lato 1992, nr 39, s. 42.
[35] Anna Barcz, Portrety ludzi i zwierząt a zagadnienie podobieństwa po Darwinie, [w:] Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch paradygmatu antropocentrycznego?, pod red. A. Barcz, D. Łagodzkiej, Wydawnictwo IBL, Warszawa 2015, s. 50. Cf. M. Bekoff, O zakochanych psach…, s. 143.
[36] Anna Barcz, tamże, s. 60.
[37] Zofia Nałkowska, Nasza przyjaźń, [w:] tejże, Między zwierzętami. Opowiadania. Fragmenty, wstęp, wybór oprac. H. Kirchner, WAB, Warszawa 2012, s. 124. Cenne zdaje się porównanie perspektywy Zofii Nałkowskiej ze sposobem, w jaki o relacjach międzygatunkowych pisze Irena Krzywicka w tomie próz Mieszane towarzystwo (1961). Z jednej strony bowiem i w nich zwierzęta przedstawiane są z pozycji wyższościowej, antropomorfizując, autorka traktuje je protekcjonalnie, z drugiej strony jednak zdarzają się w niektórych opowiadaniach (na przykład w zakończeniu Fopka) zapisy bliskości, w których różnice gatunkowe nie mają znaczenia.
[38] Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia…, s. 50–51.
[39] Krystyna Miłobędzka, Na dwu i na czterech łapach, [w:] tejże, Zbierane, Biuro Literackie, Wrocław 2006, s. 57. Dalsze przytoczenia z tego tomu opatruję skrótem Z, po nim podaję numer strony.
[40] Bardzo ciekawym przyczynkiem do rozważań na temat miejsca zwierząt, zwłaszcza psów w tym świecie poetyckim, jest dwugłos Krystyny Miłobędzkiej i jej męża, Andrzeja Falkiewicza:
„AF: Czy jeżeli potrącę samochodem psa, będzie to przestępstwo drogowe? W zasadzie nie. A dlaczego nie? Dochodzi się tu do bardzo niejasnych wniosków. To, że cała nasza etyka dotyczy ludzi, pochodzi prawdopodobnie z bardzo wczesnej warstwy biblijnej. To jest etyka myśliwych i hodowców-pasterzy. Dziś współżyjemy ze zwierzętami inaczej i tę etyczność trzeba rozszerzyć, otworzyć ją na zwierzęta. Jak choćby nasze psy – ci pełnoprawni domownicy bez żadnych obowiązków.
[41] Cf. Elżbieta Winiecka, Z wnętrza dystansu. Leśmian – Karpowicz – Białoszewski – Miłobędzka, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2012, s. 402–404.
[42] Miejsce zwierząt w poezji Miłobędzkiej z pewnością wymaga szerszego opisania, przydatne mogą być tu języki niektórych interpretacji i konteksty przez nie uruchamiane, cf. K. Kuczyńska-Koschany, Miłobędzka, macierzyństwa [w:] tejże, Interlinie w ciemności. Jednak interpretacja, Wydawnictwo Pasaże, Kraków 2012, s. 30–51; A. Kałuża, Wola odróżnienia. O modernistycznej poezji Jarosława Marka Rymkiewicza, Julii Hartwig, Witolda Wirpszy i Krystyny Miłobędzkiej, Universitas, Kraków 2008, s. 187–230; E. Winiecka, Z wnętrza dystansu…, s. 339–407.
[43] Ryszard Krynicki, Haiku. Haiku mistrzów, Wydawnictwo a5, Kraków 2014, s. 41.
[44] Nie mogę zgodzić się z Sylwią Grzeszną (Analogie ludzko-zwierzęce w poezji Jacka Podsiadły, [w:] (Inne) zwierzęta mają głos, red. D. Dąbrowska, P. Krupiński, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2011), która twierdzi, że bohater wierszy Podsiadły prowadzi rozmowy tylko z ptakami (s. 117), zaś obecność Murki w tej poezji określa jako „wzmianki”, nie pozwalające mówić o „trwałej więzi ze światem przyrody” (s. 122).
[45] Tadeusz Nowak, Między zwierzętami, [w:] tegoż, Przebudzenia. W puchu alleluja, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1989, s. 18–19, podkr. A. J.
[46] Tamże, s. 17–18.
[47] Tamże, s. 17.
[48] Tadeusz Nowak, Psalm utrudzony, [w:] tegoż, Psalmy wszystkie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980, s. 51. Dalej cytaty z tego tomu opatruję skrótem PW, po nim podaję numer strony.

Anita Jarzyna

Ur. 1984. Doktor, badaczka literatury. Autorka książki „Pójście za Norwidem” (w polskiej poezji współczesnej) (Lublin 2013), współredaktorka i redaktorka kilku numerów tematycznych czasopism („Poznańskie Studia Polonistyczne”, „Polonistyka”, „Tekstualia”) oraz tomów zbiorowych, w tym T. Nowak, Spowiedź wyobraźni (szkice i rozmowy) (zebrała oraz wstępem i notą opatrzyła A. Jarzyna, Kraków 2014). Publikowała m.in. w „Przestrzeniach Teorii”, „Poznańskich Studiach Polonistycznych”, „Colloquia Litteraria”, monografiach zbiorowych. Autorka rozprawy „Imaginauci. Pismo wyobraźni w poezji Bolesława Leśmiana, Józefa Czechowicza, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Tadeusza Nowaka” (2013, w przygotowaniu do druku). Stypendystka m.in. Funduszu im. Rodziny Kulczyków, Ministerstwa Nauki, Funduszu im. Profesora Władysława Kuraszkiewicza; wyróżniona Medalem Młodej Sztuki w dziedzinie literatury (2015). Aktualnie w ramach programu FUGA, finansowanego przez NCN, na Uniwersytecie Łódzkim realizuje projekt „Post-koiné. Zwierzęta i poeci (studia wybranych przykładów w literaturze polskiej)” (DEC-2014/12/S/HS/00182).

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!