Dyskretny urok gabberów na jutubie

Ej, a słyszeliście o tym, że ma być nowe Beverly Hills 90210? Bo że ma być nowy Król lew to już wszyscy wiedzą, że nowy Przystanek Alaska też, nowy sezon nowej Sabriny nastoletniej czarownicy – żaden news. A nowe Jurrasic Park? No tak, ma być. O nowej Godzilli, King Kongu, Gwiezdnych Wojnach, Obcych nawet się nie mówi. Nie do końca wiadomo, czy wszechogarniająca fala remake’ów, nowości, które tylko udają nowości, to kapitalistyczne podjadanie sentymentów, odpowiedź kultury popularnej na prawdziwą nostalgię, czy fabrykowanie wspomnień i wzruszeń.

Czy naprawdę serial o nastoletniej czarownicy, w którym najbardziej oryginalną i błyskotliwą postacią był sztuczny kot o imieniu Salem (i, moim zdaniem, akurat on wejdzie do historii kultury na zawsze), był tak ważnym, pokoleniowym przeżyciem? Czy był raczej telewizyjną ramotą do obejrzenia po szkole, jednym okiem, do obiadu? Juliusz Strachota w książce Turysta polski w ZSRR w piękny sposób opisuje cienką granicę pomiędzy wspomnieniem prawdziwym a wspomnieniem wspomnienia, ulotną fantazją o naszym dzieciństwie, marzeniach, o nas samych sprzed kilkudziesięciu lat. Kiedy byliśmy dziećmi, wyobrażaliśmy sobie swoją przyszłość, siebie jako dorosłych, lecz, oczywiście, niewiele miały te wizje wspólnego z tym, kim się staliśmy. Okazuje się, że podobnie jest z wyobrażeniami nas dorosłych na temat dzieciństwa. Można bez problemu zadać pytanie: „Kim zostaniesz, jak będziesz dzieckiem?”. Zdaje się, że kultura popularna dzisiaj nie tyle zaspokaja naszą tęsknotę i budzi wspomnienia, ale je kreuje, budując kanon kultury pop lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Bo jeśli robi się remake filmu, to znaczy, że warto. Jeśli Netflix za trzydzieści milionów dolarów przedłuża licencję na serial Przyjaciele, to znaczy, że był naprawdę ważny. Oglądamy Rossa i Pheobe i ich kochamy, bo przecież są naszą rodziną i razem dorastaliśmy. Naprawdę? Nieważne, dawaj następny odcinek. Tak się odbywa zarządzanie przeszłością. „Gdyby tak kiedyś Beatlesi grali tak jak wy, gdyby tak wszyscy kolesie z tamtych lat grali tak jak wy” – śpiewał zespół Żółte Kalendarze… Przecież dzisiaj robimy te lata dziewięćdziesiąte lepiej!

„Wszystko już dawno zostało napisane” – śpiewnie dopowiadają Żółte Kalendarze. Mieszanie w przeszłości, przyglądanie się jej stało się jedną z najważniejszych gałęzi współczesnej (ale czy to słowo ma jeszcze sens?) kultury masowej. Kryzys wyobraźni? Koniec kultury? Możliwe, że naprawdę nie da się już w 2018 wymyślić czegoś, o czym malkontenci nie mogliby powiedzieć: „Okej, ale to już było”. Możliwe, że autentyczność skończyła się na początku XX wieku, ale ile można patrzeć w przeszłość? Ile można podniecać się kasetami VHS, modernizmem, starymi polskimi reklamami, Koralgolem i jajkiem tamagotchi?

Olga Drenda w swojej nowej książce nie cofa kasety magnetofonowej ołówkiem (jeśli tego nie pamiętasz, to nie wiesz, co to znaczy dzieciństwo!), jej Wyroby. Pomysłowość wokół nas  to spojrzenie na fragmenty rzeczywistości, które do tej pory omijaliśmy wzrokiem. Wyroby to owoce pomysłowości twórców amatorów, zmajstrowane, wykonane w magazynku przy domu, postawione na półce, ustawione z dumą w ogródku. Do tej kategorii zalicza autorka rozmaite owoce ludzkiego działania, od przybudówek do domów, przez zaludniające segmenty szklane ryby, napisy „ZŁY PIES”, artystyczne ogrodzenia posesji, aż po amatorskie kapele podwórkowe. Może trochę za szeroka ta kategoria, bo chyba motywacje twórców były odmienne w każdym z tych przypadków i w rzeczywistości niewiele łączy magazynek na łopaty z piosenką o białym misiu. A może odzwyczailiśmy się już od kategorii ze starej dobrej szkoły strukturalizmu, może Roland Barthes i Claude Lévi-Strauss nie bez powodu odeszli do lamusa?

Wyroby powstawały (i powstają) poza mainstreamowym obiegiem, ale nie są wolne od masowej wyobraźni, są bardzo dobrym przykładem zmieniających się mód, reguł rynku, związków kapitalizmu ze światem kultury i estetyki. Opowieść Olgi Drendy o przedmiotach jest też wbrew pozorom historią o braku sentymentów. Pocztówki dźwiękowe były urocze, towarzyszyły pokoleniom, miały niesamowity dźwięk, ale natychmiast zostały zastąpione kasetą magnetofonową – bo zmieści się więcej piosenek, bo bardziej praktyczna. Kaseta ustąpiła miejsca płycie CD itd. Można kontynuować tę historię, wspomnieć o internecie, jutubie, spotify. Wyroby z jednej strony są wyrazem twórczego szału, realnej potrzeby, z drugiej wyrażają banalność i powtarzalność naszych gustów, bo jeśli Myszka Miki została wykonana milion razy, Kaczor Donald dwa miliony, grzybek trzy, a łabędź z opon jeszcze więcej… Ikonografia masowej wyobraźni ulega przemianom, Myszki Miki ewoluują w postaci z Krainy lodu (która jest już dość stara na „rynku bajek”, ale w sklepach z zabawkami wciąż na topie), Kaczor Donald zamienia się miejscami ze Świnką Pepą, która zaraz pewnie zniknie, a może już zniknęła, a ja po prostu o tym nie wiem?

Ciekawe wydaje się odczytanie badań Olgi Drendy w kontekście bardzo aktualnej popularności losu przegrańca i historii o przegrywie (Netflix wypuścił nawet film dla nastolatków, którego polskie tłumaczenie brzmi Sierra Burgess jest przegrywem). Porażka stała się jednym z ulubionym motywów twórców seriali, a sadcomy w stylu BoJack Horseman oddają godność ludziom (i zwierzętom), którym się nie udało lub są trochę mniej ładni, których kariera dobiegła końca, a rzeczywistość wygląda zdecydowanie inaczej niż ją sobie wyobrażali. Czy nie kochamy memów zestawiających oczekiwania z rzeczywistością? Figurki Olgi Drendy, jej zabawki z krzywymi oczkami, rzeczy, które miały być słodkie, a są jednak trochę straszne (albo na odwrót) – to tacy loserzy w połamanych okularach, którym nie wyszło. Olga Drenda empatyzuje z tymi wyrobami, może nawet trochę je kocha i w swojej książce przywraca im miejsce na mapie naszej wrażliwości, jest to ukłon w stronę filozofii D.I.Y., rzeczywistości mniej udanej, ale twórczej, autorskiej, osobistej.

Bardzo ciekawa (zwłaszcza dla osoby skrajnie niezainteresowanej przeszłością tak jak ja) w Wyrobach jest próba opisania przedmiotów, wnętrz otaczających nas dzisiaj. Dlaczego decoupage, szablon z Audrey Hepburn, fototapeta ze zdjęciem Nowego Jorku albo Londynu? Autorka pisze o rękodziele z fabryki, trującym uroku pastelowych sielankowych ozdób, cytatach na ścianach, wszechobecnej „kreatywności”. Co o nas powiedzą badacze i badaczki przestrzeni wizualnej za pięćdziesiąt lat? Dlaczego w moim mieszkaniu wisi akurat taki obraz, dlaczego chodzę po tym dywanie i dlaczego nienawidzę firanek? Kim chcę być, albo raczej kim tak bardzo chcę nie być?

Przedmioty, o których pisze Olga Drenda, często próbowały naśladować lepszy wszechświat, ten znany z Zachodu, Ameryki, Europy, ten podpatrzony w świecie natury (słynne betonowe grzybki w ogrodach), są jego odbiciami, wersjami beta, fantomami, poprzez swoją niedoskonałość bardziej unikatowymi i chwytającymi za serce niż pierwowzory. Ludzie na monidłach bardziej żywi niż ci siedzący na wersalkach pod nimi. Trochę podobni jesteśmy, my sami, do tych krzywych Miki, kiedy je naśladujemy. Co właściwie naśladujemy? Przeszłość, bo to ona jest teraz Starym Wspaniałym Światem. Kiedy zakładamy dresy, włączymy na jutubie Gabber Dance (1 839 669 wyświetleń) i zaczynamy tańczyć, to jesteśmy jak ten Kaczor Donald, co mu oko spływa. Czyż nie? Weź głośniej!

 

Olga Drenda, Wyroby. Pomysłowość wokół nas, Karakter, Kraków 2018.

Emilia Konwerska

Literaturoznawczyni, publicystka, pracuje w kulturze i mieszka w Olsztynie. Współpracuje z "Krytyką Polityczną" i "Gazetą Wyborczą".

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!