Prezydenci i król

Król

Dwa najbardziej istotne zdarzenia w amerykańskiej historii (sic!) to narodziny Chrystusa i Elvisa Presley’a.
Sam Phillips, odkrywca i pierwszy producent Kinga

[Kiedy powstała książka (1996), Bill Clinton kończył pierwszą kadencję. Afera Watergate obchodziła ćwierćwiecze i nikomu nie śniło się o czarnym prezydencie USA. Presley nie żył już od niemal 20 lat.]

Elvis Presley był [i jest] ikoną śmieciowej kultury: białym Południowcom daje szansę odreagowania, a wielkomiejskim arbitrom dobrego smaku, pochodzącym z północnych stanów, dostarcza spektakularnego przykładu przesady – jako posta przerażająca i zarazem groteskowa. Biografowie, krytycy i fani opisują Elvisa różnorodnie: jako wiejskiego chłopca, ubogiego białego, prostaka i wsioka z Południa albo starego dobrego druha. Gdyby spróbować zdefiniować powszechny stosunek do niego w przychylnej mu […] erze Clintona, nazwano by go: ‘brachu’ (‘Bubba’), ‘wielki brat’, ‘gość w stylu Południa’, a komentatorzy za wszelką cenę staraliby się zawoalować jednoznaczne przyporządkowanie: white trash. Elvis mógł się urodzić w sercu zabitej deskami prowincji, w Tupelo, ale wcześniej czy później przeniósł się do Memphis. Wsiąkł wraz ze swoją rodziną w strukturę miejskich slumsów, pomiędzy innych białych i czarnych, wegetujących na zasiłkach lub wykonujących prace pozwalające na przeżycie.

Biedni czarni i white trash są łączeni [również obecnie] w niemal symbiotyczną relację wzajemnej zależności i wrogości w nieustającej walce o przetrwanie w najbiedniejszych stanach USA. W oficjalnych mediach rasizm charakteryzujący white trash i innych pochodzących z niższych klas białych bywa postrzegany równocześnie uniwersalnie i lokalnie, jako zjawisko endemiczne i endogamiczne, wymazujące genezę tajnych stowarzyszeń jak Ku Klux Klan i prawdę o ich działalności wśród uprzywilejowanej elity Południa czasu Rekonstrukcji.

[…]

White trash postępują i zachowują się jak czarni – co w języku rasizmu ma właściwie gorszy wydźwięk niż bycie nimi, bo to porównanie konstytuuje degradującą rasową wyższoś białych. Południowi pisarze, tacy jak William Faulkner, Margaret Mitchell, James Dickey i John Dufresne, opatrują portret psychologiczny white trash etykietą gnuśnych leniów, zdegenerowanych ignorantów przeżartych chorobami, na których nie można polegać. Faktycznie, traktuje się ich gorzej niż biednych czarnych, których kondycję [egzystencjalną] i zniewagi dzielą [w dalszym ciągu]. Kultura dominująca wyższych białych klas upośledza białą biedotę za demaskowanie rasistowskiego kłamstwa o przynależnej czarnym niższości rasowej.

Ale Elvis był białym chłopcem, którego jego odkrywca i pierwszy producent, Sam Phillips, określił następująco: „brzmi jak Murzyn i sprawia wrażenie, że nim jest” (‘The Negro sound and the Negro feel’), czego jego promotor właśnie poszukiwał. Postępowy Phillips, współcześnie w Memphis przezywany Wielbicielem Czarnuchów (Nigger Lover), był obrońcą ich praw obywatelskich i promował czarnych artystów na równi z białymi w wytwórni nagrań Sun Records. Połączył piękne z pożytecznym, wierząc, że w ten sposób zespoli rasy i przy okazji zarobi jakiś milion dolarów, co nie jest bez znaczenia.

[…]

W Memphis czarni fani w swoim środowisku już od lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia utrzymują plotkę, że Elvis, będący równocześnie whitetrashową ikoną, ma sekretnego czarnego przodka. Biali rodzice pochodzący z klasy średniej, porażeni zjawiskiem, uważali, że jakikolwiek chłopak poruszający się w ten sposób i tak śpiewający musi być czarnym. Elvis jako Król został kanonizowany tak samo przez czarnych, białych, Indian i szczególnie przez white trash, grupę niestosującą w swojej kulturze żadnych zasad czystości estetycznej.

Czarne ciało w amerykańskiej kulturze od zawsze łączy się z ciężką pracą fizyczną, brutalną niewolniczą dyscypliną, a władza versus strach i seksualność stanowiły kombinację równocześnie urzekającą i zabronioną dla nastolatków średniej klasy białych.

Elvis zaadaptował Czarną Muzykę, kostium i styl, dostosowując się tym samym do scenicznej fizyczności i zmysłowej siły czarnych. Wcześniej jednak jawił się jako uprzejmy i nieszkodliwy, mówiący cicho i łagodnie, co reporterzy zwykle komentowali jako przykład poprawnie zachowującego się Murzyna: „tak, proszę pani” i „nie, proszę pana”. Gdy zaśpiewał niczym czarny, stał się podwójnie niebezpieczny, bo powodował, że drobnomieszczańskie córki Południa dostawały publicznych orgazmów. Czytelnik lat dziewięćdziesiątych, zbity z tropu wielkim strachem i nienawiścią, wyrzyganymi przez prasę lat pięćdziesiątych na temat Elvisa, retrospektywnie odniesie wrażenie, że był on czysty, grzeczny, skromny, uległy, nawet piękny i cechowało go głębokie, kojące, a czasami ochrypłe rock’n’rollowe brzmienie.

[…] Elvis proroczo odparł kiedyś krytykom: „Nawet Jezusa jego współcześni nie kochali”.

[Jak postrzegamy Presleya obecnie, po następnych niemal dwudziestu latach, gdy za nami napierśna zbroja z lejków Madonny, mięsne sukienki Lady Gagi i jej wykluwanie się z jajka, striptiz Justina Biebera, pomylenie sukni wieczorowej z uprzężą w wykonaniu Miley Cyrus oraz Rihanna w zdobnych niemowlęcych czapeczkach z czegoś absolutnie przeźroczystego zamiast biustonosza? Trudno nam chyba pojąć, że „po występie Elvisa w Nowym Jorku trzeba było wymienić jedną czwartą foteli, bo tak wiele dziewcząt zmoczyło majtki”]

Prezydenci

Najbardziej pożądaną fotografią pochodzącą z Archiwum Narodowego jest wykonane w poniedziałek 21 grudnia 1970 rokuzdjęcie prezentujące Prezydenta i Króla stojących obok siebie w Białym Domu.

Ikona rebelii i rock’n’rolla lat pięćdziesiątych, Elvis Presley, poważnie uzależniony (w tym miejscu ukłony w stronę wszechobecnego Dr. Nicka, bo od leków na receptę), robił wszystko, co było w jego mocy, aby zostać regularnym ćpunem. Zdeterminowany, pod wpływem impulsu poleciał do Waszyngtonu, aby prezydentowi Richardowi M. Nixonowi zaoferować swoją osobę (lojalnego Amerykanina) jako tajnego agenta do śledzenia środowiska muzycznego. Wierzył, że Beatles i inne ćpające zespoły były częścią komunistycznej konspiracji, mającej na celu podkopanie morale młodej Ameryki. Oczywiście, należy dodać do jego paranoi, że długowłosi Angole wyparli go ze szczytu rock’n’rollowej hierarchii, wyprzedzili w wynikach sprzedaży, w [skandalizujących] zachowaniach, w grze przez niego zapoczątkowanej.

[…]

Nixon momentalnie znalazł wspólny język z Elvisem, a przynajmniej na to wyglądało.

– Ubierasz się dość dziko, czyż nie tak? – skomentował, co Elvis zripostował: – Panie prezydencie, pan prowadzi swoje przedstawienie, a ja moje.

King otrzymał dokładnie to, o co prosił: czyli oficjalną odznakę i stosowne dokumenty z Bureau of Narcotics and Dangerous Drugs. Nixon, z natury i z racji stanowiska mający wszystko pod kontrolą i będący prezydentem o zapędach imperialnych, dla przekory chyba zaznaczył: – Ja nie mam zbyt wiele władzy tutaj, no wiesz, po prostu jestem figurantem.

[Fakt spotkania Prezydenta z Królem najpierw był tak ambarasujący, że ukrywano go przez ponad rok, następnie sprzedano zdarzenie w postaci festynu z fetyszami.]

[…] w latach dziewięćdziesiątych przypadkowa zbieżność dat urodzin Presley’a i Nixona (8, 9 stycznia) zaowocowała spektaklem połączonych ich obchodów w bibliotece Yorby Lindy w Kalifornii. Nie ma co wspominać cen: podkoszulka Nixon/Elvis – 14,50 $, zegarek – 45 $, pocztówki – 3 $ sztuka, ale za darmo, jeśli kupi się koszulkę lub zegarek.

Saga o Elvisie i Prezydencie nie byłaby kompletna, gdyby pominąć Billa Clintona, zdeklarowanego fana i syna oddanego miłośnika Elvisa. […] Clinton jest pierwszym znaczącym amerykańskim politykiem młodszym od Presley’a, wychowanym pod wpływem południowej kultury owładniętej wizerunkiem Króla i jego muzyką. […] kiedy został rezydentem Białego Domu, zaatakowano jego pozycję klasową i regionalne powiązania, co z kolei naraziło go na przezwisko white trash. Absolwent Georgetown University i Yale University, stypendysta fundacji Cecila Johna Rhodes’a, w ciągu jednej nocy, pozornie, stał się: brachem, swojakiem, starym kumplem. Plotkujący żurnaliści donosili o zmianie szefa kuchni w Białym Domu, złośliwie przytaczając przykład trailerowych upodobań smakowych Clintona, szczególnie że Chelsea lubiła pizzę, a on sam – hamburgery i steki.

Natomiast Georg Bush (tato), inteligencki Brahmin z Nowej Anglii, dzięki swojemu uwielbieniu dla przekąski ze smażonej słoniny oraz muzyki country został potraktowany bardziej humanitarnie w porównaniu z Clintonem.

Nikt i nigdy nie pomyli George’a Busha ze starym dobrym kumplem (good old boy), bez znaczenia, w ilu parach kowbojskich butów byłby sfotografowany.

[Obamy też nikt nie pomyli, ale to już zupełnie inna historia.]

Fragment rozdziału: Gael Sweeney, The King of the White Trash Culture, [w:] White Trash: Race and Class in America, red. Annalee Newitz i Matt Wray, wyd. Routledge, 1997, 2. 250-259. Na potrzeby niniejszej publikacji tłumaczyła Halina Kaczmarczyk. Kursywami w nawiasach kwadratowych zaznaczono komentarze tłumaczki.

Copyright © 1997 by Routledge. From White Trash: Race and Class in America edited by Matt Wray and Annalee Newitz. Reproduced by permission of Taylor and Francis Group, LLC, a division of Informa plc.

Gael Sweeney

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!