Los siostry, los nieprzeżyty

Dla naszej Mamy, dzięki której jesteśmy siostrami

Własny pokój a wspólny pokój

Zaczynałyśmy we wspólnym pokoju. Ale, choć miał jedno okno i jedne drzwi, był podzielony na dwie połowy, a kwestia granic była zawsze ważna: absurdalnie szczelne w trakcie kłótni, w czasie zgody stawały się przekraczalne bez konieczności wyczynów ekwilibrystyczno-gimnastycznych. Nigdy nie podzieliłyśmy go fizycznie, jakimś ekranem czy zasłoną, ale zawsze było dla nas jasne, która połowa jest czyja.
Teraz idea wspólnego pokoju wydaje się wspaniała; kiedy dowiedziałyśmy się o seminarium w Staromiejskim Domu Kultury, byłyśmy zachwycone: „tak, dokładnie o to chodzi – kobiety potrzebują dziś wspólnego pokoju, a nie własnego”.

MB: W 2002 roku, gdy Własny pokój ukazał się w przekładzie Ewy Krasińskiej, byłam olśniona – i na początku budowania własnej feministycznej świadomości. Idea niezależności intelektualnej ufundowanej na niezależności ekonomicznej, wyrażona w obrazie własnej przestrzeni, wydawała mi się upragnionym celem – w planie osobistym, ale i społecznym. Trudno jednak, zdobywszy ów wymarzony własny pokój, nie rozczarować się. Przyzwoite zarobki i własny pokój to, jak pokazuje doświadczenie prawie stu lat, jakie minęły od czasu powstania eseju Virginii Woolf, projekt stricte indywidualistyczny, który jednak nawet w jednostkowej perspektywie nie może być postrzegany jako remedium. Lokatorka samodzielnie wywalczonych czterech kątów zawsze musi być gotowa do renegocjacji warunków najmu, by nie wspomnieć o uzasadnionym lęku przed eksmisją. Własny pokój nie może być oazą wolności, spokoju i twórczej aktywności, jeśli zza ściany słychać spory o prawne ograniczenie swobody reprodukcyjnej, zachęty do nieodpłatnej pracy opiekuńczej, żarty z blondynek czy z „ministry”. Własny pokój bardzo łatwo stracić, ale też prywatny azyl bardzo łatwo zmienia się w izolatkę.

JB: Tak, dziś to, co pisze Woolf, może być zinterpretowane jak postulat feminizmu liberalnego – „mój indywidualny sukces jako miara sukcesu feminizmu”. Dzisiaj widzimy jasno, że takie podejście prowadzi do sytuacji, w której część kobiet zostaje włączona do istniejącego systemu, ale na warunkach tego systemu, i ostatecznie niewiele się zmienia. To chyba najpoważniejszy problem, z którym mierzy się współczesny feminizm – konieczność przepracowania własnego uwikłania w politykę liberalną i neoliberalną, uwikłania w wizję polityczności, w której wszystko rozgrywa się między jednostką (pojedynczą kobietą) a bliżej nieokreśloną zbiorowością czy też społeczeństwem, którego główną funkcją jest dostarczanie jednostce wachlarza opcji do wyboru. Ale czy chodzi tu o to, że musimy zrównoważyć indywidualizm wspólnotowością? Chyba nie; raczej o świadomość wzajemnego warunkowania się tych dwóch wymiarów – mogę być samodzielna tylko w pewnych sferach albo za jakąś cenę; zawsze są pewne systemowe uwarunkowania, które określają, kiedy możliwa jest autonomia, a kiedy nie; i feminizm nie może ich lekceważyć.Właśnie ukazała się po polsku bardzo ważna książka na ten temat – Drogi feminizmuNancy Fraser.

Wspólnota musi być kwestią wyboru; więcej, musi być czymś, co się wybiera z entuzjazmem, nie pod wpływem pragmatycznych kalkulacji czy strachu. Nie oznacza to jednak – wbrew liberalnej wizji podmiotu działania politycznego – że wybiera się w próżni. Często na początku w ogóle nie mamy wyboru, i każda teoria polityki oparta na założycielskiej fikcji, że ten wybór jest, że istniejemy w próżni, okazuje się mało warta.

Siostry, w tym najprostszym, rodzinnym wymiarze, też się nie wybiera. Inaczej jednak już z siostrzeństwem; więź emocjonalna, psychologiczna między krewnymi nie jest naturalna – może stanowić przedmiot troski lub negacji. Mimo tego więc, że relacja sióstr ma stanowić najbardziej elementarny, paradygmatyczny model związków między kobietami, nie jest ona tak oczywista. W naszej relacji bardziej niż podobieństwa chciałam widzieć różnice: mój zmysł „techniczny”, Twoje „zdolności językowe”, moja telewizja, Twoje książki…

Siostry się nie wybiera; a my na dodatek do pewnego momentu byłyśmy bardzo podobne do siebie, jeśli chodzi o wybory życiowe. To było w pewnym sensie wspaniałe, w innym – trochę niepokojące. A z zewnątrz wydajemy się jeszcze podobniejsze. Ludzie prawie zawsze widzą od razu, że jesteśmy siostrami; dawniej czasem nawet uznawali nas za bliźniaczki. Zawsze mnie to zaskakiwało i trochę irytowało. „Przecież my wcale nie jesteśmyaż tak podobne”. Teraz, od niedawna, zauważam, że faktycznie mamy podobny sposób poruszania się, mówienia, i w sumie wydaje mi się to fajne. No, ale to teraz… kiedyś w ogóle tego podobieństwa nie widziałam.

To podobieństwo rozszerzyło się obecnie i sięga także spraw intelektualnych. Już kilkakrotnie spotkałam się z pytaniem, czyj był któryś artykuł. Gdy minęło pierwsze zdziwienie (ba! – irytacja, bo jak to: nie mam badawczej tożsamości? idiolektu?), miałam poczucie, że przypadkiem odkryła się przede mną dotychczas zakryta i niespodziewana część naszego siostrzeństwa.

Z jednej strony wybierałyśmy podobne ścieżki. Z drugiej dążyłyśmy do tego, żeby się od siebie czymś odróżnić. Mamy różne pola kompetencji – ja filozofię, ty literaturoznawstwo.

Moje literaturoznawstwo mogło się jednak pojawić dopiero, gdy tę drogę na rzecz filozofii zarzuciłaś. Im bardziej chciałam nie być podobna do Ciebie (kompleks młodszej siostry), tym bardziej szłam Twoim tropem. Do wspólnoty trzeba dorosnąć, musi ją poprzedzać indywiduacja. Jeśli masz wejść do wspólnego pokoju, to musisz mieć możliwość wycofania się do własnego. Jeśli tej możliwości nie ma, pojawia się poczucie ciasnoty, obawa przed wchłonięciem. Dzielimy wspólny pokój – odgraniczając swoje pola badawcze, ale i dzielimy się nim – budując wspólnotę wartości, lektur, dyskusji, wzajemnych inspiracji.

No tak, cieszyłam się, kiedy odkryłam tę filozofię… To było związane z poszukiwaniem czegoś, co byłoby własne, moje. Ale też z współzawodnictwem. Prawdopodobnie byłyśmy skazane na wybór jakiejś dyscypliny humanistycznej, z powodu naszej rodzinnej socjalizacji. Nie mogłyśmy nie kochać książek… Także chyba dlatego, że to były rzeczy, które mogłyśmy ze sobą dzielić. Albo mogłyśmy je sobie nawzajem komunikować; wspierać się, ale też oceniać się wzajemnie. Z dobrymi i ze złymi konsekwencjami.

Nie chciałyśmy rozmawiać o doświadczeniach. Zamiast tego rozmawiałyśmy o książkach, o zainteresowaniach i problemach intelektualnych, o teorii.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Początkująca doktorantka, przesiąknięta ideą własnego pokoju – fizycznie wreszcie zdobytego, symbolicznie (w toku prac nad dysertacją) właśnie stwarzanego, była pewna, że należy bronić standardów akademii, do której dostąpiła wtajemniczenia. Przejęta Własnym pokojem nie widziałam, że powtarzam gest pedla z Oxbridge, broniąc akademii – przed kim? Przed kobietą, która napisała bardzo dobrą książkę, mając odwagę przeciwstawić się gatunkowym dyrektywom – jak się okazało, niekoniecznie zasadnym, jeśli wbrew nim można napisać ważny tekst. Teraz mam wrażenie, że obronić akademię mogą tylko takie książki jak Obszary odmienności – zajmujące, inspirujące do myślenia, nie tylko o literaturze, ale i teraźniejszej rzeczywistości społeczno-kulturowej.

Tarcia czy spory, które się pojawiały, były zawsze szczególnie bolesne – i dlatego, że pola, które sobie wybrałyśmy, są tak blisko siebie, właściwie na siebie nachodzą, i dlatego, że teoria była dla nas metonimią (a może raczej metaforą?) wszystkiego, co istotne egzystencjalnie. Pamiętam, jaki przykry dla mnie był spór o książkę Izabeli Filipiak o Marii Komornickiej – Obszary odmienności. Ta książka była dla mnie osobiście ważna, nadal jest… Dlatego że dotyczy nie tyle konkretnej pisarki, ile symbolicznej pozycji kobiety-autorki w zachodniej literaturze, zwłaszcza modernistycznej. Piszące kobiety mają oczywiście swój kącik wewnątrz tej instytucji, ale jeśli chcą sięgnąć po pierwsze miejsce, tworzyć teksty, które byłyby naprawdę cenione, to muszą siłą rzeczy zakwestionować fallogocentryczną hierarchię – i nagle okazuje się, że z jakichś powodów nie mogą zdobyć uznania dla swoich tekstów albo że muszą za to zapłacić straszną cenę. Pisanie „jako kobieta”, pisanie kobiece jest problematyczne. Dziś już w mniejszym stopniu, za sprawą francuskiej drugiej fali, ale jednak… Komornicka w ujęciu Filipiak ucieleśniła ten paradoks. A Ty zwróciłaś uwagę, że ta książka nie spełnia wymogów dyskursu naukowego, że rekonstrukcja losu Komornickiej, jej biografia symboliczna, jest w dużej mierze projekcją. Miałaś zresztą rację. Ale dla mnie cenny był właśnie ten wymiar „projekcyjny”, więc broniłam jej za wszelką cenę, nawet za cenę pokłócenia się z Tobą… Strasznie mnie bolało, kiedy zwracałaś uwagę na metodologiczne wady tej książki. Swoją drogą, w stosunku do Filipiak czuję się trochę „młodszą siostrą”. Miała odwagę odkrywać nowe ścieżki, nawet za cenę „dziwności” i niepasowania do mainstreamu. Jestem zła, że nie doceniono jej wkładu w polską literaturę tak, jak by na to zasługiwał. I mam nadzieję, że jeszcze coś napisze…

To dzięki Tobie zainteresowałam się feminizmem. Wcześniej jakoś tam nieśmiało skłaniałam się w tę stronę, ale dopiero wtedy, kiedy napisałaś tekst o przepisywaniu baśni u Jeanette Winterson, a potem wciągnęłaś mnie do Koła Genderowego UAM, które wtedy prowadziła Agnieszka Gajewska, poczułam, że mi wolno… Chyba obie zawdzięczamy nasze pierwsze genderowe szlify prof. Ewie Kraskowskiej i Agnieszce, ale ja nawiązałam z nimi kontakt poprzez Ciebie. Wcześniej miałam obawy, feminizm i gender kojarzyły mi się ze społecznym piętnem, czymś kontrowersyjnym i mało bezpiecznym. Przetarłaś ten szlak dla mnie…

Hm. To dzięki Tobie przeczytałam Winterson. Sprawa więc się zapętla. Im pokój jest bardziej własny, tym bardziej, paradoksalnie, okazuje się wspólny. Indywiduacja następuje w relacji, za jej pośrednictwem. Trochę jak bungee, im dalej się odbijesz, z tym większą siłą wracasz.

W naszym przypadku to właśnie tak wyglądało. Mamy taki mały wspólny pokoik.

Wspólnota jest procesem, nie tożsamością. Przynależność do niej nie może być oczywista, potrzebuje ciągłych renegocjacji. Wymaga ciągłego ruchu różnicowania się jej członkiń. Oddalania się i wracania do siebie. Jeśli zaczyna się ją traktować jak postawę tożsamości, jako stan, nie proces, zaczynają się wykluczenia. Dobry wspólny pokój to taki, w którym nie wszystko jest znajome – na przykład nie zawsze wiesz, kogo w środku zastaniesz.

Indywiduacja a „samosiny topos”

MB: Nie rozumiem zachwytów nad Mistyką kobiecości Betty Friedan – to książka, która ma znaczenie historyczne, a i przy takiej optyce bywa bardzo niesprawiedliwa. Szczególnie drażni mnie sposób, w jaki przedstawione są badania Margaret Mead – ich recepcja i antyfeministyczne sfunkcjonalizowanie w dyskursie publicystycznym Ameryki lat 40.–50. całkowicie przyćmiło bardzo nowoczesny sposób pojmowania kreowania ról społecznych przez Mead, która traktowała je, na podstawie badań komparatystycznych, jako niezdeterminowane biologią skrypty kulturowe. Friedan – będąc akuszerką drugiej fali feminizmu – równocześnie okazała się nauczycielką szkodliwej praktyki zapominania o wcześniejszych dokonaniach kobiet. Absolutna amnezja opisywana przez Filipiak jest typowa nie tylko dla społeczeństwa patriarchalnego. Kolejne teorie feministyczne pojawiają się w sztucznie wytworzonej próżni. Nie wiem, czy to wyłącznie kwestia niewiedzy, tego, że pewne fakty się gubią i nie zostają zarejestrowane… Z jednej strony polskie literaturoznawstwo stara się pokazać ciągłość (lub dramatyczne zerwania wymuszone historią) refleksji i ruchów feministycznych oraz pisarstwa feministycznego (chociażby: Aneta Górnicka-Boratyńska, Anna Nasiłowska, Agata Zawiszewska, Urszula Chowaniec, Arleta Galant, Grażyna Borkowska). A z drugiej pojawia się taki „samosiny topos”: „ja sama”. Otwierające Rewindykacje (2002) Ingi Iwasiów autobiograficzne wyznania na temat powstania Kresów w twórczości Włodzimierza Odojewskiego budzą szacunek i uzasadniony podziw – feministyczna interpretacja patriarchalnej prozy stworzona na początku lat 90. bez instytucjonalnego, intelektualnego czy towarzyskiego (konferencje!) wsparcia. Z drugiej jednak strony można postawić pytanie, po co pisać książki feministyczne, jeśli nawet feministki ich nie czytają?

Tyle się mówi o solidarności ponad podziałami, siostrzeństwie, a ten mechanizm wysuwania siebie na pierwszy plan kosztem innych jakoś wciąż działa, mimo świadomych deklaracji i pewnie nawet wbrew intencjom samych kobiet.

JB: Kobiecą autonomię, także na gruncie pewnych stanowisk feministycznych, rozumie się często na sposób neoliberalny czy w stylu indywidualizmu posesywnego: „moje idee, moja własność, mój kapitał”. Pamiętam, jak czytałam, jeszcze na początku naszej przygody z feminizmem, Biegnącą z wilkami Clarissy Pinkoli Estes i jakie niedobre wrażenie zrobiło na mnie to, że na końcu książki ona zastrzega sobie prawa autorskie do swoich wersji tradycyjnych baśni. Oczywiście, kobiety powinny umieć dbać o własne interesy – tylko czego jak czego, ale baśni nie można prywatyzować! To nie zawsze jest świadome, i nie jest też wyłączną wadą feminizmu; wynika z dominującego dziś modelu podmiotowości. On odciska swój kształt na feminizmie. Tego rodzaju indywidualność zawsze kształtuje się za cenę ustawienia się ponad kimś. Bardzo mocno to odczułam, czytając wywiad z Ingą Iwasiów (Sukienka dla feministki w Gazecie Wyborczej, 2.11.2013), w którym opowiada, jak wydobyła się z alkoholizmu własnymi siłami, bez pomocy terapeuty, jak pracowała naukowo, jednocześnie wychowując dzieci, jak ten jej alkoholizm w ogóle się na tych dzieciach nie odbił itd. Oczywiście, to obiektywnie godne podziwu, ale ja w trakcie lektury cały czas miałam wrażenie, że kto terapeuty potrzebuje albo ma problemy z pogodzeniem obowiązków rodzicielskich i zawodowych, jest słaby i mięczak. Taki syndrom nadkobiety: jestem wyjątkowa, patriarchalne społeczeństwo stawia mi absurdalne wymagania, wiem, że są absurdalne, ale moja wartość polega na tym, że jestem w stanie im sprostać… A być może miarą tej wartości powinno być raczej to, że umiem korzystać z pomocy innych?

Dlatego takie drobiazgi, jak wymienianie w podziękowaniach wszystkich osób, które przyczyniły się do napisania książki, albo pamiętanie, żeby dokładnie odnotować to, co zostało powiedziane w rozmowach osobistych, niezasługujących na upamiętnienie. Nierozdzielność osobistego doświadczenia i akademickiej aktywności bardzo dobrze pokazują Zrodzone z kobiety, gdzie Adrienne Rich niejednokrotnie wykonuje dwukierunkowy ruch: od doświadczenia do teorii i od teorii do doświadczenia, który umożliwiał jej skonstruowanie wywodu, ale także zrozumienie własnej biografii. Rich (w przeciwieństwie też do monologującej Friedan, która wraz z upływem czasu, w kolejnych wydaniach nie dokonała w Mistyce kobiecości żadnych zmian) nasyciła swoją książkę wewnętrzną dialogowością, pokazując, jak zmieniały się jej poglądy i wizja własnej przeszłości.

Taka wizja humanistyki jest mi bliska, a długi zaciągane u osób „z branży” i bliskich wydają mi się tak samo ważne dla mojej pracy. Bo czy ważniejsze jest, że koleżanka z uniwersytetu podsunęła mi książkę, czy to, że mama poszła na spacer z moim dzieckiem, bym mogła ją przeczytać? To właśnie bardzo podobało mi się w Matce feministce Agnieszki Graff – że zwróciła uwagę na wkład męża w swoją pracę.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Książka jest zawsze dziełem zbiorowym. W polskiej kulturze akademickiej zapominanie o tym do niedawna było do przyjęcia. Im mniej przypisów, tym bardziej „samodzielne” dzieło. Znam zresztą ludzi, którzy wciąż myślą w ten sposób.

Lucyna Marzec w artykule o twórczym siostrzeństwie zacytowała Jadwigę Żylińską, której słowa: „Los drugiej siostry jest moim losem nieprzeżytym” były dla mnie bardzo wzruszającym olśnieniem. Mam wrażenie, jakbyś żyła takim życiem, jakie ja sobie wcześniej zaplanowałam. Czytanie, pisanie, konferencje, dyskusje, publikacje. Własny pokój. Obecnie natomiast przysiadając, doczytując i dopisując, czuję się nie tyle jak mistrzyni opowiadań, ile jak scenarzystka Mody na sukces – piszę i piszę, i nie mogę skończyć rozpoczętych tekstów…

Bo masz malutkie dziecko? Dziecko i pracę, i tę absurdalną konieczność „godzenia obowiązków” opiekuńczych i zawodowych. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak Ty sobie dajesz z tym wszystkim radę. Ja bym zwariowała. Pies to już straszna odpowiedzialność… Bycie naukowczynią i matką to jakby dwa losy w jednym, ja bym ich nie pomieściła w swoim życiu.

Wykluczenia

MB: Wykluczenia w feminizmie? Niestety zostałam bardzo dobrze, dziewczynkowato zsocjalizowana i pierwsza odpowiedź, jaka mi się nasuwa, brzmi: „Ależ skąd! Nie ja! Ja wszystkich lubię (bo chcę być lubiana)”. Głos uczciwości każe mi jednak przyznać, że nie czuję siostrzeństwa z grającymi w pojedynkę, z prymuskami, które zawsze „pierwsze”, „same”, „najlepiej”… Irytują mnie amnezja, elitaryzm i brak solidarności, jak u Friedan. Nie czuję też siostrzeństwa z tymi, które (którzy) mówią, że wszystkie dziewczyny marzą o zamążpójściu, macierzyństwie i pralko-suszarko-lodówce z funkcją grilla. Choć to już wykluczenia feminizmu (mojego prywatnego), a nie w feminizmie.

JB: A ja wykluczam i się tego nie wypieram. Feminizm liberalny, indywidualistyczny, wszystkie te rzekomo inkluzyjne stanowiska w stylu „w feminizmie chodzi o to, żeby kobieta miała wybór” i „wszystko, co wybiera kobieta, jest feministyczne, bo ona to wybiera”. Dlatego że one pomijają wszystkie te czynniki, które kształtują nasze wybory. Tak jakby naprawdę był wybór między, przytoczmy ten nieszczęsny przykład, goleniem nóg a niegoleniem… to banał, z tymi wykluczeniami. Taka zadekretowana z góry inkluzyjność na ogół oznacza tylko istnienie niejawnych czy wręcz nieuświadamianych wykluczeń. Uczciwiej jest chyba wykluczać i wiedzieć, że się to robi.

Feminizm liberalny koncentruje się na rozwoju kobiety jako jednostki, w oderwaniu od struktur, które ją wytworzyły. Nie chodzi o „nas wszystkie”, tylko „każdą z nas”. I zawsze jest w tym zawarty przekaz skierowany do pojedynczej kobiety: jeśli nie jesteś zadowolona, postaraj się bardziej. Winną sytuacji, w której się znajduje, jest sama kobieta. Nie wierzę w opowieści o książętach ratujących dziewice z paszczy smoka czy wysokiej wieży, równie mało przekonująca wydaje mi się jednak i liberalna opowieść o baronie Műnchausenie, który ratuje sam siebie.

Znów: tu nie chodzi o przeciwstawianie indywidualizmu kolektywizmowi, ale o konieczność dostrzegania systemowych mechanizmów, które wytwarzają mnie jako jednostkę i nas jako zbiorowość, podmiot wspólnego działania.

Obecnie jednak doświadczenia i problemy egzystencjalne pozostają w dużej mierze sprawą osobistą – także w wymiarze społecznym. Możemy mówić, że kobiety spotykają się z dyskryminacją z racji swej płci niezależnie od macierzyństwa/bezdzietności, bycia/niebycia w związku, pracy/jej braku, ale w praktyce albo masz z kim zostawić dziecko, albo nie, masz ubezpieczenie albo nie – i wobec tych konkretnych problemów niestety bardzo często idea siostrzeństwa nie pomaga. Dlatego trzeba doceniać praktyczne przejawy siostrzeństwa (nawet jeśli to słowo ich nie definiowało) – np. akcję Matek Pierwszego Kwartału (w zasadzie rodziców dzieci urodzonych przed 17 marca 2013 roku, których według pierwotnego projektu nie obejmował roczny płatny urlop rodzicielski; ustawa z 28 maja 2013 roku zagwarantowała prawo do niego rodzicom wszystkich dzieci urodzonych w 2013) – bo pokazują, że problemy konkretne mogą okazać się rozwiązywalne, jeśli kobiety jako grupa zaczną działać i dostrzegać podobieństwo problemów, z jakimi się mierzą.
To bardzo trudny dla mnie temat i sprawa. Czuję opór przed powierzeniem syna obcej osobie. Troska o dobrostan fizyczny to nie wszystko, czego oczekuję od opiekunki. Ale kupowanie emocji jest przerażające. Pojawiają się tu wszystkie paradoksy związane z feministycznym usytuowaniem. Wiem, jak to wygląda: zatrudnianie innej kobiety, żeby wykonywała za mnie te tradycyjnie „kobiece” prace. Kwestie ekonomiczne: to praca niewymagająca kwalifikacji, bardzo często wykonywana na czarno, a więc najniżej płatna. Ale to jest cena za moje własne przetrwanie jako jednocześnie naukowczyni i matki. W pewnym sensie to jest sytuacja „albo ja, albo one”. Jedyną alternatywą byłaby pomoc rodziny, ale w sytuacji, gdy wszyscy jej członkowie są aktywni zawodowo, nie wchodzi to w grę.

W ujęciu liberalnym wiele rzeczy pozostaje wtedy kompletnie niewidzialnych. Na przykład uwarunkowania klasowe i kwestia pracy opiekuńczej. Nie można po prostu powiedzieć, że kobiety mają różne dochody czy pochodzenie – bo tu nie chodzi o różnice, tylko o dystrybucję władzy. Praca opiekuńcza jest kluczowa jako kategoria zdająca sprawę zarówno z uniwersalności patriarchalnej nierówności, z jej materialnego i zarazem kulturowego wymiaru, jak i z istniejących na poziomie empirycznym zróżnicowań – wszystkie kobiety są nią obciążone, część z nich, tych lepiej sytuowanych, wykupuje się, cedując ten obowiązek na kobiety z klas niższych. Jeśli nie widzimy tego mechanizmu, to zaczynamy albo postrzegać tę nierówną relację jako kontrakt między równymi (a to fikcja), albo potępiać jako wyzyskiwaczki te kobiety, które kupują pracę opiekuńczą innych kobiet.
Swoją drogą zabawne – to wszystko to dla mnie całkowicie teoretyczna kwestia. Zajmuję się zawodowo zagadnieniem pracy opiekuńczej, ale nigdy nie stanęłam przed koniecznością jej wykonywania w większym wymiarze. Ani przed koniecznością scedowania jej na kogoś innego. Ani wybierania: dzień spędzony z dzieckiem czy artykuł? To nie są łatwe wybory. A ja mam to szczęście, że nigdy nie musiałam ich dokonywać.

Wspólne pokoje czy żeńskie kluby?

JB: Dyskusja wokół Matki feministki Agnieszki Graff wydaje mi się szczególnie ważna – nie tyle ze względu na jej tematyzowany explicite przedmiot, czyli macierzyństwo, ile za względu na to, że uwidoczniła, dla mnie przynajmniej, kwestię hegemonii w feminizmie. Ciekawe, że ta dyskusja przybrała, przynajmniej na początku, postać sporu między matkami i nie-matkami: tak jakby logika dyskursu medialnego potrzebowała takiej polaryzacji. Na Macierzyzm Anny Zawadzkiej na lewica.pl odpowiedziała w Bez Dogmatu Katarzyna Szumlewicz tekstem Feminizm nie dla matek?. Sama Graff i Magdalena Środa w dyskusji w siedzibie Agory 27 maja 2014 roku w dużym stopniu wpasowały się w ten dychotomiczny schemat. Pojawił się nawet pomysł koszulek z napisami: „Team Graff” i „Team Środa”. Śledziłam tę dyskusję i bardzo się nią emocjonowałam, ale nie dlatego, że jestem „za matkami” albo „przeciw matkom”. Dla mnie trudne do zaakceptowania było, i nadal jest, coś zupełnie innego: kiedy Graff twierdzi, że w polskim feminizmie nie pojawiał się dotąd temat macierzyństwa, to – niezależnie od wszystkich sprostowań – ta ewidentnie fałszywa wypowiedź stworzy pewien fakt. Najpierw medialny, a potem, obawiam się, także historyczny. To jest właśnie ta amnezja, o której mówisz. Nieważne, że wcześniej były badania Elżbiety Korolczuk, działalność Fundacji MaMa, badania Think Tanku Feministycznego… Agnieszka Graff oczywiście oddaje im sprawiedliwość w swojej książce, ale zarazem jakby usuwa w cień, bo to Matka feministka jest wydarzeniem medialnym, nie te wcześniejsze badania czy teksty.

 

 
 

 

 
 

MB: …i książki Anny Nasiłowskiej, jeszcze w latach 90.: Domino, a później Księga początku (2002), Czteroletnia filozofka (2004) – tak naprawdę już na samym początku temat macierzyństwa zaznaczył się bardzo mocno.
Dla mnie książka Graff problematyczna jest z innego jeszcze powodu – uniwersalizacji macierzyństwa klasy średniej. Nie łudźmy się – pełnoetatowa opieka matki nad dzieckiem, której dwuznaczny status w środowisku feministycznym ilustruje Graff cytatami otwierającymi książkę, jest rzadkim luksusem. Urlop wychowawczy (bezpłatny), który ją umożliwia, bywa wymuszany przez pracodawców, a dla innych pozostaje nieziszczalnym marzeniem – nie można przecież zapomnieć o jego wymiarze ekonomicznym. Nie każdy może sobie pozwolić na bywanie w miejscach takich jak „Hula-kula” i równoczesną rezygnację z pensji (nie mówiąc już o tych matkach, dla których jest to jedyne źródło utrzymania). Przemilczanie ekonomicznych oraz klasowych uwarunkowań macierzyństwa (i rodzicielstwa) jest dla mnie największym problemem w Matce feministce.

Ale ponieważ Agnieszka Graff zajmuje pozycję hegemoniczną, fakt istnienia tych tekstów będzie mniej widoczny. A z czasem może w ogóle zniknie. Tego mi najbardziej brakuje w feminizmie – wrażliwości na mechanizmy wytwarzania się hegemonii i prób przeciwdziałania im. Chociaż to jest problem wszystkich ruchów społecznych, feminizm nie jest wyjątkiem. Ta debata pokazuje szczególnie wyraźnie, jak puste są wszystkie teoretyczne rozważania o różnorodności wewnątrz ruchu i konieczności walki z wykluczeniami: o tym, czy (i jak) dane stanowisko będzie dyskutowane, decyduje przynależność do konkretnego środowiska oraz dostęp do mediów głównego nurtu.

Wiele małych pokoików, tworzących się dzięki symbolicznemu macierzyństwu; mistrzynie i uczennice, sukcesja – także na uniwersytecie. Ma to ogromne zalety, powstają bowiem przestrzenie bezpieczne i inspirujące dla wymiany myśli, pracy tak własnej, jak i zespołowych badań, łączących badaczy, badaczki reprezentujących różne pokolenia, metodologie. Ma też jednak swoje (w znacznej mierze instytucjonalne) ograniczenia: nie do każdego pokoju łatwo się dostać. Niektóre pokoje (jak 217, czyli Pracownia Krytyki Feministycznej UAM w Collegium Maius) chętnie witają przybyszów, inne nie. Pewne typy wypowiedzi – w przypadku Graff akurat dyskurs publicystyczny – są uprzywilejowane. Lepiej słyszalne, bardziej zrozumiałe.

Nasuwa się pesymistyczny wniosek, że nie ma wspólnego pokoju, są tylko różne żeńskie kluby, takie, jakie wymarzyła sobie Naomi Wolf w Fire with Fire. Ja do paru należę albo przynajmniej jestem gdzieś na obrzeżu. Ale wiem, że to w dużej mierze kwestia szczęścia, znalezienia się we właściwym czasie we właściwym miejscu, a nie jakichś szczególnych zasług. W sumie to dość smutna wizja, byłoby dość przygnębiające myśleć, że feminizm stać tylko na to: tworzenie kobiecych klubów ze wstępem na hasło, kobiecych grup hegemonicznych… Pozwalamy sobą manipulować, pozwalamy, żeby podziały pojawiały się w konsekwencji tego, kto jest z Warszawy, a kto nie, z kim będą się kontaktować „Wysokie Obcasy”, kto jest „przeciwko macierzyństwu”, a kto za… Różnice światopoglądowe między feministkami są realne, ale oprócz nich pojawiają się absurdalne antagonizmy związane z funkcjonowaniem w obiegu medialnym albo środowiskową elitarnością.

Może najlepszy byłby system pokoi przechodnich. Bez hasła wstępu, niewytwarzających stałych afiliacji, a więc o zmieniających się bywalcach/bywalczyniach, którzy/które uczestnicząc w życiu wielu, są w stanie dostrzec, że choć w każdym dzieje się coś innego, są to działania wartościowe – ale też ograniczone różnymi specyficznymi uwarunkowaniami. Brak zasiedzenia mógłby być poza tym pomocny w zachowaniu podejrzliwości wobec mechanizmów konstytuujących „środowisko” i sprzyjających wykluczeniom, także tym miękkim.

My możemy szybko konfrontować nasze różnice. I nauczyłyśmy się, przez te wszystkie lata, jak to robić. Chociaż nie było to łatwe, i dalej nie jest.

Same należymy (mniej lub bardziej formalnie) do kilku różnych pokoi – i wiemy, co się dzieje w innych, dzięki swojemu nawzajem pośrednictwu.

Ruch myśli, konieczność ciągłego sprawdzania prawomocności własnych stanowisk – to właśnie nieoceniony zysk z równoczesnego posiadania wspólnego i własnych pokojów. Jeśli jednak myśleć o wspólnym pokoju szerzej, to jest nim dla nas także feminizm – w jego wymiarze naukowym, publicystycznym, artystycznym, tworzony w dużych i małych ośrodkach. Wiadomości o ciekawych przedsięwzięciach, sukcesach, kolejnych wydanych książkach czy zorganizowanych wystawach oraz dyskusjach dają i nam radość, poczucie mocy sprawczej, nawet jeśli nie uczestniczymy w nich bezpośrednio. Ale z drugiej strony spory feministyczne, których jesteśmy zazwyczaj tylko obserwatorkami, wywołują nie mniej żywy ból. Idea wspólnoty (nawet jeśli tylko imaginacyjnej) załamuje się, a na jej miejsce pojawiają się pytania, czy rzeczywiście ma ona jakiekolwiek podstawy, czy może jest wyłącznie pięknym drugofalowym marzeniem. Jest to bardzo często jedyny moment, kiedy ten wspólny pokój staje się zauważalny, czy może atrakcyjny, z zewnętrznej perspektywy. I właśnie moment wewnętrznej sprzeczności, rozdarcia zostaje wychwycony i utrwalony, a nie rodzące się z niego później trudniejsze i pewnie mniej medialne wspólne inicjatywy.

Joanna Bednarek, Magdalena Bednarek

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!