Więcej egalitaryzmu, mniej indywidualizmu. Z Agnieszką Mrozik rozmawia Agnieszka Kozłowska

Agnieszka Kozłowska: Komunistki, którymi się zajmujesz, jawią mi się jako postaci wirtualne. Możemy je poznać tylko w oparciu o teksty, do których dotarłaś i które wspólnie czytałyśmy podczas dwóch feminariów. Przede wszystkim to były wspomnienia, relacje bezpośrednie, ale jest też dostęp do relacji pośrednich. Niestety nie możemy się z kobietami zaangażowanymi w tworzenie ruchu komunistycznego spotkać, żeby je wypytać o różne kwestie.

Agnieszka Mrozik: Nie wirtualne, a raczej historyczne, bo one żyły, działały.

A.K.: W tym znaczeniu, oczywiście, historyczne, ale posługując się pojęciem „wirtualne”, chcę zwrócić uwagę na sytuację, gdy tworzy się figurę, model, w tym wypadku w oparciu o dostępne przekazy. Postać historyczna też może być wirtualna, bo tak naprawdę nie wiemy, kim ona była jako osoba, a nie reprezentantka pełnionej funkcji.

A.M.: Tak, w tym sensie rzeczywiście „tkamy” ją z różnych relacji.

A.K.: Przyjmując zatem, że są to postacie historyczne, ale z aspektem wirtualnym, chciałam Cię spytać, kim one dla Ciebie są, jakimi kobietami Ci się jawią?

A.M.: Zacznijmy od tego, że są to postacie nieznane, zapomniane, a w dalszej kolejności wyraźnie zdemonizowane z uwagi na ich afiliację polityczną. Dla mnie ciekawe i warte zbadania są ich teksty, z których wyłania się obraz inny niż ten znany z mediów czy popularnych narracji historycznych. Zajmuję się komunistkami, które były pisarkami, dziennikarkami, publicystkami, krytyczkami literackimi, instruktorkami politycznymi, więc po nich zostały teksty. Nie tylko materiały oficjalne, notatki, odezwy, sprawozdania partyjne, ale też wspomnienia, pamiętniki, dzienniki. Jedne opublikowane, inne nieopublikowane, do których trzeba dotrzeć. Wreszcie utwory literackie, opowiadania, reportaże, krytyka literacka, powieści. Po wielu zostały listy, do których też staram się dotrzeć. Myślę, że gdy się z nimi zapoznam, powiedzą mi one jeszcze coś innego niż to, co mi się na razie tka.

A.K.: A co Ci się teraz układa?

A.M.: Z moich badań wynika, że były to postacie niesamowicie ciekawe, postacie, które wymykają się łatwym klasyfikacjom. Staram się je zrozumieć albo raczej poznać i uznać ich racje. Ale żeby to zrobić, zagłębiam się w epokę czy kilka epok, w których one żyły. Pamiętajmy, że mówimy o postaciach z przełomu różnych epok: okresu przedwojennego, wojny i powojennego razem ze stalinizmem, który współtworzyły. Później jest jeszcze czas „odwilży”, około 1956 roku, kiedy interesujące mnie działaczki komunistyczne odchodziły na emeryturę i kiedy oddawały się pisaniu wspomnień. Ten czas nazwałabym swoistym „życiem po życiu”, ale wciąż za życia. Potem mamy jeszcze okres, kiedy powstawały ich biografie, ale to już było po ich śmierci. Te teksty tworzyli inni ludzie, często kobiety, które chciały ocalić przed zapomnieniem wcześniejsze generacje aktywistek. Ale robiły to już za pomocą innego języka, nakładając na życie i działania bohaterek swoich prac nowe kategorie interpretacyjne. Jedno chcę podkreślić: jestem na początku moich badań i trudno powiedzieć, jak moja narracja o polskich komunistkach będzie wyglądać za kilka czy tym bardziej kilkanaście lat.

A.K.: Jakie materiały obecnie stanowią przedmiot Twoich badań?

A.M.: Teraz skupiam się głównie na wspomnieniach działaczek komunistycznych publikowanych w latach 60. Czytam je wielotorowo, bo mam wrażenie, że toczy się w nich dialog czy może spór nie tylko z własnym życiem autorek/narratorek – typowe dla autobiografii „sklejanie” „ja” dawnego z „ja” obecnym – ale też z epoką, w której teksty te były publikowane, czyli gomułkowską. Nie patrzę więc na te wspomnienia jako na zwykłe wypowiedzi nostalgiczne (przepełnione tęsknotą za czasem młodości), ale widzę w nich rodzaj misji politycznej. Bo imperatywu prowadzenia tej misji, nawet jeśli zostały odsunięte na boczny tor, autorki wcale się nie wyzbyły. Zobaczmy, że wspomnienia „starych” komunistek wychodziły w latach 60., które były w Polsce, w Europie i na świecie bardzo dynamiczne, bo przypadały na czas buntów młodzieży, rewolucji seksualnej. Wszędzie, także w Polsce, toczyły się wtedy ożywione dyskusje na temat modelu rodziny, ról płciowych, koncepcji wychowania dzieci. Autorki wspomnień, poprzez odwołania do swojej przeszłości przedwojennej, próbowały się włączyć w te dyskusje. Nie było to zabranie głosu bezpośrednie, ale pośrednie. I to jest bardzo ciekawe: jak za pomocą narracji historycznej włączyć się w debatę bardzo współczesną, mając jednocześnie świadomość, że nie o wszystkim można było powiedzieć otwarcie. Dr Kajetan Mojsak z Ośrodka Studiów Kulturowych i Literackich nad Komunizmem w IBL PAN zrobił kwerendę w archiwach cenzury, z której jasno wynika, że również teksty komunistycznych eksdygnitarek były bacznie „oglądane” przez stosowne instytucje. Autorki wspomnień miały tego świadomość.

A.K.: Dlatego wydaje mi się funkcjonalne określenie „wirtualne” w tym sensie, że jawią się Twoje bohaterki jako fantazmaty dzisiejszej polityki historycznej. Część wspomnień, a także fragmenty beletrystyczne, czytałyśmy razem podczas rzeczonych feminariów, i to, co mnie uderzyło podczas lektury, to ich żywioł narracyjny. Poznawane przez nas autorki świetnie pisały, czuć w ich wspomnieniach dobre pióro, natychmiast uruchamia się wyobraźnia, dzięki czemu też łatwiej było się zbliżyć do tych postaci. Nie miałyśmy w ręku suchych wspominek, zdających relacje z tego, ile było zebrań, aresztowań, kto roznosił ulotki, a kto pisał odezwy. Pewien wątek, który nazwałabym samorozwojowym, emancypacyjnym, szczególnie zwrócił moją uwagę. Widać było, że dziewczyny chciały się rozwijać, kształcić, parły do przodu, ale także chciały być razem, tworzyć wspólnotę na rzecz samorozwoju, również i po to, żeby świat zmieniać.

A.M.: Większość moich bohaterek to postacie z inteligencji, a więc kobiety wykształcone. Spośród autorek piętnastu wspomnień, które przeczytałam, tylko dwie urodziły się poza warstwą inteligencko-mieszczańską. Jedna to Marcjanna Fornalska, pochodząca z rodziny chłopskiej. Była ona córką chłopa pańszczyźnianego, nauczyła się pisać i czytać w dosyć późnym wieku. Druga, Wanda Duraj, siostra Aleksandra Zawadzkiego, czwartej osoby w państwie, obok Bolesława Bieruta, Hilarego Minca i Jakuba Bermana, pochodziła z rodziny robotniczej. Była córką górnika. Ale większość autorek czytanych przeze mnie wspomnień to kobiety z warstwy inteligenckiej. I to widać wyraźnie, przede wszystkim po sposobie pisania: one naprawdę dobrze piszą! Trudno się jednak dziwić, skoro odebrały całkiem niezłą edukację.

A.K.: Uczyły je zagraniczne guwernantki?

A. M.: Niekoniecznie, nauki pobierały najczęściej w szkołach niekoedukacyjnych. Przed wojną były gimnazja dla dziewcząt i gimnazja dla chłopców. We wspomnieniach widać, że one mają wolę wspólnego działania, co było w dużej mierze pochodną tego modelu edukacji. To znaczy one faktycznie dorastały w środowiskach dziewczyńskich i prawdopodobnie to było zaszczepiane w tych szkołach, że dziewczyna, kobieta nie jest gorsza od chłopaka, mężczyzny; że może i powinna się rozwijać, kształcić. Naprawdę duża dawka pozytywnego przekazu. I potem, kiedy dochodziło do zakładania kółek samokształceniowych, czytały nie tylko męskich klasyków marksizmu – Marksa, Bebla, Lenina – ale też teksty kobiet, czyli Róży Luksemburg, Klary Zetkin, Aleksandry Kołłontaj. Spotykały się, rozmawiały, a kiedy na tych spotkaniach pojawiali się chłopcy, często lepiej wyedukowani w kwestiach marksistowskich i będący trochę wyżej w strukturach organizacyjnych, one wcale nie chciały ustąpić im pola, wejść w rolę uczennic. We wspomnieniach czuć to napięcie między dziewczynami i chłopakami. Nie wiem, czy nazwałabym to rywalizacją, ale z pewnością były w tym chęć wykazania się i przekonanie, że dziewczyny mają się czym pochwalić. Coś na zasadzie: chłopcy nam imponują, dlaczego my nie mamy im zaimponować? I wcale nie musimy imponować im naszymi strojami, wyglądem, tylko wiedzą, tym, że jesteśmy oczytane. A potem, na kolejnym poziomie działania – pokazać, że my, kobiety, jesteśmy równie aktywne w robocie partyjnej: roznosimy ulotki, mamy za sobą plakatowanie murów, udział w demonstracjach, a niektóre z nas były nawet zatrzymane przez policję. Czuć tu konkurowanie, ale na polu edukacji, politycznego działania. To mi się strasznie podoba, może dlatego, że tak bardzo odstaje od dzisiejszych interakcji między chłopcami i dziewczętami w wieku szkolnym. Widać ten wzór dziewczęcej/kobiecej współpracy w wielu wspomnieniach, a najpełniej w Grubej Ceśce Romany Granas.

A.K.: Czy te młode aktywistki miały się na kim wzorować?

A. M.: W wielu tekstach widać, jak wielką rolę w kształtowaniu tożsamości komunistek odgrywały ich matki i siostry – wzorce identyfikacji lub przeciwnie – zerwania. Zobaczmy na przykład historię Marii Kamińskiej, z domu Eiger, dziewczyny z burżuazyjnego, żydowskiego domu, której matka miała ambicję bycia dobrą panią domu, wizytówką tego domu, prowadzenia salonu, i właśnie na kogoś takiego chciała wychować córkę. We wspomnieniach Kamińskiej widać jednak, że córka nie bardzo miała ochotę stać się kopią swojej matki, stąd jej akces do komunizmu czytać można jako gest swoistego zerwania z matką czy raczej z rolą, którą tamta odgrywała. Ale są też historie Janiny Broniewskiej i jej matki, akuszerki z Kalisza, Romany Granas, Czesławy Orłowskiej (tytułowej Grubej Ceśki), w których matki stały murem za córkami, wspierały je w ich decyzjach. Postać wspierającej matki często pojawia się w tych wspomnieniach, trochę niczym drogowskaz dla dalszego wspierania się kobiet zaangażowanych w komunizm. A to wsparcie widać na przykład w więzieniach, gdzie aresztowane za nielegalną działalność polityczną komunistki opiekowały się sobą nawzajem, dbały też o dzieci towarzyszek, jeżeli te urodziły się w więzieniu. Więzienna komuna to rodzaj kobiecej wspólnoty totalnej, bo odizolowanej od zewnętrznego świata, zdanej tylko na siebie.

A.K.: Poza wsparciem w rodzinie mogły też liczyć na inne towarzyszki, tworzyły nowe, oparte na silnej więzi, relacje.

A.M.: Warto zwrócić uwagę na to, komu te wspomnienia są poświęcone. W wielu przypadkach kobietom towarzyszkom właśnie. Oto okazuje się, że komunistyczna „pamięć zobowiązana”, jak nazywa ten typ pamięci Paul Ricoeur, jest nie tylko wobec Bieruta, Lenina, Dzierżyńskiego – choć oni też się pojawiają na kartach wspomnień – ale w dużej mierze wobec kobiet. I to nie tylko tych wybitnych, znanych z wielkiego nazwiska, jak Róża Luksemburg, Maria Koszutska, Stefania Sempołowska, ale często szeregowych towarzyszek, działaczek, z którymi autorki przeszły długą drogę polityczną. Dzięki temu dowiadujemy się, jak wiele kobiet było zaangażowanych w działalność radykalnie lewicową przed wojną, w czasie wojny czy po wojnie.

Moje bohaterki są „nazwiskami” z pierwszej linii, to swoiste „celebrytki komunistyczne”: te, które przeżyły wojnę, przetrwały czystki stalinowskie, a potem budowały zręby nowego ustroju, które były dosyć wysoko postawione w różnych strukturach, nie tylko partyjnych. Dla przykładu podam kilka nazwisk: Janina Broniewska, Wanda Wasilewska, Edwarda Orłowska, Romana Granas, Helena Bobińska, Jadwiga Siekierska, Marcjanna Fornalska, Zofia Dzierżyńska, Zofia Marchlewska. Badacze i badaczki z IPN-u często piszą, że skoro kobiet nie było w KC, to znaczy, że ich pozycja była drugorzędna; tak jakby wcale nie istniały. A to nieprawda. Były w redakcjach czasopism, w radach różnych instytucji naukowych, w instytutach kształcenia kadr; istniały też Wydział Kobiecy PPR/PZPR, Liga Kobiet oraz inne organizacje kobiece. I tam działało wiele kobiet. Wspomnienia, które czytam, autorstwa „kobiet u władzy”, są hołdem złożonym ich „bezimiennym” towarzyszkom.

A.K.: Z dzisiejszej perspektywy robi wrażenie fakt, że świadomość polityczna budziła się w tak młodym wieku. Mówiłaś, że czas pobudzenia do aktywizmu społecznego przypadał na okres gimnazjum, a więc to były piętnasto- czy szesnastolatki. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby dzisiaj tak to wyglądało. Wraz z rozwojem swojej komunistycznej działalności dziewczyny, pochodzące z warstwy burżuazyjno-mieszczańskiej, czyli uprzywilejowanej, decydują się na porzucenie swego wygodnego życia i wystawiają się na bardzo niepewny los, często okupiony dużym cierpieniem (aresztowania, osadzenie w więzieniu, głód itp.). Co motywowało te dziewczyny do działania, co skłaniało do zmiany warunków życia?

A.M.: Dopowiem jeszcze, że nie tylko były osadzane w więzieniach, ale też często wyrzucane ze szkół, co zamykało im drogę do zdobycia zawodu. Traciły też pracę z powodu swojej nielegalnej aktywności politycznej. Ich zaangażowanie wymagało zatem olbrzymiego poświęcenia. Na przełomie lat 20. i 30. XX wieku wybuchł na świecie potężny kryzys ekonomiczny, masa ludzi traciła zatrudnienie z dnia na dzień, a one w tym właśnie czasie decydowały się na podjęcie nielegalnej aktywności, która groziła wyrzuceniem z pracy, a nawet więzieniem. Niektóre mogły liczyć na pomoc rodziny lub krewnych, inne nie. Odcięcie od pieniędzy niejedna szacowna rodzina traktowała jako środek wychowawczy, dyscyplinujący młode komunistki i młodych komunistów. Czasem ten środek działał i marnotrawne córki czy synowie wracali skruszeni na łono rodzin, ale w przypadku innych był nieskuteczny i ci/te stawali/ły się „zawodowymi rewolucjonist(k)ami”, czyli ludźmi opłacanymi przez partię na poziomie podstawowym. Na pewno nie było to dostatnie życie, a z pewnością bardzo niestabilne: ciągłe zmiany miejsca pobytu, zmiany nazwiska, kamuflaż. Ścisłe zasady konspiracji – to także powtarzający się motyw we wspomnieniach komunistek. Trudno się dziwić, skoro Komunistyczna Partia Polski była nielegalna od marca 1919 roku, a kodeks karny zawierał paragrafy, które nakazywały ściganie za działalność komunistyczną jako działalność antypolską. Konspiracja nie była więc zabawą, lecz przymusem narzuconym przez warunki zewnętrzne.

Co je motywowało? Jedna rzecz to, jak powiedzielibyśmy dziś, romantyczny etos: zaangażowania, aktywności, konspiracji. Kształtowaniu tego etosu sprzyjały lektury: Strug, Żeromski, Orzeszkowa, pozytywiści, ale zawsze „podszyci” polskim romantyzmem. Jak pisze Helena Bobińska, był to czas, kiedy literatura niezwykle silnie oddziaływała na ludzkie życie. Kolejna rzecz to pragnienie znalezienia się wśród ludzi myślących podobnie o świecie, stawiających światu podobne pytania, a więc – w tym przypadku – zrzeszonych w lewicowych organizacjach młodzieżowych. Było KPP, które skupiało dorosłych działaczy i działaczki, ale był też Związek Młodzieży Komunistycznej, do którego przyjmowano dzieciaki nawet 14-letnie.

A.K.: Co poza literaturą popychało ludzi do politycznej, nielegalnej aktywności w tak młodym wieku?

A.M.: Znając kontekst społeczny, ekonomiczny i kulturowy polskiego przedwojnia, trzeba przyznać, że była to niesprawiedliwa ekonomicznie rzeczywistość: bieda, złe warunki mieszkaniowe, brak pracy rodziców. Wspomniałam, że część moich bohaterek pochodziła z dobrych domów. Ale w domach wielu się nie przelewało. Przykładowo Broniewska była córką akuszerki i właściciela domu pogrzebowego z dość prowincjonalnego Kalisza. Stąd we wspomnieniach bardzo dużo miejsca poświęca ona kwestii zdobycia wykształcenia, a następnie pracy, z której mogłaby się utrzymać, bo na pomoc rodziców mogła liczyć w niewielkim stopniu. Ta rzeczywistość realnych nierówności klasowych była więc udziałem tych kobiet, a nie tylko doświadczeniem lekturowym. Dlatego też chciały się włączyć w walkę o poprawę bytu szerokich mas społecznych, w tym własnego. Kolejna rzecz to duża świadomość polityczna, świadomość tego, co działo się wokół nich. Wiele komunistek pochodziło z rodzin żydowskich, a warto pamiętać, że przed wojną Żydzi mieli zamknięty dostęp do administracji, było getto ławkowe i numerus clausus, zdarzały się pogromy. W tej sytuacji potrzebny był związek z ideą, która da nadzieję na zmianę tej nierównej, wykluczającej sytuacji, poprawę nie tylko ich własnej doli, ale też losu ich żydowskich towarzyszy i towarzyszek. I ostatnia rzecz – duża empatia i rozumienie, że krzywda nie musi być doznana osobiście, by pojawiła się świadomość niesprawiedliwości i wyzysku.

A.K.: Jak myślisz, czego im się nie udało zrobić, z uwagi na warunki zewnętrzne, ale też tendencje odśrodkowe, związane z tym, że środowisko – chociaż skupia się wokół wspólnej idei, wspólnych wartości – to jednak jest zbiorem indywidualności, różnych osobowości, charakterów. Jakiego rodzaju rozczarowania, napięcia były ich udziałem, bo trudno patrzeć na tamten czas w romantyczny sposób, że oto mamy przykład monolitycznej grupy, która zrzesza się, by zrobić coś dla poprawy świata?

A.M.: Wspomnienia mają to do siebie, że powraca się w nich pamięcią do czasu wcześniejszego, czasu, który był dla wspominającego/ej tożsamościotwórczy, i zazwyczaj patrzy się na niego przez pryzmat nostalgii. Polityczny margines, na którym autorki znalazły się po 1956 roku, sprawia, że w ich wspomnieniach o przedwojniu – tym czasie, kiedy „wszystko się zaczęło” – nostalgia jest silnie wyczuwalna. Kreują one obraz komunistycznej wspólnoty jako „wspólnoty wyobrażonej”, używając Andersonowskich kategorii. Pewnych rzeczy nie widzą albo nie chcą widzieć, budują mit. I ten mit czemuś ma służyć. Czemu? Na przykład dyskusji z młodym powojennym pokoleniem, z którym szukają nici porozumienia na obszarze spraw obyczajowych. Edukują za pomocą opowieści o swoim życiu – jasne, że przeżytym w innych warunkach, ale w takich wymiarach jak bunt przeciwko kołtuństwu, pruderii, hipokryzji, jak pragnienie emancypacji w miłości, związku, seksie bardzo podobnym.

Kolejna rzecz, o której musimy pamiętać, myśląc o „komunistycznych wspólnotach”, to dyscyplina partyjna, a ta faktycznie była bardzo silna. Dyscyplina czy może raczej lojalność względem towarzyszy i towarzyszek, zrodzona przed wojną, w czasie gdy dla radykalnie lewicowych poglądów i działań nie było sprzyjającego klimatu, gdy na każdym kroku groziły rewizje policyjne, aresztowania, więzienie. Ta lojalność testowana była później w czasie wojny, sprawdzana w okresie czystek stalinowskich, w atmosferze donosów, kolejnych aresztowań, tym razem przez „swoich”. Wtedy, jak sądzę, ta lojalność – nadal silna – była też podszyta strachem, nieufnością.

W tym miejscu dochodzimy do swoistej podwójności przekazu komunistek – być może zrodzonej z owego poczucia zagrożenia z zewnątrz oraz wewnątrz. Czytając wspomnienia komunistek, mam wrażenie, że są one podwójne, palimpsestowe wręcz, to znaczy że pod warstwą oficjalną, obowiązującą, znajdują się treści zakazane albo przynajmniej niewskazane do jawnej artykulacji, bo krytyczne wobec ówczesnej władzy czy nawet projektu komunistycznego jako takiego. Treści „uwierające” autorki, niedające im spokoju. Bywa oczywiście, że mówią wprost o tym, co im nie odpowiada, ale czasem operują wyłącznie aluzjami, podtekstami.

A.K.: O jakie sprawy chodzi?

A.M.: Broniewska, która jest mistrzynią ironii i sarkazmu, chyba najbardziej otwarcie pozwala sobie na krytyczne wypowiedzi. Sporo miejsca poświęca na przykład kwestii podwójnych standardów moralnych, innych dla kobiet i mężczyzn, które komuniści oficjalnie piętnowali, ale sami nie stronili od ich praktykowania. Oto niektórzy towarzysze na zewnątrz mieli usta pełne wzniosłych haseł, gromili rozwiązłość, piętnowali hipokryzję moralną, po czym okazywało się, że im samym daleko było do ideału, który głosili: w domu czekała żona z dzieckiem, w kawiarni jedna kochanka, na „robocie partyjnej” druga itd. Broniewska celnie punktuje tę komunistyczną hipokryzję, nieróżniącą się zbytnio od znienawidzonej w radykalnych środowiskach hipokryzji mieszczańskiej.

Kolejna rzecz, na którą Broniewska zwraca uwagę, to rozbieżność komunistycznych ideałów i praktyki życia w zakresie opieki nad dziećmi, prowadzenia domu i godzenia tej codzienności z pracą zawodową i działalnością polityczną. Oto mimo wielu burzliwych dyskusji na ten temat, prowadzonych w kołach samokształceniowych, w organizacjach młodzieżowych, a później w partii, ostatecznie okazywało się, że to kobiety-komunistki zajmowały się dziećmi. Pracowały, prowadziły nielegalną polityczną robotę i jeszcze troszczyły się o dom, a nawet jeśli mogły liczyć na pomoc gosposi, to i tak na nich spoczywał obowiązek przypilnowania tejże, zarządzania sprawami domowymi. Z tej perspektywy równouprawnienie w sferze publicznej i prywatnej nie udało się i to musiało rozczarowywać. Jak mówi Broniewska: jakoś tak się stało, że małżeństwo i rodzicielstwo nic nie zmieniły w życiu mojego męża, a w moim zmieniły dużo, i to niekoniecznie na lepsze.

A.K.: Kobiety-komunistki w relacjach z mężczyznami-komunistami stały raczej w cieniu.

A.M.: O wyraźnej nierównowadze w zakresie traktowania ambicji i aspiracji kobiet oraz mężczyzn w związkach komunistów autorki wspomnień piszą z wyczuwalnym rozczarowaniem. Jest na przykład niesamowity cytat z książki Heleny Bobińskiej Pamiętnik tamtych lat, gdzie mówi ona o swoim pierwszym mężu, Stanisławie Bobińskim, który w 1937 roku padł ofiarą czystek stalinowskich. Wspomina go z czasu rewolucji październikowej, kiedy pojechała za nim do Związku Radzieckiego. Okazało się wtedy, że jego sprawy były najważniejsze i żyli właściwie tylko jego życiem, a ona znajdowała się na dalszym planie. Cały czas słyszała, że wkrótce pojawią się możliwości jej rozwoju i samorealizacji, ale ostatecznie nic się nie zmieniało. Czuć w jej wyznaniach gorycz, że oto w związku, nawet obojga komunistów, są równi i równiejsi, że cokolwiek by się nie zdarzyło, to plany męża, jego misja są ważniejsze niż „przyziemne” ambicje żony.

Nie lepiej jest w kwestii seksualności, bardzo ważnej dla autorek, które uporczywie do niej powracają, nawet jeśli odbywa się to w sposób „zasznurowany”, autocenzurujący. Problem tzw. wolnej miłości, propagowanej przez Aleksandrę Kołłontaj, wyraźnie nurtuje pamiętnikarki. Wolna miłość przedstawiana jest przez nie jako koncepcja relacji uczciwej, dogadanej, opartej na wzajemnym szacunku, szczerości, a zatem równościowej, emancypującej. Po czym dowiadujemy się, że najpierw Lenin, a potem Stalin mocno krytykowali tę koncepcję, piętnując ją jako niemoralną i brudną. I one musiały się z tym liczyć, bo to głos Lenina i Stalina nadawał ton linii partyjnej. Autorki wspominają, że wśród młodych komunistów w porewolucyjnej Rosji burzliwie dyskutowano o miłości i seksie, spierając się o to, co jest w nich wyzwoleniem, a co upodleniem. Ze wspomnień tych wynika wszakże, że spór o etos komunisty – o jego czystość i oddanie sprawie – zawsze „prowadzony” był na ciałach kobiet. Przykładowo Jadwiga Siekierska pisze, że Julian Marchlewski permanentnie oceniał wygląd partyjnych towarzyszek, rozliczając je z tego, jak się ubierały, jak chodziły, mówiły, czy były „kobiece”, czy zmaskulinizowane. We wspomnieniach Marii Kamińskiej czuć niepewność co do tego, jak powinna wyglądać i zachowywać się „prawdziwa rewolucjonistka”. Z jednej strony inspiracją była dla niej Wera Kostrzewa, w szarej skromnej sukni, zapiętej pod szyją na guziczek. Z drugiej nurtowało ją wspomnienie Ruth Fisher, niemieckiej komunistki, która przyszła na spotkanie partyjne mocno umalowana i wystrojona. Czy w ten sposób dała wyraz wulgarności i burżuazyjnemu zepsuciu, czy może jednak kobiecej ponętności? Kamińska raz ekscytuje się czystymi i wiernymi swoim ideałom bohaterkami Żeromskiego, to znów wspomina dreszcz, jaki towarzyszył jej w trakcie lektury „erotycznie wyzwolonych” opowiadań Kołłontaj. Powiedziałabym więc, że to ciągłe powracanie do tematów seksualnych ma w sobie coś z natręctwa: to próba wypowiedzenia czegoś, co nurtuje, a czego nie można wyrazić wprost, bo cenzura obyczajowa PRL-u czuwa, więc tylko za sprawą uporczywego powtarzania, nawracania daje się do zrozumienia, że to coś jest ważne.

No i wreszcie rzecz, która jest wypowiedziana i niewypowiedziana zarazem, czyli kwestia nierównych, dyskryminacyjnych wręcz stosunków w samej partii. To, że towarzysze-mężczyźni pozwalali sobie na różne protekcjonalne uwagi pod adresem partyjnych koleżanek, napawa niechęcią autorki po latach. Ich wspomnienia dokumentują nie tylko seksizm – jak powiemy dziś – w środowisku komunistycznym, ale też unaoczniają po raz kolejny rozbieżności między wzniosłą teorią i dość ułomną praktyką.

A.K.: Jak postrzegasz dzisiejsze wspólnoty feministyczne?

A.M.: Zanim odniosę się do współczesności, chciałabym raz jeszcze podkreślić, że teksty polskich komunistek są dla mnie dużym odkryciem, na wielu poziomach fascynującym i aktualnym, ale staram się je czytać ze świadomością kontekstu, w którym powstały, i zarazem kontekstu, do którego się odnoszą. Podobnie myślę o życiu ich autorek, które było przez lata nielegalne, zakonspirowane, co nie pozostawało zapewne bez wpływu na stosunek do świata i ludzi. Często zarzuca się komunistom i komunistkom „sekciarstwo”. Na czym miałoby ono polegać? Na tym, że ufasz tylko tym ludziom, z którymi dużo przeżyłaś/eś. Mówiąc więc o komunistycznych wspólnotach, trzeba mieć tego świadomość: nie idealizować ich, ale widzieć je w pewnym kontekście – wychowania, które ich członkowie i członkinie odebrali, ale też warunków społeczno-polityczno-ekonomicznych, w których żyli.

Dziś mamy zupełnie inny kontekst. Osobiście nie widzę potrzeby tworzenia „siostrzanych wspólnot”, które stanowiłyby dla nas jedyne zaplecze. Dobrze, jeżeli powstają grupy zdolne do politycznego działania, zorganizowania wspólnej akcji, wewnętrznych rozmów. Z drugiej strony policja nie aresztuje nas dzisiaj za prowadzenie feministycznej aktywności. Mamy większą swobodę, w związku z czym możemy sobie pozwolić na większą dozę krytycyzmu, również wobec własnego środowiska. Mam wrażenie, że dzisiaj nie jesteśmy skazane na „sekciarstwo”, które dla przedwojennych komunistek było często warunkiem przetrwania. Dzisiaj na szczęście mamy więcej swobody, możemy skupić się na dyskusji, sporze, polemice ze sobą. Moim zdaniem jest to bardzo rozwojowe, twórcze. Obawiam się środowisk, w których ludzie potakują sobie, a gdy przychodzi głos krytyki, to zachowują się, jakby byli w oblężonej twierdzy. To oczywiste, że trzeba się wspierać, szczególnie kiedy przychodzi atak z zewnątrz, ze strony innej opcji politycznej, ale jeżeli między sobą zwieramy szyki, bo jakaś osoba czy grupa inaczej myśli czy ośmiela się mieć inne zdanie, to powstaje właśnie efekt oblężonej twierdzy, który w dłuższej perspektywie hamuje rozwój.

A.K.: Mówisz przede wszystkim o środowiskach naukowych, akademickich, a jak powinno to wyglądać w sferach politycznych?

A.M.: Jestem zwolenniczką szerokich koalicji. Jest sprawa do załatwienia, więc zawieszamy inne płaszczyzny działania i dogadujemy się w tej jednej konkretnej kwestii, np. walki z przemocą wobec kobiet. Czy to oznacza, że mamy natychmiast tworzyć tożsamościowe grupy, które będą razem w absolutnie każdej sprawie? Mam poważne wątpliwości.

Na koniec jeszcze jedna istotna kwestia. Otóż wydaje mi się, że słabością środowisk szeroko pojętych feministycznych, lewicowych jest zbyt duża indywidualizacja. Często chcemy się wyróżniać, chcemy, żeby nasz głos i nasza marka były zauważone i docenione. Indywidualizm jest rewersem wspólnotowości rozumianej jako projekt tożsamościowy i tożsamościotwórczy, wkluczający i wykluczający zarazem, bo przecież nie da się zbudować wspólnoty totalnej – zawsze ktoś znajdzie się na zewnątrz. Brakuje mi działania kolektywnego – niekoniecznie wspólnotowego, ale kolektywnego właśnie, to znaczy takiego, w ramach którego możemy razem, anonimowo zrobić coś dla innych ludzi, dla sprawy. Nie muszę być zawsze podpisana jako Agnieszka Mrozik z określonej instytucji – mogę rozwieszać plakaty, roznosić ulotki, ustawiać krzesła, jeśli miałabym w ten sposób przysłużyć się naszej wspólnej sprawie. Wiele feministek odmawia takiego solidarnego działania, dbając wyłącznie o własny wizerunek. Jestem więc za współpracą i za kolektywnym działaniem, za tym, żeby czasem wyrzec się tego indywidualistycznego imperatywu, potrzeby odróżniania się i wyróżniania zarazem. Więcej egalitaryzmu, mniej indywidualizmu.

Agnieszka Mrozik

Doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Zespole „Literatura i Konteksty” IBL PAN, pracuje również w Ośrodku Studiów Kulturowych i Literackich nad Komunizmem IBL PAN oraz w Zespole Badań Genderowych „Literatura i Gender” IBL PAN. Wykładowczyni Podyplomowych Gender Studies im. Marii Konopnickiej i Marii Dulębianki IBL PAN i koordynatorka cyklu dyskusji społeczno-kulturalnych „Feminaria”. Członkini redakcji kwartalnika polityczno-kulturalnego „Bez Dogmatu”. Członkini Zarządu Fundacji Gender Center. Autorka książki Akuszerki transformacji. Kobiety, literatura i władza w Polsce po 1989 roku (2012).

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!