Wiersze

detox poetica

nawierzchnia wstrząsa autem. męczy je rezonans chroniczny jak nałóg.
linie przerywane zlewają się w igłę. przebudzony silnik wprawia w drgania szyby. mechanicznie mruczy wyliczankę: kompas, komponent, kontrolka.
kto jedzie za mną niech chwyta przyczepność.

znaki zabraniają nawrotu. możliwa jest utrata panowania nad retoryką, nad dykcją.
miejsca tarcia jaśnieją od iskier. metale stają się lekkie jak pióra. wnętrze oka nasiąka zapachem white spirit. obraca się zębatka. przede mną rozkładają się pointy wysypisk uciekam z nich do liter, drogowskazów i rozdzielczych tablic.

innym razem pogoda ducha w kratkę jak kartka. mam podwyższoną temperaturę ciała.
ciepłe mięso schnie na przęsłach żeber niczym tusz albo smar. żre mnie rdza. rośnie broda szorstka jak kora. nocami pozostaje picie wody z kranu. jestem kornikiem.
i chcę się zestarzeć drążąc w próchnie. ginąć z głodu wpatrzony w dno słoja.

mężczyzna, który przy starych kapliczkach próbuje posklejać confetti – to ja.
podtrzymuje się rękoma oparty na stelażach białych ścian jak na sztalugach – na obraz.

 

polska b

był sad. rozrósł się jak apokryf, poza marginesem. księga to tynki gospodarstw.
więc szósta rano. pociąg z miasta a do miasta b nie jechał.

zostałem sam przed budynkiem stacji. zostałem sam choć pociągi nie odchodzą.
na spleśniałej kiści peronów czas wlókł się jak zwierzę
umaszczony plamami cerkwi, chat, dzieci o czerwono-czereśniowych twarzach.
przy przetartej drodze żużel przypominał szlaczek w zeszycie. pamiętał przeprawy

po marcowych błotach (ich daremność). koleiny układały się w szereg
pnie drzew też. nic nie krwawi jak blizny zadawane skalpelem bieżnika.

krajobraz ze środkiem w metalowym szyldzie. dla niego odjazd to powróz.
zrywanie jabłek z jabłonią.

 

pokój z widokiem na wojnę

moje kości nocą bawiły się w blitzkrieg. przed powiekami wydłużał się
pejzaż obły jak łuska. ślepa ulica była kolbą. ktoś włożył ją w usta futryn.
kończyła się czerwonym punktem papierosa, który parzył w przełyk.
wokół rozbrzmiewał mój kaszel chroniczny jak seria.

deszcz imitował śrut. próbował przemycać do wewnątrz zimny front,
kontrast do zamkniętych układów organizmu. naprzeciw okna
książkom czerwieniał naskórek. ścierał się od śladów zaciśniętych palców
(palców, które obejmowały go jak cyngiel).

Kacper Płusa

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!