Kropki i linie

– Anka, ty naiwna cipo – myślałam, idąc coraz szybciej przez strumienie wiosennego deszczu, masę przechodniów, las parasoli, spaliny, cały krakowski syf . – Anka, chciałaś się bawić w Courtney Love, więc teraz zluzuj pośladki, proszę cię.

Powtarzałam to jak mantrę, ale nie potrafiłam zluzować; w końcu zaczęłam biec, ściskając w dłoni klucze do wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Czekał tam Kuba, mój chłopak, mój blady wampir-wegetarianin, który ostatnio coraz częściej przechodził na drugą stronę lustra, gdzie widział wielkie kłopoty i jeszcze większe spiski. Z jego dziewczyny powoli stawałam się pielęgniarką, przygarnęłam go do siebie, tuliłam w nocy, mówiłam uspokajające pierdoły w języku maskotek, ale to nie pomagało. I nagle musiałam pojechać do Poznania, do domu rodzinnego, który niedawno opuściłam z radością, a nad którym zbierały się ciężkie od kwaśnego deszczu chmury. Spędziłam w nim dwa dni, pod koniec tego drugiego Kuba przestał odbierać telefon. Z każdym kolejnym połączeniem gdzieś w głowie zapalała mi się ostrzegawcza lampka. Teraz, kiedy wreszcie wróciłam do Krakowa, ta lampka pulsowała z intensywnością stroboskopu.

Dotarłam do mojego bloku. W windzie liczyłam piętra, drzwi mieszkania otwierałam drżącą dłonią. Ciemno, cicho. Miałam współlokatora, ale dziewięćdziesiąt procent czasu i tak spędzał u swojej dziewczyny; zdziwiłabym się, gdybym go zastała. Zapaliłam światło w przedpokoju. Nie zdejmując niczego, wpadłam do mojego pokoju. Pstryk! I zobaczyłam Kubę leżącego na łóżku, plecami do mnie, twarzą do ściany.

– Kuba…?

Bez odpowiedzi. Nie, nie podejdę do niego, nie chcę tego widzieć. Podeszłam. Dotknęłam jego pleców, ostrożnie ścisnęłam za ramię i pociągnęłam. Był siny na twarzy, z ust zwisały nitki wymiocin, w ich kącikach szarzała piana. Tylko oczy wydawały się żywe – patrzyły tak jak zawsze, jakby gdzieś w moim wnętrzu żarzył się ognik i siłą woli próbowały go ze mnie wyciągnąć. Siadłam na podłodze, mając wrażenie, że wszystko wokół się trzęsie, nie tylko ściany i przedmioty, ale też cała rzeczywistość, że powietrze rozdziera się, odsłaniając czającą się za nim nicość. Jak do tego doszło? Co doprowadziło mnie do tego momentu? Skuliłam się w sobie, starając się zrekonstruować wszystko, odnaleźć punkty kulminacyjne, białe kropki na czarnej tablicy, połączyć je liniami i narysować wykres mojego życia.

*

Kraków, Podgórze, stara i tania kamienica, a w niej trzypokojowe mieszkanie, położone na czwartym piętrze, jeszcze nie do końca doprowadzone do stanu używalności po małym wybuchu gazu i totalnie zagracone przez przewijający się przez nie zachlany tłum pre-studentów, studentów i post-studentów. Wtedy znajdowaliśmy się w nim tylko ja i Kuba. Ja siedziałam na przytarganym ze śmietnika fotelu, a on leżał na materacu znalezionym w tym samym miejscu, co fotel. Ja paliłam już trzeciego papierosa pod rząd i starałam się ukryć zdenerwowanie za chmurami nikotyny; on gapił się w pokryty kolorowymi esami-floresami sufit, opanowany i cichy. W tym miejscu nie zaczęła się nasza historia, ale właśnie tu nabrała rozpędu.

Kuba podniósł pod światło białą tabletkę, na której wyryto rozchodzące się promieniście strzałki. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, skąd wziął cały ich zapas. Po tym, jak zniknął na niecałe dwa tygodnie, przyszedł do mnie i powiedział, że czeka nas przygoda życia, że w dziedzinie narkotyków z pół-amatorów przejdziemy na zawodowstwo. Nie chciałam wcale przechodzić na zawodowstwo – kojarzyło mi się z brakiem zębów, dworcowymi kiblami i gangreną w miejscach po ukłuciu igły – ale zgodziłam się pilnować Kuby podczas jego tripu.

Obrócił tabletkę kilka razy w palcach, uśmiechnął się i powiedział, nie patrząc na mnie:

– To całe pieprzenie o Bogu, wchodzeniu na wyższe poziomy świadomości, opuszczaniu ciała, domorośli filozofowie z dysleksją dyskutujący na forach internetowych o jedności z Wszechświatem – to wszystko znajduje swoje potwierdzenie w tym małym białym punkciku. Nigdy nie myślałem, że zabawa w tripy będzie kiedyś tak bardzo na serio.

Odwrócił się w moją stronę, a ja spojrzałam mu w oczy, nie wiedząc, co mam o nim myśleć. Wciąż czułam się zafascynowana, ale kilkanaście minut temu zaczęłam się bać; oglądałam tabletkę w jego dłoni, a w żołądku poruszał mi się twardy i ostry kształt.

Kuba połknął narkotyk, zamknął oczy i zwinął się na boku w pozycji embrionalnej, żeby w razie czego nie zadławić się rzygami. Leżał spokojnie, nic nie mówił, czekał lub przeżywał. Wzięłam stojącego na podłodze laptopa, nie chcąc cały czas gapić się na niego niczym na zwłoki Jezusa, który ma lada chwila zmartwychwstać. Gmail, Facebook, newsy na Filmwebie, ustawiłam w Winampie jakiś psytrance. Po kilkunastu minutach przez przyjemnie masujące mózg beaty przebił się kaszel Kuby. Odłożyłam komputer i podbiegłam do niego, ale zanim zdążyłam go dotknąć, coś nim szarpnęło, a on spadł z materaca na podłogę. Trząsł się, tarzał, charczał, wymachiwał kończynami, strzykał z ust śliną, wybałuszał oczy, bełkotał, siniał, czerwieniał, matko, matko, czy powinnam wsadzić mu coś w usta, żeby nie odgryzł sobie języka? Czy po wszystkim będę musiała zostawić jego ciało, a potem z zaciśniętym gardłem przeczytam w internecie wiadomość o studencie, który przedawkował nieznaną substancję?

Nie musiałam jednak odpowiadać sobie na te pytania, ponieważ po, jak mi się przynajmniej wydawało, minucie wszystko się skończyło. Kuba, chwiejąc się, wstał z podłogi, uniósł w górę kciuk, a potem poczłapał do kibla, skąd doszły do mnie odgłosy rzygania. Wrócił, usiadł na rogu materaca i na dobre kilkanaście minut zamilkł, gapiąc się jedynie w podłogę; skorupa dopiero na nowo napełniała się świadomością. W końcu odezwał się mętnym, rozedrganym głosem:

– Prawie udało mi się, prawie otworzyłem te pieprzone drzwi, następnym razem to zrobię. Mam przecież cały zapas tabletek.

Tak, miał cały zapas, a przed nami było jeszcze wiele, wiele kłopotów.

*

Sto osiemdziesiąt dziewięć centymetrów i siedemdziesiąt kilo, słowem, Kuba wyglądał dość tyczkowato. Kiedy go poznałam, miał dwadzieścia pięć lat, jednak jego wiecznie nieogolona twarz była już mocno znoszona i pomięta, wciąż cholernie przystojna, ale zapowiadająca, że za dobre kilkanaście lat, jeśli jeszcze tyle uda mu się pożyć, będzie przypominał własnego dziadka. Z tej twarzy spoglądały najciemniejsze oczy, jakie widziałam w życiu. Jego ciało stanowiło splot mięśni i żył, zawiązanych w supły na kościach i pulsujących pod skórą, poznaczoną w kilku miejscach bliznami po samookaleczaniu. Okrywał je zupełnie przypadkowymi ubraniami, wyciąganymi na chybił trafił z szuflady, przez co wyglądał jak ofiara kataklizmu, którą Czerwony Krzyż ubrał w chaotyczny zestaw ciuchów od darczyńców. Jego wygląd najlepiej określało słowo „prowizoryczny”; był pasażerem zawieszonym między dwoma miejscami.

Kuba to najjaśniejszy punkt tej historii, gwiazda świecąca radioaktywnym światłem. Nie zawsze jednak przypominał supernową. Kiedy chodził do pierwszej klasy liceum, jego matka, popchnięta przez depresję i niewłaściwą kombinację leków, którą przepisał jej niekompetentny psychiatra, wyskoczyła z ósmego piętra, ozdabiając sobą rząd stojących pod blokiem samochodów. Ojciec wiele lat przedtem zginął pod kołami autobusu i Kuba, zostawszy sam jak palec, zamknął się w sobie i połknął kluczyk. Całe dnie spędzał, śpiąc, gapiąc się w sufit lub słuchając wciąż tej samej metalowej piosenki. Krewne wypisywały mu sterty zwolnień ze szkoły, a on marnował życie, młodość i szansę na dostanie się na studia. Trudno było powiedzieć, czy jego stan to wynik osierocenia, czy odziedziczonych po matce skłonności do depresji.

Kubę zapisano do psychiatry, ale ten, nauczony cudzym doświadczeniem, opuszczał wizyty, a psychotropy spuszczał w kiblu. W końcu, zmęczony już chorobą, postanowił wyleczyć się sam. Pobudzał się do życia, tnąc się i przypalając papierosami. Wchodził na fora internetowe dla narkomanów i samobójców, gdzie dyskutował zażarcie z innymi ludźmi, którym też przepaliły się druciki w mózgach. Czytał tony książek. Jego dom regularnie odwiedzali dilerzy, którzy przynosili mu kwasa i fetę. Desperacko uciekał od pustki, ciemności i bezsensu.

I tak, małymi kroczkami, blizna po bliźnie, eksces po ekscesie, ujrzał w końcu światełko na końcu tunelu. Wrócił do szkoły, zdał brawurowo maturę i dostał się na studia – od razu na trzy kierunki: filozofię, kulturoznawstwo i psychologię. Po trzech, jak mówił, zmarnowanych latach odpuścił sobie „oficjalną” edukację i postanowił zdobywać wiedzę na własną rękę. Zamieszkał na pół-skłocie i, utrzymując się z kwot podrzucanych przez opiekuńczą rodzinę, pochłaniał góry książek, filmów i narkotyków. Pisał do szuflady eseje, w których poszukiwał zależności między takimi sferami życia, jak geopolityka, kino i religia. Nagrywał na dyktafon bełkotliwe tyrady, które wygłaszał po DXM i grzybach. Chciał przejrzeć na oczy i zostać prorokiem. Chciał wypalić dziurę w rzeczywistości i przedrzeć się na drugą stronę.

*

Kubę poznałam, nasze punkty połączyła linia w czasie pierwszego roku moich studiów na UJ-otowskim kulturoznawstwie. To miały być dla mnie wakacje po ostatniej klasie liceum. Gromiona wzrokiem zmartwionej moją karierą matki, spędziłam ją, przegryzając kolejne strony podręczników tabletkami Tussipectu. Wreszcie, podczas ogłoszenia wyników z matury i list przyjętych na konkretne kierunki, stary rodzicielski truizm okazał się prawdziwy: ciężki trud się opłacił. Dostałam się do drugiej najlepszej uczelni w kraju i wreszcie opuszczałam dom, do tego nie jako ciężarna nastolatka, narkomanka czy dziwka, ale wzorowa uczennica.

Kraków, kulturoznawstwo, wiadomo: chlanie i ćpanie do rana, rozmowy o literaturze w kawiarenkach przy Rynku Głównym, szaliczki, koraliczki, wiatr we włosach, cyganeria. Chuja tam, cyganeria. Banda szmateksowych pre-artystów i pre-artystek, dla których publikacja recenzji na studenckim portalu równała się wkroczeniu do grona publicystów i kreatorów opinii. Nonkonformiści i wolnomyśliciele, czytający, oglądający i słuchający przede wszystkim rzeczy polecanych na fejsie przez krytyka poznanego na festiwalu filmowym. Kontestatorzy, którzy wszystko, co zrobią, przeliczają na punkty potrzebne do stypendium ministra. Ale jedno trzeba im było przyznać: wiedzieli, co to dobra impreza.

I tak to szło: od przepieprzania grubej kasy na browary w lansiarskich knajpach po trucie się bimbrem pędzonym w akademiku; od palenia trawy po sprawdzanie narkotycznych właściwości płynu do mycia alufelg i płukania pochwy; od lesbijskich pocałunków, których fotki potem zdobiły portale społecznościowe, po ruchanie się z kolesiami poznanymi w kolejce do dyskotekowego kibla. Nie musząc już po powrocie z biby chuchać nikomu w twarz i pokazywać źrenic, oddałam się temu wszystkiemu z gorliwością neofitki.

Na jednej z imprez poznałam Kubę. To była domówka na Nowej Hucie. W powietrzu nikotyna mieszała się z THC, a płaczliwy śpiew indie rockowych wokalistów – z charczeniem Toma Waitsa. Jakiś chłopak w dresie tłumaczył zebranym wokół niego gościom w swetrach, czemu Dexter jest najlepszym serialem, jakaś dziewczyna w koszulce z Pikachu tańczyła na stole, zasłuchana w muzykę lub zasłuchanie udająca. Wszyscy byli tu ekstrawagancko zwyczajni, niemodnie modni, oryginalni, wybitni i błyskotliwi.

Gdzieś w okolicy trzeciej butelki wina mój dobry nastrój osiągnął masę krytyczną. Weszłam w fazę, kiedy czuje się w żołądku cały wypity alkohol i papierosy, kiedy świat spowalnia jak w filmie i widzi się wszystkie skazy otaczającej rzeczywistości. Licealne pryszcze na lśniących od potu czołach. Strużki gęstej śliny między puszką piwa a czyimiś ustami. Ludzką głupotę. Własną głupotę.

Zmęczona opadłam na kanapę. W pewnym momencie dostrzegłam nieco starszego gościa, który siedział obok w fotelu bujanym i patrzył się tępo przed siebie. Na kolanach trzymał dyskotekową kulę, pod nosem miał ciemną plamkę z krwi. Jeszcze o tym nie wiedziałam, ale był to Kuba.
– Lubisz wciągać koks, czy masz anemię i powinnam odprowadzić cię do szkolnej pielęgniarki? – zagadałam.
– Lubię wciągać amfetaminę – odpowiedział, nie patrząc nawet w moją stronę.
– I potrafisz po niej tak spokojnie usiedzieć?
– Już mi schodzi. Teraz po prostu siedzę i patrzę.
– I co widzisz?
Powiedział mi, co widzi, a ja z obecnej perspektywy – perspektywy przebywania w jednym pokoju z jego trupem – mogłam się tylko zastanawiać, czy zaskoczyła mnie jego bezkompromisowość oraz inność, czy nagle odczytał moje myśli i streścił je w postaci krótkiej tyrady, czy po prostu trafił akurat w mój nastrój, połechtał pijacką dekadencję. Nie wiem, nie mam pieprzonego pojęcia. Wiem jedynie, że było to jak błysk noża, coś ostrego, twardego i namacalnego.

– Co widzę? – spytał, odwracając się wreszcie w moją stroną, a ja zobaczyłam, jak przystojną i zniszczoną ma twarz. – Widzę bandę frajerów, którzy myślą, że coś osiągną w życiu. Wiesz, ilu z nich zostanie po kulturoznawstwie pisarzami, dziennikarzami lub chociażby wykładowcami? Może kilku uda się opublikować parę artykułów i recenzji, ale dowiedzą się, ile za to płacą i wyjadą do Anglii na zmywak. Może jeden napisze książkę, potem spróbuje drugą, tylko że w międzyczasie z konieczności zatrudni się w agencji reklamowej, a po godzinach zabraknie mu ochoty – wieczorami będzie oglądał seriale z narzeczoną i narzekał, że w Polsce nic już się nie da zrobić. Kiedy słyszę, jak oni pieprzą o dekonstrukcji, dyskursie i pokoleniu beat dwudziestego pierwszego wieku, mam wrażenie, że to właśnie orkiestra gra na tonącym Titanicu. Ci ludzie myślą, że idąc na studia, dostają zestaw narzędzi, za pomocą których zbudują własne życia. Tak naprawdę bawią się tylko klockami Lego. Kiedy rzeczywistość rozdepcze ich plastikowe zameczki, zostaną po tym całym balu tylko z tysiącem znajomych na fejsie, spranymi szaliczkami i starszymi o dekadę wątrobami.

– Łał – powiedziałam, wysłuchawszy go, i położyłam mu dłoń na ramieniu. – Muszę iść na chwilę do toalety, ale poczekaj tu na mnie. Za chwilę opowiesz mi trochę więcej na temat, czemu gardzisz studentami kierunków humanistycznych.

Nie opowiedział. Kiedy wróciłam z kibla, przeczekawszy, aż jedna dziewczyna wyrzyga obiady z przynajmniej trzech dni, Kuby już tam nie było. Popytałam trochę o niego, dowiedziałam się, jak ma na imię, że dawniej studiował u nas i dlatego został zaproszony na imprezę. Nie znalazłam jednak osoby, która miałaby konkretne namiary, gadu lub koma. Łącząca nas linia urwała się. Na krótko.

*

– Zawiodłam się na tobie, ja naprawdę wiele rzeczy rozumiem, jestem wyrozumiała, ale szkolne wybryki, ściąganie, podśmiewanie się z nauczycieli, to jedno, a kurewstwo, tak, kurewstwo, to drugie.

Bardzo odległy punkt tej historii: szesnastoletnia ja siedziałam w rodzinnym domu, konkretnie w kuchni, a moja matka stała oparta o parapet, paląc papierosa i patrząc na mnie jak na plamę po miesiączce na własnych spodniach, jak na źródło niespodziewanego upokorzenia. Owym upokorzeniem było to, że na szkolnej dyskotece zostałam nakryta w chwili, kiedy akurat waliłam w kiblu konia starszemu koledze. Telefon od wychowawczyni odebrała matka. Odczekała kilka dni, aż ojciec wyjedzie na służbową delegację – on nigdy nie był jej wspólnikiem w piętnowaniu mojego zachowania, w zasadzie nie był dla niej wspólnikiem w niczym – i urządziła mi awanturę.

– Za kogo ty się masz? Za kogo ty masz mnie? Za matkę puszczalskiej? To nie jest tak, że dzieci, szczególnie, jasna cholera, nieletnie dzieci, żyją własnym życiem. Odpowiadam za ciebie, wystawiasz mi świadectwo, wystawiasz świadectwo całemu swojemu domowi. Jesteś przecież świetną uczennicą, dostałaś się do świetnej szkoły, więc czemu musisz wszystko rozpieprzać podobnymi akcjami? Jesteś młoda, przyszłość należy do ciebie, zajmij się nauką, a nie facetami. I nie krzyw się tak, faceci to skurwiele, któregoś dnia spotkasz najgorszego z nich i to właśnie dzięki moim radom będziesz w stanie go rozpoznać.

Nic nie odpowiedziałam. Patrzyłam na nią, na tę czterdziestoletnią kobietę, przedwcześnie postarzałą, umazaną szminką i przypominającą złośliwego trolla, i obiecywałam sobie w duchu: nigdy, przenigdy nie będę taka jak ty.

*

Wiele lat później w Krakowie na Podgórzu, w trzypokojowym mieszkaniu, zdemolowanym przez wybuch gazu, przypomniałam sobie tamtą rodzicielską pogadankę. Kuba palił w milczeniu papierosa, wciąż dochodząc do siebie po przygodzie z tajemniczą substancją, z głośników laptopa dobiegał psytrance, a ja pomyślałam o mojej matce. Czy właśnie bezpowrotnie wjebałam się w toksyczny związek z mitycznym klaunem spod łóżka, przed którym od lat byłam przestrzegana i który teraz na dobre zrujnuje mi życie?

Kuba zgasił papierosa na podłodze. Przeczesał palcami tłustawe już nieco włosy i wreszcie spojrzał na mnie, tym razem przytomnie, tak przytomnie i przenikliwie, jak tylko potrafił. Zaczął mówić:

– Aniu, na początku chciałbym cię przeprosić. I podziękować. Przeprosić za to, że musiałaś na mnie czekać i się martwić. Podziękować za to, że to zrobiłaś i że jak wreszcie włączyłem komórkę i do ciebie zadzwoniłem, to odebrałaś. Już wszystko wyjaśniam.

Jak wiesz, udzielam się na wielu forach internetowych. Na jednym z nich, takim zahasłowanym, gdzie hackerzy planują atak na serwer polskiego sejmu, a najtwardsze ćpuny dowiadują się, od kogo można kupić adrenochrom, dostałem na privie dziwną wiadomość. Propozycję. Pewna firma szukała osoby, która miałaby na tyle duże jaja i mały rozum, aby spróbować wyprodukowanej przez nią substancji halucynogennej. Miało być mocno. Lubię mocno, więc ustawiłem się z nimi na Kazimierzu. Przyjechała biała furgonetka, dwójka kolesi zaprosiła mnie do środka, po czym zawiązała mi oczy i zabrała gdzieś – nie wiem, gdzie, ale nie jechaliśmy długo; to musiało być pod Krakowem.

Na miejscu, w małym gabinecie, kobieta wyglądająca jak zwykła pracownica banku, wyjaśniła mi, że owa substancja nazywa się DSCD i tym różni się od innych narkotyków, że za każdym razem i u każdego użytkownika wywołuje tę samą wizję. Nie wolno było nikogo informować o tym eksperymencie, miałem wyłączyć komórkę. Kobieta uprzedziła, że może mi się coś złego stać i jeśli nastąpią komplikacje, to zniknie po mnie ślad, zutylizują moje ciało, włamią się na maila i wymażą korespondencję z nimi. Jedyną zapłatą za całe ryzyko miała być możliwość poznania działania DSCD. Zgodziłem się. Jeszcze raz przepraszam cię, Aniu, ale czułem, że właśnie znalazłem to, czego szukałem od dawna: krawędź, pęknięcie w rzeczywistości

Plan wyglądał tak: dziesięć dni badań miałem spędzić w małej szpitalnej salce pod opieką lekarza. Pierwsze trzy to była nuda. Podawano mi bardzo małe dawki, po których czułem tylko lekkie zaburzenia świadomości, krótkie spięcia synaps. Czwartego dnia dostałem całą tabletkę i wtedy dopiero zaczęła się jazda po bandzie. Najpierw miałem wrażenie, że ktoś wylał mi na mózg kwas z akumulatora, ale po chwili ból się skończył, otworzyłem oczy, rozprostowałem kończyny, zaczerpnąłem powietrza i się zakrztusiłem. To był Matrix. Wirtualna rzeczywistość doustnie zaimplantowana w mojej głowie. Przyjąłem już w życiu na ryj całe góry narkotyków i potrafię – tak jak w przypadku świadomego śnienia – odróżnić real od nierealu. Tym razem było inaczej. Wszystkie zmysły działały prawidłowo. Kopałem ściany. Rozbierałem się. Czułem ból i zimno.

Lekarz kazał zdawać mi szczegółowe raporty z wizyt w miejscu, do którego zabierało mnie DSCD; prosił o rysowanie mapek, wypytywał o kolory, zapachy i smaki. Z czasem zaczął wydawać mi polecenia: idź tam, odnajdź dany przedmiot i sprawdź, czy da się go zniszczyć. To z jednej strony przypominało bycie szpiegiem na obcej planecie, a z drugiej – grę komputerową, szczególnie, że cel całej zabawy stanowiło znalezienie pewnego miejsca. Cały ten świat, chociaż szczegółowy aż do bólu, okazał się ograniczony; był czymś w rodzaju labiryntu, w którego centrum znajdował się pokój. Pokój numer 0. Powiedział mi o tym lekarz i kazał się tam dostać. Wyzwanie. Z każdą kolejną dawką czułem się jak przykuty do Pada dzieciak, który jest już o włos od rozwalenia znienawidzonego bossa. Niestety, miałem na to za mało czasu. Ósmego dnia wszystko się rozpieprzyło.

To było jak pożar w burdelu. Rano, jak zawsze, przyszedł do mnie lekarz, ale zaraz wywołała go tamta „pracownica banku”. Wrócił po piętnastu minutach, blady i spocony, i kazał mi się szybko ubierać, po czym znowu wybiegł. Wyciągnąłem szmaty z szafki i wtedy zauważyłem, że zostawił na stole fiolkę z DSCD. Szybka decyzja: powpychałem sobie tabletki w buty, wewnętrzne kieszenie kurtki, majtki i specjalne skrytki w spodniach. Kiedy kończyłem to robić, do pokoju wpadli kolesie, którzy mnie tu zawieźli – przez chwilę myślałem, że wszystko widzieli i zaraz zerwą ze mnie ubranie, a potem połamią mi ręce, ale nie, znów założyli mi opaskę i wpakowali do samochodu. Niecałą godzinę później stałem na Kazimierzu, a furgonetka znikała za zakrętem.

Powiem szczerze: boję się. Boję się, że zorientują się, że zniknęły tabletki i mnie znajdą. Boję się, że dotknąłem czegoś, czego nie powinienem dotykać. To jednak moment, kiedy trzeba zweryfikować własne podejście do świata: albo żyję w cieniu, albo próbuję zobaczyć słońce. Za wszelką cenę. Dlatego dziękuję ci, Aniu. Że wciąż tu stoisz i mnie słuchasz.

Rzeczywiście, stałam, słuchałam i nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Dla mnie to też był moment weryfikowania swojego podejścia do świata, a przede wszystkim do Kuby. Po tej opowieści, absolutnie fantastycznej i opowiedzianej w sposób, który nie pozwalał wątpić w jej prawdziwość, czułam się przerażona. Czułam się przerażona i nienawidziłam się za to. Dlatego właśnie bez słowa położyłam się obok Kuby, wtulając się w niego i modląc się w duchu, aby mimo wszystko czekał nas happy end.

*

Kuba miał tak, że albo cały czas gadał, albo cały czas milczał. Albo wygłaszał monologi, w których „kurwy” mieszały się z „epistemologią”, albo patrzył na mnie, nie mówiąc nic. Uśmiechał się wtedy do siebie, jakby coś go właśnie mile zaskoczyło, czasem zezował na boki, a potem znów patrzył na mnie. Wyglądał wtedy, jakby był zjarany, chociaż trawy nie palił już od dobrych kilku lat, bo twierdził, że przestała na niego działać. W takich momentach wydawał się po prostu szczęśliwy.

W tamtej chwili, w tym punkcie, milczał właśnie w podobny sposób. Byliśmy u mnie w pokoju, on siedział w fotelu, a ja na kanapie. W połowie drogi między nami stała na podłodze popielniczka, do której co kilkanaście sekund kiepowaliśmy, pochylając się lekko do przodu. W tle grało The Flaming Lips, konkretnie ich własna wersja The Dark Side of the Moon Floydów. Wiekowy, zramociały album, którego zgraną z radia kopią katowali mnie kiedyś starzy, nabierał tu jaskrawych kolorów, neurotycznego zgrzytu, transowej rytmiki i psychodelicznego blasku. Siedzieliśmy, paliliśmy, uśmiechaliśmy się do siebie, a obok płynęła muzyka. W tamtej chwili czułam się również szczęśliwa i chciałam, aby trwała ona wiecznie, aby pochłonęła „zanim” i przede wszystkim „potem”, czyli czarne i martwe „teraz”.

To było, zanim kilka dni po imprezie na Hucie dostałam od koleżanki esemesa z namiarami na Kubę. Wytrzeźwiawszy, przypomniała sobie, że o niego pytałam, napisała do kilku osób, aż w końcu zdobyła jego numer. To było, zanim zadzwoniłam do Kuby i zanim umówiliśmy się na pierwszą randkę. Podczas naszych wczesnych spotkań z jednej strony wydawał się zdystansowany, a z drugiej zasypywał mnie hardkorowymi szczegółami ze swojego życia: opowieściami o matce, depresji, narkotykach i bliznach. Chyba miał mnie za kolejną szmateksową pre-artystkę i chciał przestraszyć. Przyznaję, nie bez pewnego sukcesu – to nie było farbowane szaleństwo, pod którym skrywała się studencka fantazja, tylko naprawdę pokancerowana osobowość. Napędzana wciąż ciekawością, spotkania z nim traktowałam jak emocjonalny fitness. Brałam te wszystkie dziwactwa na klatę i starałam się pod nimi nie ugiąć.

To było, zanim zaczęłam coś naprawdę do niego czuć. Z czasem fascynacja podszyta lękiem zmieniła się w fascynację podszytą tkliwością. Coraz częściej widziałam w nim nie pojeba, który cudem nie puszcza się jeszcze za działkę na dworcu, tylko niezwykłego i diabelnie inteligentnego chłopaka po przejściach. On też się zmienił. Już nie starał się szokować, coraz częściej zabierał mnie na pizzę lub do kina, zamiast częstować na swoim skłocie grzybami i puszczać na laptopie Las Vegas Parano. Nawet kupował mi, kurwa, kwiaty. I tak to szło. Spotkanie po spotkaniu, rozmowa po rozmowie, uścisk po uścisku doszłam do wniosku, że Kuba jest kimś najniezwyklejszym na świecie. Że jest czystą intensywnością. Thomasem Pynchonem, Jimem Morrisonem, Rafałem Wojaczkiem, Philipem K. Dickiem, Michelem Foucaultem i Williamem Burroughsem w jednym. Doszłam do wniosku, że go kocham. Powiedziałam mu o tym pewnego wieczoru, kiedy byliśmy u niego, on mnie przytulił, a potem zaczął mówić. Mówił długo i nie do końca już pamiętam, co, ale zrozumiałam ogólny sens: on mnie też.

W tym punkcie płyta The Flaming Lips skończyła się, a Kuba podniósł się leniwie z fotela i podszedł do mnie. Musnął ustami moje usta, pocałował mnie krótko w dekolt, potem przytulił swój policzek do mojego i zaczął mruczeć. W międzyczasie rękoma rozpinał mi bluzkę i spodnie, sięgnął dłonią w stronę majtek, pod palcami zachrzęściły mu włosy łonowe, zaczął mnie pieścić, a potem zszedł jeszcze niżej i głębiej. Gdzieś zniknęły resztki naszego ubrania, serce obijało mi się o żebra, a nasze biodra klaskały w rytm ruchów frykcyjnych. Zawsze podczas seksu lubiłam zamykać oczy, ale wtedy, tuż przed końcem, otworzyłam je i zobaczyłam, że Kuba wciąż się uśmiecha w ten dziwny, zaskoczony sposób. Brzuch wypełniły mi motyle, zaczęły się skurcze, a ja się przestraszyłam. Kuba nie wyglądał już na szczęśliwego. Wyglądał jak android, który ma tę samą minę naklejoną na metalową czaszkę nawet wtedy, kiedy ktoś odetnie mu wszystkie kończyny i wypali dziurę w brzuchu.

Potem Kuba zniknął. Potem wrócił, ale już prawie w ogóle się nie pieprzyliśmy, bo DSCD zmieniło go w impotenta. Potem wszystko się spierdoliło.

*

A potem Kuba zniknął, a jeszcze potem, po ośmiu dniach, wrócił do mnie. W czasie, kiedy go nie było, odkrywał nowe światy, ukryte gdzieś za rogatkami Krakowa i wewnątrz jego głowy. Z tamtej podróży zabrał ze sobą suwenir – tabletki, które regularnie zażywał, chcąc wreszcie otworzyć drzwi percepcji, złapać białego króliczka lub dostać się do jądra ciemności. Tak to wyglądało, nie ma sensu tego podważać.

Co się ze mną działo, kiedy furgonetka zabrała go do tajemniczego ośrodka badawczego? Rzeczy banalne, smutne i straszne. Tego, że coś jest nie tak, domyśliłam się, gdy zadzwoniwszy do Kuby, zostałam przywitana przez sekretarkę. Wiedziałam to już na pewno dziesięć godzin i sto nieodebranych połączeń później. W dalszej kolejności zaczęłam wydzwaniać do nielicznych wspólnych znajomych, ale również bezskutecznie – Kuba nie był typem, który podtrzymywał kontakty, wysyłając esemesy na święta, nie mówiąc o informowaniu kogoś o planach współpracy z sekretną organizacją. Ludzie, którzy pomieszkiwali z nim na podgórskim skłocie, przebywający wciąż w acodinowym stuporze, byli mi w stanie powiedzieć tylko tyle, że Kuba to zajebisty koleś i powinnam go od nich wyściskać. Nie miałam namiarów na jego rodzinę. Miałam za to numery do kilku dilerów – w swojej głupocie odbierałam czasem za niego narkotyki – ale za nic w świecie nie chciałam do nich dzwonić. Bałam się, że jeden z nich stoi za całym zniknięciem.

Co wtedy czułam? Objawy odstawienia. ADHD i katatonię. Albo miotałam się po mieszkaniu, na zmianę sprawdzając komórkę, maila i widok za oknem, albo zapadałam w krótkie drzemki, budząc się potem z bólem głowy i w przepoconej pościeli. Dostałam gorączki i zaczęłam sobie wkręcać, że to ciąża. Wyobrażałam sobie, że Kuba umarł, ale reinkarnuje się w nasze wspólne dziecko, będące fioletowoskórym Buddą, łypiącym umieszczonym na czole trzecim okiem i lewitującym w obsranych pieluchach. Zaczęło mnie też coś szarpać w wątrobie. Być może, pozostając z dala od Kuby, moje narządy przestały być odporne na spożywane wspólnie narkotyki i teraz odczuwałam zmasowany protest ze strony pokiereszowanego organizmu. Być może kolejna dawka piguł czy GBL zabiła mnie, a ja, tak jak bohater Szóstego zmysłu, nie miałam o tym pojęcia. Być może Kuba był medium, jedynym spośród żywych, który potrafił mnie zobaczyć i dotknąć, i bez niego pozostawałam duchem uwięzionym w materialnym świecie.

Do żywych musiałam jednak wreszcie wrócić. Chociaż przy Kubie łatwo było o tym zapomnieć, to poza jego i moim pokojem istniała rzeczywistość, gdzie trzeba chodzić na zajęcia, zdawać egzaminy i starać się o stypendium. A tam czekał niezły burdel. Zawsze potrafiłam nieźle zaszaleć, ale cały czas miałam w głowie kujoński bezpiecznik, wbudowany mi trochę przez własną ambicję, a trochę przez starych, dzięki któremu potrafiłam balansować na granicy, nie przekraczając jej. Dlatego z żelazną pewnością siebie przeszłam przez kolejne etapy edukacji, dlatego dostałam się na studia i dlatego, pośrednio, poznałam Kubę. A przy Kubie mój bezpiecznik się przepalił.

Fascynowała mnie w nim jego ekstremalność i sama stałam się ekstremalna, przynajmniej bardziej ekstremalna, niż byłam. Spróbowałam substancji, których wcześniej bym nie tknęła. Prowadziłam tryb życia – od niezbyt bezpiecznego seksu, przez włamywanie się do zamkniętych fabryk, po całe dnie spędzone w łóżku na bełkotliwo-natchnionych rozmowach – który dawniej wydawał mi się akceptowalny jedynie wtedy, kiedy oglądałam go w niezależnych filmach i czytałam o nim w kontrkulturowych książkach. Koleżanki z roku, te wszystkie łże-hipiski na stażach w agencjach reklamowych, widziały we mnie kretynkę, wycinającą sobie odwrócone krzyże na czole i dającą w kanał, aby tylko zaimponować innym. Wykładowcy patrzyli na mnie z mniejszą ekscytacją, jak na kolejną gówniarę połkniętą przez nocne życie Krakowa.

I z tym wszystkim, zaległościami w nauce, pałami z kolokwiów i nieusprawiedliwionymi nieobecnościami, zostałam bez Kuby. Z nim mój upadek miał przynajmniej w sobie coś stylowego. Bez niego przypominałam Bonnie, którą Clyde rzucił na pastwę policjantów, prokuratorów i motłochu z płonącymi pochodniami. Kiedy znów pojawił się w moim życiu, z samotnej recydywistki zmieniłam się w jednoosobowy Monar i terapeutkę. Sama nie wiem, co było gorsze.

*

Kropki i linie. Ścieżki i punkty węzłowe. Sieć, w którą próbuje się złapać rzeczywistość. Paranoiczne mapy skojarzeń, za pomocą których udowadnia się, że motyl bijący skrzydłami w Teheranie jest w stanie wywołać tornado w centrum Krakowa.

Swoje mapy Kuba rysował na wielkich arkuszach papieru za pomocą ołówków i długopisów. To była topografia miejsca, gdzie trafiał po zażyciu DSCD i gdzie starał się dotrzeć do pokoju 0. Czasem przypominała zwykły plan budynku, czasem jednak linie gęstniały, dziesiątki kresek splatały się w supły, opatrzone takimi adnotacjami, jak „dziura” lub „blizna”. Kuba rysował to wszystko, kiedy już dochodził do siebie po zażyciu kolejnej tabletki. Bywało, że rzucał się do arkuszy tuż po otrzeźwieniu, jak tylko otarł z brody ślinę i rozmasował miejsca obtłuczone podczas ataku drgawek. Innym razem długie godziny siedział odrętwiały w fotelu, trzepocząc co chwilę powiekami. Pewnie przed oczami gęstniały mu wtedy podpatrzone po drugiej stronie kształty. Z każdą dawką DSCD przybywało fragmentów mapy. Z każdą dawką coraz bardziej się między nami jebało.

Kuba najpierw tworzył mapy u siebie i rozkładał je po całej podłodze, aby móc w każdej chwili na nie spojrzeć i pod wpływem nagłego olśnienia dorysować jakiś kawałek. Potem sporządzał je u mnie, a ja, kierowana resztkami asertywności i kobiecego upodobania do chociażby minimum porządku, kazałam mu składować je w jednym miejscu. Sporządzał je u mnie, ponieważ w pewnym momencie się do mnie przeprowadził. Nie, to nie była dorosła decyzja, próba pchnięcia naszej znajomości na wyższy poziom i sprawdzenia, czy sprostamy widokowi porannej opuchlizny i brudnych skarpetek zwisających z kaloryfera. Kuba zamieszkał w moim pokoju, ponieważ zaczął świrować, przynajmniej dużo bardziej niż wcześniej.

Pewnego popołudnia, kiedy wyszedł do kiosku po fajki, nagle wpadł z powrotem do podgórskiego skłotu, wyrwał z biurka szufladę, spod stery papierów wyciągnął torebkę z DSCD, którą w gówniarskim, gimnazjalnym odruchu próbował najpierw schować w majtkach i z którą dwie sekundy później pognał do kibla, skąd dobiegł chlupot rozpryskiwanej wody – pewnie schował swój skarb w spłuczce. Wpadłszy z powrotem do pokoju, z twarzą sino-żółtą, jakby właśnie ktoś przestrzelił mu wątrobę, szepnął przerażonym głosem:
– Uciekaj na klatkę. Wejdź po drabince na dach i czekaj tam. Znaleźli mnie.
– Kto? – spytałam, chociaż dobrze wiedziałam, kogo ma na myśli.
– Furgonetka. Stoi po drugiej stronie ulicy. To oni.
Starając się udawać tak zblazowaną, jak tylko się dało, podeszłam do okna i wyjrzałam na ulicę. Gówno. Chodniki, asfalt, brud, spaliny, studenciaki, emeryci i tak, samochody, ale żadnej pierdolonej furgonetki, w której siedzieliby faceci w czerni z podręcznym zestawem do prania mózgu. Powiedziałam mu o tym, on się trochę uspokoił, jednak kiedy spojrzałam w jego rozbiegane oczy, w głowie zagrała mi piosenka Joy Division. Kuba stracił kontrolę.

Kuba stracił kontrolę, a ja, biorąc go do siebie, próbowałam ją odzyskać. Zawsze znajdowałam się obok, aby po raz kolejny wytłumaczyć mu, że kroki na klatce schodowej, stukot windy lub pisk opon pod blokiem to niekoniecznie sygnał do ucieczki. Kiedy telepało nim po DSCD, rzucałam materac na podłogę, trzymałam jego głowę, aby nie rozwalił jej o kant mebla, a czasem, przestraszona, że odgryzie sobie język i pokruszy zęby, wpychałam mu szmatę do ust. Tak, to byłam ja, Święta Ania od Paranoików. Mogłam mu oczywiście wyrzuć te pieprzone piguły, wraz z wodą w kiblu spuścić ten koszmar rodem z programu interwencyjnego o trudnej młodzieży, ale coś cały czas mnie powstrzymywało. Może bałam się, że mnie znienawidzi. Może sama byłam ciekawa wyniku tego całego eksperymentu. Tak czy siak, czekałam na moment, aż wyczerpie mu się zapas tabletek i wszystko samoistnie się skończy. W pewnym momencie zaczęłam je systematycznie liczyć, zupełnie jak więzień odkreślający na ścianie nad pryczą dni do końca odsiadki.

Przypominaliśmy stare małżeństwo: ofiarna żona i mąż kaleka. Skończyło się romantyczno-intelektualno-psychodeliczne szaleństwo, została tylko zgrzebna czułość. Częściej niż o literaturze gadaliśmy o tak przyziemnych rzeczach jak konieczność sprzątania po sobie rzygowin. Nie rzucaliśmy już kamieniami w pociągi, nie zagadywaliśmy dogorywających na Plantach meneli, nie odwiedzaliśmy w nocy ukrytych gdzieś za wiaduktami opustoszałych magazynów, nie przychodziliśmy do kina, aby po pierwszym seansie ukrywać się w kiblu i próbować wślizgiwać się potem za darmo na kolejne filmy. Prawie w ogóle się nie pieprzyliśmy. To znaczy – próbowaliśmy. Wycieńczony Kuba zasypiał czasem z palcem na mojej łechtaczce. Kiedy obojętnym głosem informował mnie, że „dzisiaj nie da rady”, ja mimo to łapałam go za sflaczałego fiuta i targałam go z wściekłością, dopóki nie stwardniał lekko na kilka sekund, aby trysnąć rzadkim strumieniem i znowu opaść.
– Już niedługo, zdążę, zanim skończy się DSCD – mruczał czasem w nocy. – Stawka jest najpoważniejsza z poważnych. To jest jak krwiobieg ukryty pod skórą Wszechświata. Podróżuję po nim prosto w stronę serca. Sercem są drzwi, a za tymi drzwiami czeka wszystko. Odpowiedź. Bóg. Moi rodzice. Niedługo je otworzę i wszystko stanie się jasne.

Nie wiem, czy je w końcu otworzył, czy nie, ale jeśli tak, to znalazł tam tylko narkotyczną zapaść.

*

– Takie upokorzenie, takie wiadro pomyj, Aniu, naprawdę, ja zawsze dbałam o rodzinę, starałam się, aby wszystko grało, łatałam dziury, ale okazało się, że gdzieś za moimi plecami rosła jeszcze większa i jej już nie zakryję, trzeba sięgnąć po ostateczne środki.

Powrót do znajomego punktu, spodziewane déja vu, flashback po złym wychowaniu. Znowu siedziałam w kuchni w rodzinnym domu, a matka znowu mówiła do mnie, opierając się o parapet. Ona znów odpalała papierosa od papierosa i widziałam, jak bardzo nałóg wpłynął na jej wygląd – nikotyna i smoła przeżarły ją na wylot, zmieniły kolor skóry na szary, podkreśliły rysy i zmarszczki ciemnym konturem. Ja, mimo że byłam pełnoletnia i czułam ssanie w płucach oraz brzuchu, nie wyjęłam własnej paczki. Wciągając cudzy dym, gapiłam się na pyłki na stole i słuchałam, co matka ma mi do powiedzenia.

Moje relacje z rodziną uległy w czasie studiów atrofii. Ojciec był zawsze patologicznie pobłażliwym gościem, schowanym zazwyczaj za gazetą, i po wyjeździe z Poznania nasze kontakty ograniczyły się do krótkich rozmów przy okazji wizyt w czasie ferii i świąt. Matkę celowo olewałam. Pojawiała się na Skypie, a ja wyłączałam komputer, na maile odpowiadałam ze sporym opóźnieniem, zawsze zdawkowo i nie wspominając słowem o Kubie, odrzucałam kolejne połączenia telefoniczne pod pretekstem, że mam wtedy dodatkowe zajęcia. Kiedy napisała mi histerycznego esemesa z prośbą o nagły przyjazd do domu, akurat wychodziłam od prywatnego lekarza, u którego kupiłam zwolnienie z datą wsteczną z kilku upierdliwych ćwiczeń. To było jak rozbrzmiewający z nieba głos Wielkiego Brata: myślałaś, że jesteś niezależna i niewidzialna, ale zapraszam cię teraz do Pokoju Zwierzeń. Okazało się jednak, że nie moja nauka miała być celem rozmowy. Matka chciała opowiedzieć mi o ojcu.

– Ten chuj ma od lat kochankę, nie pierwszą i nie ostatnią, jeździł do nich wszystkich podczas tych rzekomych delegacji, czasem, kiedy naprawdę miał jakiś służbowy wyjazd, brał je ze sobą, do tych wszystkich drogich hoteli, na te wszystkie bankiety, każdy o tym wiedział, tylko nie ja. Dobrze mu się żyło, oj dobrze, żonka, rodzinka i dupy na boku, ale to się teraz, kurwa, skończy.

I to by było na tyle. Matka potrzebowała moich zeznań, pozwalających pogrążyć ojca, przedstawić go przed sądem jako skurwiela, orzec rozwód z jego winy i przyjebać mu słone alimenty. Zgodziłam się. Starego traktowałam zawsze niczym psa przygarniętego pod moją nieobecność, istotę pałętającą się gdzieś w tle; nie miałam skrupułów przed zaprowadzeniem go do weterynarza i uśpieniem.

Ściskając się z matką na pożegnanie w przedpokoju, zerknęłam na lustro wiszące na drzwiach szafy, ale szybko spuściłam wzrok. Nie chciałam sprawdzać w nim, jak bardzo, stojąc obok, jesteśmy do siebie podobne. Zamknęłam drzwi mieszkania, a kilkanaście minut później otworzyłam drzwi pociągu. Kuba nie odbierał komórki, a ja ruszałam w stronę epilogu tej historii.

*

Oto Punkt Omega. Wszystko zmierzało w jego stronę – nie było żadnego tąpnięcia, to następowało powoli, entropia pochłaniała kolejne fragmenty rzeczywistości, molekuły gdzieś między mną a Kubą przestawały powoli się ruszać, aż jedno z nas stało się bezwładem, czarną dziurą pochłaniającą całe światło. Kuba nie żył. Kurwa, kurwa mać.

Kuba nie żył i gnił. To znaczy pewnie nie gnił, bo raczej człowiek zaczyna się rozkładać później niż po upływie półtora dnia od śmierci, jednak miałam wrażenie, że jego smród wypełnia cały pokój, osadza się brudnym szronem na ścianach. Patrzyłam na zwłoki i nie widziałam w nich wcale żywego (no dobra, półżywego) człowieka, którym jeszcze był niedawno. Wydawał mi się jedynie surrealistycznym rekwizytem, sztuczną psią kupą kupioną w sklepie ze śmiesznymi przedmiotami i umieszczoną w mojej pościeli w ramach chorego żartu.

Płakałam i drżałam, bo chyba każdy człowiek ma zakodowane w genach, że kiedy zobaczy trupa kogoś bliskiego, to musi upaść na podłogę, odkręcić krany w oczach i poczuć falę zimna, która stawia wszystkie włoski na ciele i zamienia żołądek w kostkę lodu. „To wszystko twoja wina?”– zawyrokował aniołek w mojej głowie, a diabełek powiedział: „Ważne, jak się z tym wszystkim ogarniesz, pomyśl, mała, nie daj się zgnoić sytuacji, takie traumy kaleczą przecież człowieka na całe życie”. Natomiast ludzik w trenczu i ciemnych okularach, którego zainstalował mi pod czaszką Kuba, uzupełnił: „Rozejrzyj się, to wygląda na przedawkowanie, ale Oni właśnie chcieli, żeby tak to wyglądało, rozejrzyj się, może ich furgonetka wciąż stoi pod oknem”.

Podbiegłam do okna, jednak za nim czaił się tylko brudno siny wieczór, deszcz i zwyczajność; żadnych furgonetek, oznak spisku, sensacyjnych zwrotów akcji. Byłam sama z życiowym błędem, leżącym za moimi plecami z pianą na zimnych ustach.

Znowu upadek na podłogę, znowu płacz, znowu pytania i mentalne sado-maso. Jak znalazłam się w tym miejscu? Wszystkie odpowiedzi były tragicznie banalne. Punkty mojej i Kuby historii łączyły się we wzór, który widziałam już w telewizji i kinie, słuchałam o nim w piosenkach i na wykładach, rozmawiałam o nim ze znajomymi i rodziną; ten wzór był jak tlen – tak oczywisty, że aż niewidzialny, wchłaniany z każdym oddechem i reprodukowany w każdej komórce organizmu. Tu nie chodziło jednak tylko o wzór, lecz o zasadę, która go uświęca. O zasadę, której szukał Kuba. O pokój 0.

Podbiegłam do szafki, gdzie Kuba trzymał swoje rzeczy, wyciągnęłam z niej zrolowane mapy i zaczęłam rozkładać je na ziemi. Studiowałam te plany długo, wodziłam palcem po liniach i korytarzach, zapamiętywałam narysowane przez niego ścieżki i dopisywane w różnych miejscach adnotacje. Potem, kiedy miałam już wrażenie, że znałam całą topografię na pamięć, wróciłam do szafki i spod kupki brudnych szmat wygrzebałam torebkę z DSCD. Łzy znów zapiekły mnie w oczy. Została w niej ostatnia tabletka.

Wszystko się zgadzało. Kilka minut po tym, jak połknęłam narkotyk, po moim mózgu rozlał się żrący ból, spazm cisnął mnie na ziemię, wykręcił mi ścięgna, wyrwał kości ze stawów, rozciągnął mnie niczym nitkę makaronu, a potem zwinął w kulkę i wysłał gdzieś wysoko, ponad sufit pokoju, ponad dach bloku, ponad Kraków, ponad stratosferę, cisnął o pustkę kosmosu, a ta okazała się czarną ścianą, po której ześlizgnęłam się w dół, ale nie wróciłam na Ziemię, bo nagle coś mnie złapało i rzuciło w bok, w chłód, szkło, drewno i beton, gdzie znów wszystkie moje organy wróciły na swoje miejsce, skóra okryła mięso, nerwy zaczęły na nowo przewodzić impulsy, zakrzepłam. Wszystko się zgadzało. To był wielki budynek, coś pomiędzy labiryntem a biurowcem, gładki, grubo ciosany, funkcjonalny, odpychający i antyludzki, cokolwiek to mogło tylko znaczyć. Pod powiekami miałam wciąż mapy Kuby, więc ruszyłam do przodu: przez korytarze, schody, windy, drzwi, wyłomy w ścianach, kanały wentylacyjne, tajne przejścia ukryte w szafach, tajne przejścia ukryte za lustrami, po drabinkach i rurach, po których w remizach ślizgają się strażacy. Przez większość drogi wszystko wydawało się zwyczajne – jeśliby oczywiście uznać za zwyczajny gigantyczny budynek pełen kibli, gdzie nikt nie szczał, i biur, gdzie nikt nie załatwiał żadnych spraw – ale w punktach, opisywanych przez Kubę za pomocą abstrakcyjnych szkiców i dziwacznych opisów, trafiałam na wyrwy w rzeczywistości, obrazy przypominające, że cała ta sytuacja jest po prostu niemożliwa. W ślepych zaułkach widziałam formuły matematyczne wykute w kamieniu i poustawiane na podłodze niczym rzeźby, w niektórych szafach znajdowałam archaiczne mechanizmy, tłoki, przekładnie i gwizdki wyjące parą, w innych – gigantyczne ekrany komputerów, hologramy, sploty kabli, technologię z innego świata lub czasu. Były też twarze zamurowane w ścianach, tkanki i żyły oplatające rury, bijące serca ukryte w szufladach, biologia uwięziona w świecie śmierci i betonu. Wszystko było, jak powiedział i opisał Kuba. Szłam po jego śladach i nagle – czułam to, napięcie materializowało się w postaci potu pod pachami i na plecach – stanęłam przed pokojem 0. Dotknęłam złotej tabliczki z cyfrą, przesunęłam wilgotnymi palcami po drewnianej powierzchni drzwi, wzięłam głęboki oddech, pomodliłam się cicho do wszystkich bogów, o których słyszałam, a potem nacisnęłam klamkę.
– Witaj – głos utopiony we flegmie przebiegł mi ciarkami wzdłuż kręgosłupa.
To był taki sam pokój jak wszystkie tutaj: korporacyjne biuro z kilkoma szafkami i stołem, a jedyna różnica polegała na tym, że ktoś w nim siedział. Mężczyzna w starym spłowiałym garniturze. Wychudzony na wiór, z łysą czaszką i twarzą pokancerowaną setkami zmarszczek. Mający zęby jakby przeszczepione z pługa, wyrywające się z ust ku powietrzu, ukośne i potwornie długie. Księgowy, heroinista i Nosferatu w jednym.
– Witaj – powtórzył, widząc, że po prostu stoję, wciągając kompulsywnie powietrze i wodząc wokół wzrokiem.
– Czy… to pokój 0?
– Tak.
Cisza, echo słów lekko odbijające się od ścian czaszki. Pokój 0. Kres drogi. Odpowiedź.
– Chcesz pewne odpowiedzi, prawda? Też jej szukałem, podróżowałem po tych korytarzach, sporządzałem mapy, zostawiałem ślady, cierpiałem samotność i głód, spałem na zimnym betonie i szorstkich wykładzinach, krzyczałem i demolowałem pokoje. W końcu dotarłem tutaj i doczekałem się nagrody. W szufladzie biurka odnalazłem torebkę z tabletkami – powiedziawszy to wyjął ją z kieszeni marynarki, a ja zobaczyłam, że to DSCD – dzięki którym przenoszę się do innego świata, gdzie znajduje się pokój 1. Jestem już naprawdę blisko znalezienia go, myślę, że to kwestia kilku dni, czuję jego puls, jego wołanie w moim wnętrzu. Chcesz spróbować? Możemy poszukać go razem.

Mężczyzna wstał od stołu i z przymilnym uśmiechem pedofila przebranego za Świętego Mikołaja ruszył w moją stronę, wyciągając przed siebie torebkę z DSCD. Nagle, pod wpływem atomowej dawki adrenaliny, wróciła mi władza w kończynach. Zamiast odpowiedzieć cokolwiek, odwróciłam się i wybiegłam z pokoju, a potem przez otwarte usta, na kwaśnej fali rzygów chlustających na podłogę, wydostałam się z tego wymyślonego świata.

Była noc, Kuba był wciąż tak martwy, jak tylko się dało. Gdzieś w mojej głowie powoli cichł dziwny odgłos, przypominający syrenę odpływającego w dal okrętu. Ostrożnie podniosłam się z klęczek, dosłownie milimetr po milimetrze, przytrzymując się stołu i futryny. Wyprostowałam się. Stałam na obydwu nogach. Ziemia nie drżała, w powietrzu nie otwierały się magiczne portale. Rzeczywistość z powrotem zasługiwała na epitet „rzeczywista”. Doszedłszy do stanu względnego spokoju, wysupłałam z paczki ostatniego szluga i poszłam na balkon zdezynfekować przeżarte sokami trawiennymi gardło.

Dym wlewał w płuca, mózg, żyły i mięśnie otuchę oraz energię. Sprawiał, że znów czułam się człowiekiem, żywym organizmem, kimś, kto istnieje tylko i wyłącznie w danej chwili. U moich stóp Kraków spał lub wręcz przeciwnie, a nade mną wznosiło się niebo, czarna tablica, na której ktoś zaznaczył białą kredą gwiazdy, a potem połączył je niewidzialnymi liniami konstelacji. Pstryknęłam w ich stronę pojarą, iskry posypały się w dół, na chodnik pod blokiem, a ja wróciłam do mieszkania, aby zadzwonić po karetkę.

Kraków–Szczecin, marzec–kwiecień 2012

Piotr Mirski

(1987) Publicysta, krytyk, prozaik. Z urodzenia szczecinianin, z wykształcenia filmoznawca po Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracuje lub współpracował m.in. z: "Kinem", "Dwutygodnikiem", Interia.pl, "Filmem", "Polityką", "Nową Fantastyką", "Exklusivem", Filmwebem i Portalem Filmowym. Współautor książki "Wunderkamera. Kino Terry'ego Gilliama" (Korporacja "Ha!art", Kraków 2011), autor tekstów dla death metalowego zespołu Ogotay. Jego opowiadania publikowano lub do publikacji przyjęto m.in. w "Czasie Kultury", "Redzie", "Ha!Arcie", "Arteriach" i antologii "Dziedzictwo Manitou".

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!