Warszawa straciła łączność. Rozmowa z Beatą Sosnowską wokół jej książki rysunkowej Zeszyciki prowincjonalne

Ola Wasilewska: W tytule książki jest zdrobnienie – „zeszyciki” brzmią infantylnie i jest to zabieg celowy. Podejmujesz się jednak poważnego zadania – w blurbie piszesz, że Zeszyciki prowincjonalne to próba sproblematyzowania tego, co może się ukrywać pod pojęciem „wiocha”. Tym samym wpisujesz swoją opowieść graficzną w szerszy namysł nad tym, kim jesteśmy: my, mieszkańcy tego państwa, które w dużej mierze jest prowincjonalne, osadzone poza dużymi miastami. Robisz to z pozycji obserwatorki, która zbiera historyjki przywiezione przez innych – tych, którzy przenieśli się na wieś z miasta.

Beata Sosnowska: Narysowałam historyjki opowiedziane przez osoby mieszkujące albo w małych miejscowościach, albo faktycznie na wsiach. Ludzie ci są, czy też stali się, częścią społeczności, powiedzmy, niewielkomiejskiej i tym samym wnoszą do Zeszycików taki właśnie punkt widzenia. Mnie jednak, poza wszystkim, interesuje siła ich prywatnych historii – bardzo mocno związanych z konkretnymi życiorysami. Stąd próba zachowania indywidualnego sposobu mówienia, oddania różnorodności języka mówionego. Zeszyciki powstawały bez jakiejś szczególnej selekcji: słyszałam opowieści, zapisywałam je w kilku zdaniach i rysowałam. Dopiero po jakimś czasie zaczęły się one układać w całość.

Czym jest prowincja? Pozwól, że odniosę się do użytego już słowa „wiocha”. Często jest ono łączone z prowincjonalnością. Pytanie, czy faktycznie postawimy znak równości między tymi dwoma określeniami? Album sprowokował wiele rozmów wśród znajomych i czytelników, którzy podsunęli mi różne definicje tego terminu. Prowincjonalne to: zakompleksione, gorsze, ograniczone, konserwatywne, mniejsze. Pojęcie to niekoniecznie jest więc związane z położeniem geograficznym czy ekonomicznym – chociaż również – w moim poczuciu to raczej stan umysłu. Koleżanka z Wrocławia, kiedy zwróciłam się do niej z prośbą o pomoc w znalezieniu miejsca do prezentacji Zeszycików, obruszyła się, że przecież „Wrocław to nie jest prowincja”. Uznała, że książka opisuje prowincję z punktu widzenia Warszawy, dla której każde inne miasto czy wieś w Polsce są prowincjonalne. Tak jesteśmy właśnie widziani przez pozostałą część kraju – wszystko, co powstaje w Warszawie, jest warszawocentryczne, bez kontaktu z resztą świata, a przez to protekcjonalne, uznające się za lepsze. I jest w tym coś z prawdy – Warszawa wydaje mi się dzisiaj bańką, która się oderwała od życia pozostałej części Polski, straciła łączność z resztą kraju. Gdy w tytule użyłam słowa „prowincjonalny”, byłam przygotowana na to, że w czytelnikach będą rezonować bardzo osobiste doświadczenia związane z tym tematem, wkodowane treści, stereotypy i lęki.

O.W.: Wygląda na to, że musisz każdorazowo negocjować z czytelnikami, czy włączasz ich w prowincjonalność w znaczeniu wielkości czy ważności ich miasta. A przecież Zeszyciki bardziej skupiają się na odmalowaniu pewnego typu mentalności – zamkniętej, tradycyjnej, dyscyplinującej.

B.S.: Pod pretekstem zarysowania kategorii prowincji starałam się uchwycić zmiany polityczne, które nas dotyczą bardzo bezpośrednio. Chciałam pokazać, jak toczące się w sejmowych ławach debaty wkradają się w codzienność moich bohaterów, jak znajdują swoje odbicie w małomiasteczkowych szkołach czy w sejmikach wojewódzkich. Różnego rodzaju regionalne afery powielają schemat narzucany ludziom przez określoną polityczną narrację. Ona zaczyna ludźmi rządzić.

Chciałabym bronić swoich postaci, niezależnie od tego, czy są „nasze”, czy „ich”. Czytając Zeszyciki, dobrze jest pamiętać, że jest to opowieść o ludziach takich jak mieszkańcy wielkich miast, ale niemających tak łatwego jak oni dostępu do dóbr kultury i rozrywek wielkich aglomeracji. Właśnie dlatego warto zapytać siebie samych, czy mimo tego tak bardzo są odmienne od naszych smutki, małości i radości bohaterów Zeszycików? Spójrzmy na „niszowego artystę z Krakowa” – przecież jego performens różańcowy to zwyczajny koniunkturalizm, ale czy faktycznie jest on specyficzny dla prowincji? Powiedziałabym raczej, że jest to postawa niezależna od miejsca zamieszkania. Podobnie wygląda historia dotycząca katechetki, która odesłała chłopca do domu, bo jego ubiór nie spełniał jej warunków (chłopiec nałożył swoją najlepszą koszulę). W istocie opowiada ona o społecznej przemocy, która jest obecna niezależnie od geograficznego położenia. Nie jest „typowa dla prowincji”, jest typowa dla sytuacji, w której osoba lepiej umocowana, na przykład ekonomicznie czy klasowo, wykorzystuje swoją władzę. Te i inne opowieści są sygnałami alarmującymi, że coś niedobrego się dzieje w naszym społeczeństwie, i takie właśnie starałam się wychwycić.

O.W.: Te niepokojące sygnały sięgają dużo głębiej, także w czasie, do kultury tradycyjnej i jej dyscyplinującego charakteru. W Zeszycikach przechwytujesz jej przejawy w serii makatek, które nadają tytuły i tematy rozdziałom. To demoniczne, negatywne makatki. Zamiast białych tkanin pachnących czystością mamy czarne, niepokojące scenki, które zaprzeczają wyszytym nad nimi uroczym hasłom.

B.S.: Zacznę od tego, że te oryginalne makatki widuje się wszędzie, na przykład moja przyjaciółka z Mazur dostała kilka od pewnej zaprzyjaźnionej starszej pani. Ja takie pamiętam z dzieciństwa, były u mojej babci. O czym mówią? Głównie utrwalają stereotyp sielskiej wsi, gospodarnej pani domu, rodziny, w tym dzieci przy kanapce z pomidorkiem i zadowolonego męża, dla którego kręci się cały domowy świat. W Zeszycikach nie ma takich historii, dlatego też organizujące je makatki musiały zostać zdekonstruowane. Z tych pozytywnych, choć stereotypowych, makatkowych przekazów zrobiłam negatywy. Moja ingerencja w ikonografię makatek jest jak wywoływanie w ciemni – wrzucamy temat do wywoływacza, po czym wyłaniają się historie – niejednoznaczne, zaburzone. Jedna z makatek zawiera hasło „Miłość i zgoda – domu ozdoba”. Jest to kompilacja typowych makatkowych elementów, a jednak pojawia się małe zaburzenie – uważny obserwator zobaczy, że modelowa dziewczynka trzyma rączkę w spodniach modelowego chłopca. Są to więc moje drobniutkie ingerencje zachęcające do bardziej wnikliwego wpatrzenia się w to, co znamy, a co skrywa swoją mroczną, nieujawnioną stronę.

 

Beata Sosnowska, Zeszyciki prowincjonalne, Warszawa 2018.

Egzemplarze książki można nabyć bezpośrednio u autorki lub – od końca sierpnia 2018 – w Księgarni Bęc Zmiana (ul. Mokotowska 65, Warszawa). Kontakt z autorką nawiązać można poprzez profil facebookowy lub stronę internetową.

„W naszym domu kultury zwolnili dyrektora”

„W tym roku szkolnym kazali dyrektorce zawiesić krzyż”

„Nową dyrektorką została katechetka z miasteczka”

„Rafał mieszka z rodzicami”

„Najpierw ginęli ci na skuterach”

„Mieszkają tutaj skłotersi ze stolicy”

 

Beata Sosnowska, Ola Wasilewska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!