We wspólnym pokoju antologii. Trójgłos z moderatorką w tle

Antologie nie robią się same. Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy przygotowałyśmy w kilka osób. Przede wszystkim kobiety, bo tak chciałyśmy. Nie dlatego, żeby wykluczać mężczyzn, ale żeby skupiać wszelką twórczą energię kobiet wokół wydania poezji, co wcale nie jest takie oczywiste. Takich publikacji nie ma zbyt wiele. Miałyśmy też ochotę się poznać, a najlepiej to zrobić we wspólnym działaniu. Najpierw było szukanie się metodą łańcuszkową: Aneta (Kamińska) poszła z pomysłem do Beaty (Guli), Beata podpowiedziała mnie, ja porozmawiałam z Konradem Kęderem (wydawcą), zaczęłyśmy nawiązywać i zacieśniać kontakty: Zofia (Bałdyga), Agnieszka (Będkowska-Kopczyk), Aneta i ja (Agnieszka Kozłowska) – rozpoczęła się wspólna praca. Potem były poszukiwania graficzki, zdecydowałyśmy się na współpracę z Zofią Przybylską. Dołączyła do nas Małgorzata Nadwadowska i wsparła korektorsko. Było też 12 poetek.

Po ukazaniu się antologii angażowałyśmy się w różne działania promocyjne, m.in. realizując warszawskie spotkania „Poezja jest zawsze Wielojęzyczna” (przy którym wspierały nas Monika Błaszczak, Natalia Malek i Ola Wasilewska). Tak, projektujemy, że Wielojęzyczna będzie pączkować i to, co udało się zainicjować we wrześniu, przeobrazi się w kolejne inicjatywy.

Co prawda każda z nas mieszka i pracuje w innym mieście, a nawet kraju – Zofia w Armenii, Agnieszka w Austrii, Aneta jest w zasadzie jedną nogą na Ukrainie, mnie ostatnio też nosi po świecie – to jednak udało nam się porozmawiać. Pewnego dnia każda z nas siadła przed komputerem, włączyła czat i wyobraziłyśmy sobie, że jesteśmy we wspólnym pokoju. Odrobina wyobraźni i znoszą się granice. Na pewno pomocne było to, że już się znałyśmy.

Agnieszka Kozłowska: Minął rok od wydania antologii i jeszcze więcej czasu od Waszej pracy nad nią. Zdążyłyście już nabrać dystansu do zgromadzonego, opisanego w krótkich wstępach, materiału poetyckiego, a także do dokonanego wyboru poetek. Czy dziś układałybyście ją inaczej?

Zofia Bałdyga: Nie. Zostałabym przy tym samym wyborze. Muszę jednak dodać, że im więcej mija czasu, tym bardziej mam ochotę na jego rozszerzenie, na układanie kolejnych antologii. Powód jest prosty – odkrywam nowe autorki.

Aneta Kamińska: Ten ostatni rok był bardzo intensywny i burzliwy na Ukrainie, więc zadawałam sobie przede wszystkim pytanie: czy to był dobry moment na wydawanie akurat poezji kobiet? I to zarówno w Polsce, kiedy uwaga wszystkich była co prawda skierowana na Ukrainę, ale na pewno nie na sytuację kobiet, jak i na samej Ukrainie, gdzie tym bardziej nikt nie miał do tego głowy (a szkoda). Ale gdybym miała teraz znowu ułożyć listę poetek do antologii z takimi samymi kryteriami, zostałabym pewnie przy identycznym wyborze. Od początku miałam problem tylko z tym, że ustanowiłyśmy taki drastyczny limit – jedynie cztery poetki z każdego kraju. Marzy mi się kiedyś większa antologia poetek ukraińskich (ale wolałabym jeszcze trochę poczekać, aż obudzi się tam choć minimalna świadomość feministyczna). Albo przynajmniej zaprezentowanie w jakimś piśmie literackim poetek, które mogłyby wejść do Portretu kobiecego, gdyby było więcej miejsca. Mam kilka takich.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Podobnie jak Zofia, zostałabym przy tym samym wyborze, ale chętnie zaprezentowałabym też kolejne autorki. Mam już pomysły na kolejne „portrety kobiece” i/lub numery tematyczne pism literackich z poezją kobiet z krajów słowiańskich.

Agnieszka Kozłowska: Antologie mają to do siebie, że prezentują twórczość co najmniej kilku osób. Jak się zapatrujecie na pomysł, żeby w przyszłości – w imię wspólnotowych działań – zaniechać indywidualnych prezentacji, a tworzyć projekty, w których miejsce znajdzie więcej podmiotów?

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Zaniechać nie, ale pomysł wspólnotowych działań podoba mi się. Działania wspólnotowe, jak to określiłaś, mają szansę przemówić donośniejszym głosem niż indywidualne. Po pierwsze, w ich współtworzenie zaangażowanych jest więcej osób niż w działania indywidualne, co zwiększa szansę na dotarcie do odbiorców (w naszym przypadku osoby zainteresowane twórczością poetek/poetów z danego kręgu kulturowego). Po drugie, umożliwiają one ukazanie danego zjawiska z różnych (autorskich) perspektyw. Po trzecie, ten sam autor/autorka może wziąć udział w wielu projektach wspólnotowych, z których każdy uwypukli inny element jego/jej twórczości. Po czwarte, przy takich działaniach tworzy się synergia, dzięki której możliwe są dalsze projekty.

Aneta Kamińska: Budowanie wspólnot kobiecych, również międzynarodowych, jest dla mnie ważne od jakiegoś czasu. Zauważyłam, że to jest bardzo rozwijające i daje dużo energii, było to na przykład bardzo widoczne podczas naszych wrześniowych imprez „Poezja jest zawsze Wielojęzyczna”. Jestem jak najbardziej za wspólnymi działaniami, chociaż oczywiście nie zrezygnuję z prezentowania samej poezji ukraińskiej, i kobiecej, i męskiej. Zresztą, właśnie ukazała się moja kolejna antologia – Wschód – Zachód. Wiersze z Ukrainy i dla Ukrainy. Wspólne działania ważne są też dlatego, że same uczestniczki mogą wymienić się doświadczeniami (w naszym wypadku – i kobiecymi, i poetyckimi) oraz poczuć siłę wspólnoty.

Zofia Bałdyga: Na pewno nie chciałabym zaniechać indywidualnych prezentacji. Mają one przecież zupełnie inny charakter niż te wspólnotowe. Fascynuje mnie wydobywanie głosu wspólnoty, ale nie rezygnowałabym z projektów autorskich. Podkreślanie różnic i autonomii interesuje mnie tak samo, jak wydobywanie podobieństw. Bardzo zgadzam się też z uwagą Anety o wymianie wewnątrz wspólnoty. Dodałabym do tego jeszcze doświadczenie regionalne, postrzeganie pewnych kwestii na obszarze Słowiańszczyzny, zachodniej, wschodniej, południowej.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Ja też się podpisuję pod ostatnimi uwagami. Dodam jeszcze, że nasz projekt był cennym doświadczeniem także dla mnie jako tłumaczki i slawistki.

Agnieszka Kozłowska: Tytuł Portret kobiecy w odwróconej perspektywie wyłonił się dopiero w trakcie prac nad antologią, nie zaczęłyście od niego; szybko też okazało się, że są dwa wiersze: Oksany Zabużko i Lidii Dimkovskiej, które wykorzystują to pojęcie, co dało impuls do tego, by to ono stanowiło wskazówkę interpretacyjną dla antologii jako całości. Czym dla każdej z Was jest tytułowa „odwrócona perspektywa”?

Aneta Kamińska: Dla mnie sam fakt, że to kobiety mówią o sobie własnym głosem, jest już „portretem w odwróconej perspektywie”. To zazwyczaj mężczyźni malowali kobiece portrety, to oni byli (i są) lustrem, w którym kobiety się przeglądają. To dla nich kobiety „wyglądają”. W tej antologii to kobiety piszą o kobietach i robią to często inaczej niż mężczyźni, podejmują też tematy niewygodne dla mężczyzn, na przykład ich przemoc wobec kobiet. Poza tym „odwróconą perspektywą” w tej antologii jest też to, że większość wierszy nie jest „kobieca” w potocznym rozumieniu, są one często ostre, ironiczne, odważne, podejmują tematy tabu.

Zofia Bałdyga: Odwrócona perspektywa to perspektywa kobiet, spojrzenie kobiet na kobiety, wzięcie samych siebie pod lupę. Pewnym odwróceniem perspektywy jest ujęcie regionalne, bardzo fragmentaryczne. Uwzględniamy Słowiańszczyznę, ale przecież jednak nie całą. Przełamujemy myślenie o antologii jako prezentacji kraju w jego granicach państwowych lub pokolenia w granicach czasowych. Kobiecość jest w tej perspektywie silniejsza niż podziały geograficzne i przedziały czasowe.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Portret kobiecy w odwróconej perspektywie rozumiem jako indywidualne portrety różnych kobiecych podmiotów lirycznych składające się na jeden heterogeniczny portret wynikający z całości, jako portrety kobiet widziane w wierszach przez pryzmat tłumaczek, które dokonały najpierw wyboru wierszy, a potem wyboru rozwiązań translatorskich, jako portret kobiecy, który może być inny niż portret stereotypowy, utrwalony w „dyskursie nadrzędnym” (określenie Alenki Jovanovski).

Aneta Kamińska: „Odwrócona perspektywa”, bo pokazałyśmy KOBIETY (podczas kiedy zazwyczaj pokazuje się poezję mężczyzn) i dokonałyśmy wyborów niekanonicznych. Ach, co za odwaga z naszej strony!

Zofia Bałdyga: Ważne jest też to, że wyboru dokonywały kobiety. W „naszych” krajach redaktorami też są przecież zazwyczaj mężczyźni… choć nad Wełtawą jest wiele chwalebnych wyjątków.

Aneta Kamińska: Tak, o tym też myślałam. Tłumaczami zresztą też.

Agnieszka Kozłowska: Kim są zatem kobiety w tym „spojrzeniu kobiet na kobiety”? Co konstytuuje kobiecy podmiot w zebranych wierszach? Chciałabym też w tym pytaniu nawiązać do odczytań Anny Kałuży, które znalazły się w posłowiu do antologii. Czy zgadzacie się z jej rozpoznaniami, w których zakreśla wyraźne różnice w portretach Czeszek, Słowenek i Ukrainek?

Zofia Bałdyga: Biologiczne doświadczenie kobiecej cielesności i rozmaite kobiece role, rodzinne i społeczne. Ciekawe jest to, jak różnie w naszych wyborach rozłożyły się akcenty na poszczególne kwestie, które wymieniłam. W przypadku „moich” Czeszek bardzo wyraźnie podkreślone są różne role kobiet we wspólnocie rodzinnej, zmienność tych ról i ich wielość. Muszę przyznać, że czytając posłowie Anny Kałuży, byłam zaskoczona tym, jak trafne są jej spostrzeżenia. Wybierając autorki, nie zakładałam, że powstanie właśnie taki obraz. A raczej głos. Autorki same proponowały teksty do antologii. Wyszła nam zaskakująco spójna układanka, odmienna od ukraińskiej i słoweńskiej. „Nasza” perspektywa jest więc nie tylko odmienna, ale i wielokrotna.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Czyli wielojęzyczny wielogłos… Ja też zgodziłam się z rozpoznaniem Anny Kałuży, bo faktycznie taki obraz wyłania się z wierszy umieszczonych w antologii. Nie chciałabym jednak, żeby to rozpoznanie stworzyło stereotyp, że „Czeszki piszą tak, Słowenki tak, a Ukrainki tak”. Z drugiej strony obraz kobiet, jaki wyłania się w poezji kobiecej z tych trzech (bliskich, ale jednak odległych) krajów, wydaje mi się ciekawym tematem badawczym, który wymaga pracy na większym korpusie tekstów.

Aneta Kamińska: Ja też mam opory przed takim szufladkowaniem, bo w antologii jest zbyt mało autorek z każdego kraju, żeby można było wysnuć ogólniejsze wnioski. Poza tym przyjęłyśmy też kryterium, że mają to być wiersze o kobietach, więc tym bardziej nie pokazują panoramy poezji kobiet w danym kraju. Ale jeśli chodzi o Ukrainki, to z bólem serca muszę stwierdzić i potwierdzić, że nie ma u nich myślenia feministycznego i że najczęściej występują w rolach matki, żony i kochanki. Ciekawe jest dla mnie też, że praktycznie nie ma u nich nawet bardziej odważnej erotyki.

Agnieszka Kozłowska: Jak często w krajach, których jesteście ambasadorkami – w Czechach, Słowenii i Ukrainie – podejmuje się takie wspólnotowe działania? Czy kobiety tworzą artystyczne kolektywy, łączą swoje wysiłki w sferze działań poetyckich, sferze dość jednak zindywidualizowanej?

Aneta Kamińska: Na Ukrainie niby dzieje się tak dosyć często. Jest na przykład kilka antologii samych poetek, często też na festiwalach organizuje się tylko kobiece spotkania. Napisałam jednak „niby”, bo nie jestem przekonana, czy za każdym razem stoi za tym świadomy zamysł budowania wspólnoty kobiecej i czy wynika to z rzeczywistej potrzeby kobiet. A raczej – mam pewność, że nie za każdym razem. Wiem też, że na Ukrainie nie ma poczucia (i to zarówno u mężczyzn, jak i kobiet), że kobiety (w tym poetki) są dyskryminowane i że trzeba coś z tym robić.

Zofia Bałdyga: Niestety nie. Poeci i poetki podejmują działania pokoleniowe lub środowiskowe, reprezentujące grupy skupione wokół konkretnych wydawnictw albo pism. Działań kobiecych bardzo brakuje. W Czechach ukazuje się wiele antologii, ale reprezentacja kobieca jest zazwyczaj o wiele mniej liczna niż męska. Czasami nawet samo sformułowanie „poezja kobieca” bywa traktowane jako obraźliwe. Może jest to jeden z powodów, dla którego autorki nie starają się wokół niego tworzyć.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Sytuacja w Słowenii jest podobna do tej, którą opisuje Zofia. Słoweńska scena literacka ma jeszcze jedną cechę: jest relatywnie mała, co może wydawać się zaletą (zwłaszcza dla kogoś z zewnątrz, na przykład tłumacza czy teoretyka literatury), ale także i wadą, jeśli „małość” rozumieć jako „ciasność”. W moim odczuciu ta „ciasność” sprzyja jeszcze większemu poczuciu izolacji czy marginalizacji, jeśli nie jest się (nie)formalnym członkiem danej grupy twórczej. I dotyczy to zarówno autorek, jak i autorów.

Co ciekawe, gdy przygotowywaliśmy antologię Szesnaście poetek słoweńskich, wydaną potem w roku 2011 w Lublanie, jedna z autorek chciała się wycofać, bojąc się gettoizacji. W dyskusji, która się potem rozwinęła między nami (poetkami i tłumaczami), padł argument, że przecież nikt nie robi antologii poezji mężczyzn. Choć uważam, że antologie nie służą „wykluczaniu z”, ale „włączaniu do” czy uwypuklaniu, rozumiem ten argument i sądzę, że wynika on właśnie z negatywnego stereotypu wiążącego się z określeniem „poezja kobieca”.

Agnieszka Kozłowska: Antologia dotarła do poetek, których wiersze się w niej znalazły. Nawet poetki z jednego kraju nie wszystkie się znają. Książka więc stała się okazją do spotkania. Czy znacie opinie Waszych autorek o antologii? Czym ona jest dla nich?

Zofia Bałdyga: Opinii o gotowej książce, szczerze mówiąc, nie znam, ale wiem, że poetki były zachwycone pomysłem. Dlaczego? To wynika z moich poprzednich odpowiedzi. Na ich własnym podwórku brakuje takich inicjatyw. Zarówno w wymiarze kobiecym, jak i regionalnym. Jesteśmy tak blisko, a nie wiemy, jak piszemy. Antologie krajowe są wydawane, ale prezentują głównie poetów. Poetki giną w tłumaczeniach. Trzeba to przełamywać.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Hmmm, wszystkie poetki ucieszyły się na myśl o antologii. Lidija Dimkovska, znana w Polsce przede wszystkim jako macedońska pisarka (w roku 2010 ukazała się jej powieść Ukryta kamera w tłumaczeniu Danuty Cirlić-Straszyńskiej), pierwszy raz pojawiła się w kontekście słoweńskim, czyli w kontekście kraju, w którym mieszka i tworzy. Sama zresztą zredagowała w tym roku antologię utworów obcokrajowców, którzy żyją w Słowenii, ale piszą (bądź wcześniej pisali) w swoich językach narodowych.

Aneta Kamińska: Tak jak już wspominałam, jeśli chodzi o Ukrainę, to nasza antologia trafiła na zły czas. Nie było raczej ani miejsca, ani klimatu, ani głowy do poważniejszych dyskusji na ten temat. Ale myślę, że dla Julii Stachiwskiej i Hałyny Kruk, które były we wrześniu na prezentacji, to było ważne i ciekawe doświadczenie. Nasze rozmowy z Tarabuka kontynuowałyśmy jeszcze w nocy przez kilka godzin. Dla mnie też to było niezwykle ważne, bo potwierdziłam swoje intuicyjne rozpoznania, na przykład na temat feminizmu (czy raczej – jego braku) na Ukrainie. Ale to rzeczywiście prawda, że niektórzy poeci ukraińscy dowiadują się o istnieniu swoich kolegów czy koleżanek właśnie z moich antologii, już miałam kilka takich przypadków.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: W Słowenii brakuje promocji tej antologii, i tu jestem sama trochę winna, bo nie mam teraz na to czasu. Przedstawiłam ją na spotkaniu w sierpniu w LUD Literatura i LUD Šerpa, ale to za mało. Wtedy też (uwaga!) po raz pierwszy i jako pierwsza promowałam naszą antologię Szesnaście poetek z 2011 roku, która była wydana przez Związek Literatów Słoweńskich.

Zofia Bałdyga: Co do promocji, to w Czechach brakowało kanału, przez który dałoby się ją zorganizować. Instytut Polski i polonistyka nie chciały w tym pomóc, bo to polski projekt. Inne ośrodki czy nawet nieformalne środowiska nie bardzo chciały promować naszą antologię, bo czeski czytelnik nieznający polskiego i tak nie może przeczytać tekstów Ukrainek i Słowenek.

Agnieszka Kozłowska: Bycie częścią wspólnoty oznacza relacje, a w te zawsze są wpisane emocje. Czego doświadczacie w sytuacjach, gdy porzucacie swoje samotnicze praktyki, mam na myśli pisanie wierszy, oraz prace nad przekładami, i spotykacie się z ludźmi, którzy mają swoje racje, zabiegają o swoje interesy, prezentują inny punkt widzenia?

Zofia Bałdyga: Chodzi Ci w tym pytaniu o wydawców, krytyków i czytelników? O ich racje?

Agnieszka Kozłowska: W gruncie rzeczy o spotkanie z drugim człowiekiem, kimś innym od nas, na takim podstawowym poziomie. Chodzi mi o to, że proklamujemy wspólnotę, a często nie umiemy w niej być, jesteśmy zbiorem indywidualności. Nie umiemy w tym znaczeniu, że trudność nam sprawia realne – też pytanie, co by miało ono znaczyć – otwarcie na drugiego/innego.

Zofia Bałdyga: To, że tłumaczymy wiersze, że zabiegamy o to, by były prezentowane, wynika z tego, że wierzymy w ich wartość i w to, że prezentowanie ich w Polsce ma sens. Jestem otwarta i ciekawa dyskusji, bo rozszerzają moją własną perspektywę. Chcę wiedzieć, jak inni interpretują moją koncepcję wspólnoty regionalnej i kobiecej, nawet jeśli dość częstą reakcją jest brak zrozumienia, deklaracje w stylu: „Antologia kobieca? To może warto byłoby także zredagować antologię poezji niebieskookich i urodzonych zimą?”. Czasami piszę dla siebie, ale tłumaczę dla innych. Ponieważ robię to z myślą o grupie, muszę też być otwarta na dyskusję. Jeśli się wywiązuje, oznacza to, że ktoś słucha lub próbuje słuchać głosu poetek i poetów, których przeniosłam w polszczyznę.

To o wspólnocie czytelniczej. Tworzenie wspólnoty autorskiej jest jednak czasami jeszcze trudniejsze, bo w pisaniu autorzy są przyzwyczajeni do słuchania wyłącznie własnego głosu. Wydaje mi się jednak, że warto spróbować się przełamać, choćby po to, by dowiedzieć się więcej o sobie.

Aneta Kamińska: Odbieram to przede wszystkim bardzo pozytywnie. To takie wyjście ze swojej samotni do ludzi, z którymi – odkrywa się to z miłym zdziwieniem – ma się jednak sporo wspólnego. Jest to dla mnie rozwijające i ożywcze. Bolesne (ale pewnie nieuniknione) jest to, że trzeba swoją indywidualność trochę przykrócić, oddać nieco miejsca innym (choćby z dziesięciu swoich poetek wybór zredukować do czterech). W takich wspólnotach pojawiają się też porównania, których nie ma w projektach indywidualnych, i to mi się nie podoba. Bo jak niby ocenić, które lepiej wypadły: czy poetki z Czech, Słowenii czy Ukrainy? Próby szufladkowania i oceniania na podstawie tych próbek też nie budzą mojej sympatii. Ale myślę, że jednak więcej jest plusów niż minusów. I na pewno więcej mocy. Zauważyłam, że wspólnoty kobiece mają niesamowitą energię.

Zofia Bałdyga: Szufladkowanie i ocenianie zabijają wspólnotę i dialog.

Aneta Kamińska: Chyba zupełnie inaczej odpowiedziałyśmy. Ja miałam na myśli naszą wspólnotę wokół Portretu kobiecego.

Agnieszka Kozłowska: I to też jest ciekawe, że inaczej można odczytywać pytania, a w odpowiedziach rozwijać wątki w różne strony.

Zofia Bałdyga: A ja myślałam o wspólnocie, która wytworzyła się wokół gotowej książki, o ludziach, którzy spotkali się wokół niej, kiedy była już przez nas przygotowana i wypuszczona w świat.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: A ja myślałam ogólnie… Spotkanie z tekstem i praca nad nim jest dla mnie zawsze przygodą transcendentną. Tłumaczenie jest moim sposobem na czytanie poezji. Gdy czytam czyjeś wiersze, chce mi się tłumaczyć i po prostu tłumaczę. Ale jako autorka, tłumacząc, nie uczę się, jak pisać, ale jak nie pisać.

Aneta Kamińska: Ze mną też tak jest. Często zaczynam tłumaczyć od razu, kiedy natknę się na jakiś ciekawy tomik, nawet nie czytając go do końca.

Zofia Bałdyga: Dzięki różnicy interpretacji robi się jeszcze ciekawiej. Ja też tak mam, też czasami czytam i tłumaczę równolegle.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Mnie czasem pociągnie jeden wers…, najczęściej pierwszy.

Zofia Bałdyga: Dokładnie… albo jeden obraz w tekście.

Aneta Kamińska: Zresztą teraz, rozmawiając z Wami, tłumaczę jednocześnie wiersze Emmy Andijewskiej, którą niedawno dla siebie odkryłam.

Agnieszka Kozłowska: A jakie emocje wywołuje w Was słowo „siostrzeństwo”? Czy można je przyjąć/przywrócić do słownika relacji kobiet? Czym miałoby się ono ziszczać w wymiarze praktycznym?

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Nie wiem. Lubię synergię z obu płciami. To raczej z kobietami wchodziłam w spór będący efektem oporu w przyjęciu narzucanych mi poglądów/postaw. Nie wierzę więc w coś takiego, jak „siostrzeństwo”, wierzę raczej w romantyczne „pokrewieństwo dusz”.

Aneta Kamińska: Mam mieszane uczucia. W pierwszym odruchu chciałabym powiedzieć, że wolałabym słowo „przyjaciółka” niż „siostra”, bo przyjaciółkę mogę sobie wybrać, a siostry nie, i być może nie z każdą „siostrą” chciałabym mieć coś wspólnego. Ale z drugiej strony – tak to właśnie wygląda, jesteśmy kobietami z całym przypisanym temu bagażem, czy tego chcemy, czy nie (no chyba że zmienimy płeć), więc to siostrzeństwo też byłoby takie dobrowolno-przymusowe. Myślę, że temu słowu można by nadać pozytywne znaczenie – kobiecej solidarności. Słowo „braterstwo” najczęściej oznacza „braterstwo broni”. Siostrzeństwo byłoby więc siostrzeniem się (brataniem) przeciwko temu „braterstwu” (czyli przemocy, agresji ze strony mężczyzn, wojnom, itp.)? Tak się właśnie wydaje, że kobiety najczęściej wspierają się PRZECIWKO mężczyznom. A byłoby też dobrze, gdyby wspierały się po prostu, jakby mężczyźni nie istnieli.

Zofia Bałdyga: Ja też nie wiem… jest coś w tym słowie, co mi przeszkadza, ale nie wiem, co to takiego. Idea wspólnoty łączącej wszystkie kobiety jest piękna, ale nie potrafię jej zrealizować. Być może dlatego, że prywatnie, poza światem tłumaczeń, raczej stronię od wspólnot.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Ja też wolę „solidarność”, kobiecą solidarność, współodczuwanie.

Zofia Bałdyga: Boję się wspólnot, które powstają przeciwko czemuś/komuś, a nie dla czegoś/kogoś. Wierzę w kobiecą solidarność, ale nie chcę obracać jej przeciwko mężczyznom. Ja tę wspólnotę widzę raczej w obszarach, których nie dzielimy z mężczyznami, które są wyłącznie kobiece. Bardzo tutaj pasuje słowo „współodczuwanie”, którego użyła Agnieszka.

Aneta Kamińska: Tak po prostu wspierają się właśnie przyjaciółki, dlatego w pierwszym odruchu skłaniałabym się ku temu słowu.

Zofia Bałdyga: Ja też. Nie pomyślałam o tym, ale tak. Podoba mi się ono dlatego, że sugeruje wsparcie z wyboru, takie, które nie jest społecznie implikowane.

Aneta Kamińska: Ale to, że jakieś słowo źle się kojarzy, jeszcze nic nie znaczy. Zawsze można je odświeżyć i nadać mu pozytywny wydźwięk. Pomyślcie, ilu osobom źle się kojarzy słowo „feminizm”. A „gender”!

Agnieszka Kozłowska: Z tego, co mówicie, wynika, że realniejsze są wspólnoty zawiązywane wokół jakieś idei, a o panwspólnocie kobiecej trudno mówić, bo szybko by się rozpadła ze względu na siły odśrodkowe. Być może właśnie o to chodzi, żeby tworzyć wielość mikrowspólnot, które mogą zawiązywać czasowe sojusze, a ludzie mogą należeć do kilku wspólnot jednocześnie, nie identyfikując się z żadną ostatecznie.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Mnie się podoba słowo „feminizm”, ale może warto feminizm „odstereotypowić”.

Zofia Bałdyga: Tak. Panwspólnota jest potrzebna wtedy, kiedy pojawia się jakieś zagadnienie, które potrzebuje bardzo silnego głosu, silniejszego niż ten, który może z siebie wydobyć mikrowspólnota. W życiu codziennym skala mikro nam chyba wystarcza. Przynależność do kilku wspólnot jest naszą pierwszą potrzebą, choć czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy, a niekiedy jedna wspólnota jest dla nas z jakiegoś powodu ważniejsza. Akcenty mogą się przenosić.

Co do słowa „feminizm”, to pewnie warto byłoby oczyścić je z fałszujących definicji, które wokół niego narosły, zakładając, że musi on być właśnie PRZECIWKO mężczyznom. To przecież kompletna bzdura.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Tak, Zosiu… I z tzw. „walczącego” feminizmu.

Chyba zadam moim austriackim studentom/-kom pracę na temat rozumienia słowa „feminizm” w kulturach słowiańskich i austriackiej.

Aneta Kamińska: Poza tym większy związek odczuwamy ze wspólnotą, do której weszłyśmy świadomie, i wiemy, co nas łączy z resztą, po co się spotykamy itp., niż związek z połową ludzkości, z którą łączy nas tylko płeć. „Feminizm”, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się kobietami, a nie mężczyznami, jak myśli wiele osób.

Zofia Bałdyga: No właśnie. Kobietami samymi w sobie i dla siebie, a nie kobietami przeciwko mężczyznom.

Agnieszka Kozłowska: Chciałabym wrócić do naszego wspólnego pokoju antologii, który okazał się wspólnotowym dziełem w toku. Ponieważ pokój jest otwarty, wciąż mogą do niego wchodzić nowe osoby. Poproszę Was, abyście zaprosiły teraz nowe poetki, które nie znalazły się w antologii, i pokrótce je przedstawiły, opowiedziały, dlaczego uważacie, że warto, abyśmy poznali/ły ich „odwróconą perspektywę portretu kobiecego”. Poproszę także o prezentacje wybranych wierszy.

Zofia Bałdyga: Myślałam o tym wielokrotnie, właściwie myślę o tym za każdym razem, kiedy trafia mi w ręce tomik młodej czeskiej autorki, której wcześniej nie czytałam. Dzisiaj chciałabym zaprosić do wspólnego pokoju najmłodsze pokolenie, dwie autorki urodzone w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Być może to ryzykowna decyzja, bo obie poetki są jeszcze przed debiutem. W Czechach debiutuje się późno, moim zdaniem często zbyt późno, dlatego przełamałam już w sobie lęk przeciwko przenoszeniu w inny obszar językowy autorów, którzy istnieją tylko w pismach i na scenach kawiarni literackich, bo to właśnie te przestrzenie są według mnie najważniejsze dla życia literackiego nad Wełtawą.

Sára Vybíralová jest romanistką, poetką, tłumaczką i autorką próz poetyckich. Przekłady jej tekstów na język polski, również w moim tłumaczeniu, ukazały się w art zinie „Kofeina”.

Olga Pek, także tłumaczka, jest anglistką. Pracuje jako dyrektorka anglojęzycznego festiwalu literackiego Prague Microfestival i redaktorka pisma literackiego „Psí víno” oraz międzynarodowego przeglądu „VLAK”. Wiersze, które przetłumaczyłam dla „Wakatu”, to pierwsze publikowane przekłady utworów Olgi Pek na język polski.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Tak się składa, że od września mieszkam i wykładam na uniwersytecie w austriackim Grazu (region Styria). Odkrywam tu ślady działalności i/lub życia poetek, które żyły na styku kultur słoweńskiej i austriackiej (Styria – podobnie jak Śląsk – jest regionem należącym do dwu kultur). Chętnie bym tłumaczyła następujące pary poetek: Fanny Haussman (1818–1853), urodzona w Brück an der Mur, mieszkająca w pobliżu słoweńskiego Žalca, uznawana za pierwszą poetkę słoweńską (rzecz zresztą sporna, czy naprawdę znała język słoweński), i Josipina Toman Turnograjska (1833–1854), Słowenka, urodzona w rejonie Dolnej Krainy (Dolenjska), która ostatnie dni życia spędziła w Grazu, poetka i kompozytorka. Lili Novy (1885–1958), urodzona w Grazu, a pochowana w Lublanie, poetka i tłumaczka, oraz Alma Karlin (1889–1950), pochodząca z okolic słoweńskiego Celje – pisarka, poetka, podróżniczka i poliglotka, która tworzyła w języku niemieckim. Maruša Krese (1947–2013) – słoweńska poetka, pisarka, dziennikarka oraz działaczka humanitarna, która w latach 2005/2006 była stypendystką miasta Graz i która swoje tomiki publikowała w wydawnictwach niemieckich i austriackich (mieszkała przez dłuższy czas w Berlinie), a także pochodząca z Austrii Słowenka Rezka Kanzian (ur. 1969), poetka i aktorka teatralna, tworząca poezję w języku słoweńskim i niemieckim oraz w dialektach języka słoweńskiego z austriackiej Karyntii. Twórczość tych poetek (z wyjątkiem Marušy Krese) należy, moim zdaniem, do dziedzictwa kulturowego zarówno Słowenii, jak i Austrii (przypomnę, że od XIV wieku większość terenów dzisiejszej Słowenii była pod panowaniem dynastii Habsburgów). Oczywiście oprócz wymienionych poetek w Słowenii i na słoweńskich „kresach” (czyli w Austrii i we Włoszech) tworzy wiele innych interesujących autorek.

Aneta Kamińska: Od razu przy pracą nad antologią zastanawiałam się bardzo poważnie nad Ołeną Husejnową (1979), która ma sporo wierszy o kobietach, dziewczynach i dziewczynkach. Jest to chyba jedyna znana mi poetka ukraińska, która nie przeszła przez okres sylabotoniczny, tylko od razu pisała wiersze wolne. Większość autorów ukraińskich pisze równolegle i tak, i tak.

Chciałabym też zwrócić uwagę na pochodzącą z Pierwomajska Lubow Jakymczuk (1985), której najnowsze wiersze o Majdanie i wojnie na Wschodzie można znaleźć w antologii „Wschód – Zachód”. Jest to jedna z niewielu poetek podejmujących problem przemocy wobec kobiet – w domu („stalowe przybory”, „na wschód od filiżanki”), na ulicy („maniak”) i na wojnie („gąsienica”).

I trzecia autorka, która pewnie nie miałaby szansy znaleźć się w Portrecie kobiecym ze względu na dużą odległość (od wielu lat mieszka na emigracji) i wiek (kilka lat temu świętowała swoje 80. urodziny), ale której odkrycie sprawiło mi wiele radości – to Emma Andijewska. Właściwie znałam wiersze Andijewskiej wcześniej, ale były to sonety (co prawda bardzo specyficzne), więc nie wzbudziły mojego zainteresowania, jednak natknęłam się niedawno na tomik Atrakcjony z orbitamy j bez, z którego absurdalne wiersze chciałabym zaprezentować.

Agnieszka Kozłowska: W Polsce niestety rzadko kiedy omawia się poezję. Nawet jeśli pojawią się recenzje tomów poetyckich lub antologii, to są one raczej pojedynczym głosem, a nie polifonią różnych odczytań. Nasza antologia także nie doczekała się jeszcze prawdziwej recepcji. Któremu z krytyków i/lub której z krytyczek chciałybyście podarować antologię w nadziei na wnikliwszą wypowiedź na temat wierszy, obrazu kobiet, jaki się z nich wyłania, projektu jako takiego? Zachęcam Was tym samym do wypowiedzenia na głos życzenia, które być może ziści się omówieniami.

Aneta Kamińska: Wydałam już kilka antologii poezji ukraińskiej i z doświadczenia wiem, że jest bardzo trudno napisać konstruktywną i wnoszącą coś recenzję antologii. Wiem to też z rozmów z samymi krytykami. Myślę, że dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że recenzje piszą osoby, które znają się na poezji, ale nie na poezji akurat tego kraju, albo osoby zajmujące się danym krajem, ale nieorientujące się w poezji. W przypadku naszej antologii zadanie jest jeszcze trudniejsze – trzeba by objąć trzy kraje wraz z ich poezją. Dlatego nie jestem jakoś specjalnie zdziwiona, że tych recenzji nie ma.

Kiedy zaczęłam sobie wyobrażać, kogo widziałabym w roli recenzenta czy recenzentki, przyłapałam się na tym, że w pierwszej kolejności myślę o osobach z naszego kręgu („Wspólny Pokój”, SDK). Wyjście poza ten krąg okazało się bardzo trudne, zaczęłam się zastanawiać, kto poza nami interesuje się poetycką twórczością kobiet. Brzmi to strasznie, ale za wiele osób nie przyszło mi do głowy. I wtedy pomyślałam, że życzę sobie i nam, żebyśmy dożyły takich czasów, kiedy mogłybyśmy pomyśleć o dowolnej krytyczce i dowolnym krytyku (tak, krytyku też!), i żeby mogli to być potencjalni recenzenci, wewnętrzni czy zewnętrzni, takiej antologii. Żebyśmy nie musiały zastanawiać się, jaki jest ich stosunek do kobiet i ich poezji, tylko mogły im taką książkę podarować (jak każdą inną), i nie usłyszały, że kobiety przecież piszą gorzej. I żebyśmy nie musiały antologii poezji kobiet wydanych w Polsce liczyć na palcach jednej ręki. I żeby nie było już takich redaktorów, którzy poetek nie zauważają lub jeśli nawet zauważają, to lekceważą.

Agnieszka Będkowska-Kopczyk: Ja chętnie oddałabym naszą antologię do recenzji osobie, która (tak jak Anna Kałuża) zainteresuje się twórczością poetek z naszych trzech krajów słowiańskich. Nie myślę tu o slawiście/slawistce, bo nie znam osób, które specjalizują się jednocześnie w poezji czeskiej, słoweńskiej i ukraińskiej, ale o krytyku/krytyczce, który/ która zajmuje się poezją. Przepraszam tu za moje podwójne formy „męsko/żeńskie” – przeniknęłam w Austrii używanymi w języku niemieckim hybrydami, które stanowią interesujące przykłady integracji obu rodzajów, na przykład KritikerInnen – ‘krytycy/krytyczki’ z żeńską końcówką liczby mnogiej (-Innen) pisaną dużą literą.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!