Lockdown w portfelu pisarzy

Wszystkie przedstawione niżej obserwacje zebrałam w czasie prac w dwóch komisjach – w powołanej przez Unię Literacką komisji zapomogowej dysponującej środkami ze zrzutki publicznej oraz w powołanej przez Fundację Wisławy Szymborskiej komisji do wydatkowania środków w ramach akcji „Wszelki wypadek – Fundacja Wisławy Szymborskiej ludziom pióra” – a także w czasie rozmów z przedstawicielami różnych środowisk twórczych.

Punkt widzenia komisji zapomogowej zakłada przesunięcie perspektywy na osoby, które poniosły największe straty, a zatem wprowadza nutę dość dramatyczną. Jednocześnie nie chcę rościć sobie prawa do wysuwania uwag o charakterze ostatecznym, bo pomimo zluzowania obostrzeń i częściowego otwarcia różnych instytucji życie literackie nie powróciło do stanu sprzed pandemii. Miejmy też nadzieję, że do niego nie powróci, bo właśnie pandemia pokazała, w jakich patologicznych układach tkwiliśmy – uzależnieni od programów promocji czytelnictwa, skazani na współpracę z instytucjami rozliczanymi przede wszystkim ze wskaźników frekwencyjnych, spychani na margines życia społecznego.

Choć pisarze to podobno najbardziej uprzywilejowana grupa zawodowa, która ma „dziwne” roszczenia – np. opłacanie przez państwo składek ZUS i ochronę własności intelektualnej – jak mówią o pisarzach najtwardsi zwolennicy mocnego kapitalizmu, to jednocześnie jest to grupa o najwątlejszych dochodach, całkowicie zależna od kondycji życia kulturalnego i społecznego, zdominowana przez osoby wypracowujące swój miesięczny dochód (w większości wypadków) dzięki hybrydowemu połączeniu nisko opłacanego etatu i zleceń. Pandemia zabrała wszystkie zlecenia. Najbardziej miękko wylądowali ci, którzy mieli albo najsilniej zdywersyfikowane źródła przychodów, albo niewielkie koszty życia, albo też mogli utrzymać się dzięki niezmniejszonym pensjom. Niezależnie od sytuacji finansowej, wszyscy mieli problem ze środkami na życie: najstarszych, zależnych od rent i emerytur, dotknęło wtrzymanie na kilka tygodni komisji ZUS-owskich przyznających i przedłużających te świadczenia. Pisarze średniego pokolenia nie dość, że utracili część swoich dochodów, to jeszcze musieli wesprzeć swoje dorosłe, studiujące dzieci – bo studenci musieli płacić za najem mieszkań, z których często nie korzystali. Młodsi, z małymi dziećmi – nagle zamienili się w pedagogów, plastyków i animatorów życia domowego, prowadzących 24-godzinne domowe przedszkole. A najmłodszych, przyjmowanych często do różnych instytucji i przedsiębiorstw na zlecenia, wyrzucano z pracy w pierwszej kolejności, wychodząc z założenia, że mogą wrócić do domów rodzinnych. W wielu miastach wydano nakaz wygaszania i nieprzedłużania umów czasowych, a zatem często umów z osobami niedawno zatrudnionymi, młodymi, pozbawionymi doświadczenia zawodowego, zahaczonymi w pierwszej pracy. Przedstawiciele wszystkich tych pokoleń zwracali się – i zwracają – o wsparcie zapomogowe, niezależnie od tego, czy mają niskie PESEL-e i dorabiają do emerytury pisaniem, czy mają wysokie PESEL-e i właśnie stracili zlecenia na polu literackim, na którym stawiają kroki od niedawna.

Pandemia oraz stosunek do niej polskiej administracji państwowej pokazały, jak łatwo całą tę grupę pozbawić źródeł dochodu, bo w ciągu zaledwie tygodnia runął cały, budowany latami i oddolnie, dzięki własnemu sprytowi (a najczęściej jego brakowi) system zarabiania pisarzy na życie. Choć zatrzymanie życia literackiego okazało się tylko częściowe i chwilowe, to prawdopodobnie pociągnie ono za sobą trwałe zmiany – dojdzie do zwiększenia i tak już ogromnego zróżnicowania finansowego w obrębie pisarskiej grupy zawodowej. Skutki lockdown-u  najmniej odczuje ta niewielka część twórców, która i tak była w stanie utrzymać się wyłącznie z pisania. Jej dochody się zmniejszyły, ale w stosunkowo niewielkim stopniu, choć właściwy cios dopiero co przyszedł – rozliczenia wydawnicze mają miejsce z reguły dwa razy do roku – w czerwcu i pod koniec grudnia. Od niedawna zatem dopiero autorzy wiedzą, jak spadły ich zarobki ze sprzedaży książek w czasie pandemii. Jak się jednak Państwo na pewno łatwo domyślają, nikt nie chciał wyjawić mi, ani jakie to kwoty, ani o ile spadły one w stosunku do rozliczeń sprzed pandemii. Rozwarstwienie natomiast powiększa się, ponieważ część gazet i czasopism, tradycyjnie zamawiających wiele materiałów u autorów zewnętrznych, zamroziła współpracę i – tak jak tytuły Agory, „Elle” czy „Vogue” – płaci wyłącznie swoim pracownikom etatowym. Spadły dochody pisarzy publikujących w pismach kolorowych, ekskluzywnych i drukowanych, nastawionych na sprzedaż egzemplarzy papierowych, pozbawionych rozbudowanych stron internetowych, na które można byłoby przerzucić cały kontent. Na tej samej zasadzie swoim autorom obcięły honoraria pisma branżowe czy edukacyjne – czerpiące większość dochodów z organizowania szkoleń, warsztatów, kongresów itp. Oprócz tego czasopisma również odwoływały spotkania pisarzy z czytelnikami. To jednak i tak w dalszym ciągu elita, ponieważ większość piszących nie prowadzi swoich stałych rubryk w jakiejkolwiek gazecie czy portalu, za to stara się utrzymać z jednorazowych honorariów za spotkania, a gros ich pracy stanowi rozsyłanie zaproszeń i propozycji współpracy do rozsianych po Polsce bibliotek lub domów kultury, jurorowanie w konkursach na mniejsze i większe formy literackie czy prowadzenie warsztatów dla dzieci i młodzieży. W tym zawodzie niewielu stać na zatrudnienie asystentki/asystenta, którzy pomogą w pozyskaniu takich zleceń.

Pandemiczna zmiana wymagała od twórców podwójnego rodzaju odporności i zmyślności: nie tylko musieli utrzymać dyscyplinę pracy intelektualnej w warunkach wybitnie niesprzyjających, ale przede wszystkim szukać nowych sposobów zarobkowania na tym kurczącym się coraz bardziej rynku. Na jeszcze większą skalę wszyscy zaczęli posługiwać się (i tak im dobrze znanym) gatunkiem: mailem z propozycją tekstu lub innej współpracy.

Tymczasem zamknięcie bibliotek, domów kultury, księgarń i kawiarni, odwołanie festiwali czy tras promocyjnych nowych tytułów pociągnęło również za sobą odwołanie większości spotkań autorskich. Część twórców dość szybko stanęła na nogi, przenosząc swoje spotkania do sieci – choć było to właściwie grono wyselekcjonowane i dość elitarne, posiadające sprzęt komputerowy umożliwiający udział w takich spotkaniach, szybkie łącze internetowe, a przede wszystkim nazwisko, które przyciągało odbiorców i instytucje kultury prowadzące działalność on-line.

Jednak ten transfer części życia literackiego do sieci spowodował, że radykalnie spadły stawki za udział w spotkaniach. Jak przyznaje Filip Springer, obniżyły się one średnio o 30%, a czasem nawet o 50%. Jednocześnie wielu twórców stwierdza, że otrzymało propozycję udziału w spotkaniach za darmo. Sylwia Chutnik powiedziała mi, że organizatorzy proponujący jej bezpłatną pracę argumentowali, że autor/autorka może brać udział w spotkaniu z domu, w kapciach, nie ruszając się od komputera.

Większość pisarzy, z którymi rozmawiałam, to twórcy i twórczynie należący do głównego nurtu, utrzymujący się z honorariów autorskich, publikujący w dużych wydawnictwach. Tymczasem poniżej tego nurtu znajduje się wielka grupa autorów, żyjących wyłącznie dzięki warsztatom, kursom i właśnie spotkaniom organizowanym w domach kultury i bibliotekach, sprzedających w czasie spotkań książki wydane własnym sumptem. Są to bardzo często pisarze i pisarki lokalni, nieznani szerzej na rynku, utrzymujący się ze spotkań w sanatoriach, zaprzyjaźnionych pensjonatach i bibliotekach miejskich, dla których niewielkie honorarium autorskie łączy się z większym dochodem ze sprzedaży książek w czasie ich prezentacji. Im nikt nie zaproponował udziału w spotkaniach online, żadna internetowa księgarnia nie zaczęła dystrybuować ich książek. To właśnie ci autorzy ponieśli największe straty, nierzadko zaciągali pożyczki, żeby móc przeżyć. Zapomogi, które otrzymali w czasie pandemii, mogły tylko częściowo zmniejszyć ten dług. To oni – ci szerzej nieznani twórcy – zostali na końcu wyścigu, daleko za peletonem występującym zazwyczaj w social mediach. Oni także – z racji niewielkiego udziału w życiu literackim – czerpali dochód tylko z jednego źródła, zlikwidowanego przez pandemię. I to ich kosztem właśnie będzie pogłębiać się rozwarstwienie w obrębie grupy zawodowej.

Ci pisarze, którym udało się wcześniej odnieść sukces, byli w stanie zarobkować na rozmaitych polach: sprzedaż książek i rozliczenia wydawnicze stanowiły jedno źródło ich dochodów, inne zaś wiązały się ze spotkaniami autorskimi, ale też ze współpracą z teatrami czy radiem, felietonami dla mediów, opracowaniem kursów i warsztatów, nagrywaniem podcastów czy wideo. Kto miał więcej źródeł dochodów, choćby niewielkich, obrywał zasadniczo słabiej w czasie kompletnego lockdown-u niż ci twórcy i twórczynie, którzy byli uzależnieni od jednego tylko sposobu zarobkowania.

Podobny los spotkał tłumaczy – nie tylko błyskawicznie obniżono im i tak skandalicznie niskie stawki, ale też zwykła praca translatologiczna stała się trudniejsza. Słabo zdigitalizowane bazy biblioteczne sprawiły, że informacji do przypisów można było poszukiwać tylko dzięki znajomym oraz ich znajomym – poprzez media społecznościowe czy fora tłumaczy. Kompletnemu rozchwianiu uległy kalendarze i harmonogramy pracy: jak mówi Justyna Czechowska, prezeska Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury i tłumaczka ze szwedzkiego, większość wydawców przesunęła publikację książek tłumaczonych z wiosny na jesień, część z nich jednak zamroziła honoraria tłumaczy, uzależniając je od wydania książek. Rozsypujący się kalendarz wydawniczy budzi także jeszcze jeden lęk: być może zmniejszy się w ogóle ilość wydanych książek, wydawcy zrezygnują z części tytułów, co oznacza, że dla tłumaczy będzie w tym i kolejnym roku dużo mniej pracy.

Pandemia spowodowała, że – choć środowisko zawodowe pisarzy okazało się dość solidarne i w miarę szybko uruchomiło kilka programów zapomogowych z komisjami oceniającymi wnioski – wszyscy stracili albo dochody, albo w ogóle możliwość pisania. Zamknięcie bibliotek oznacza przecież nie tylko brak spotkań autorskich, ale też likwidację miejsc, w których można było poszukiwać materiałów albo po prostu pisać – bo przecież nie dla wszystkich praca z domu/w domu jest możliwa.

Wydarzenia literackie, nawet jeśli odbędą się w tym roku, to raczej na mniejszą skalę, co oznacza mniej zaproszonych gości i niższe honoraria. Jak wskazuje Rafał Gawin, winę za to ponoszą z reguły miasta, które zmniejszyły lub całkowicie zamroziły wydatki na kulturę – tak było na przykład w Łodzi, gdzie urząd miasta wycofał dofinansowanie do wkładów własnych instytucji kultury w ramach dotacji ministerialnych. Sylwia Chutnik dodaje, że wydarzenia festiwalowe przybierają dziwną hybrydalną formę: łączą w jedno spotkanie autorskie i spotkanie online (gdy na przykład publiczność zgromadzona w jednym miejscu łączy się z autorką lub autorem za granicą). Pod znakiem zapytania stoją także na razie festiwale planowane na przyszły rok. A Instytut Książki sugeruje bibliotekom, by organizując spotkania autorskie, zachowywały sobie prawo do przerzucenia ich do internetu, co ma stanowić jakąś próbę zabezpieczenia przed drugą falą wirusa jesienią.

Ucierpieli jednak nie tylko autorzy prozy wysokoartystycznej, ale także gatunkowej, a pandemia najmocniej uderzyła w tych, którzy opublikowali swoje książki w marcu: uniemożliwiła im promocję nowego tytułu, co nie tylko zmniejszyło honoraria autorskie, ale też przełożyło się na niewielką sprzedaż, a tym samym na brak spodziewanych honorariów z wydawnictwa. Jak mówi Karolina Macios, której Czarne morze wydała „Wielka Litera” – zaplanowana na szeroką skalę akcja promocyjna, obejmująca media społecznościowe, wywiady do radia i prasy, wzmianki w magazynach tzw. „kobiecych”, ograniczyła się ostatecznie do Instagrama. Media bardziej tradycyjne odmawiały wspominania o tym thrillerze, „ponieważ możemy mówić teraz tylko o wirusie”.

Swoją drogą, media społecznościowe, które często okazywały się ratunkiem dla osób poszukujących książek czy cytatów, stały się też pułapką. Bo nie wypada na Facebooku (a już na pewno nie wolno na Instagramie) wspominać o stanach depresyjnych, przygnębieniu, rodzinnych awanturach wynikających z przebywania na ograniczonej powierzchni, furii spowodowanej koniecznością przejęcia obowiązków edukacyjnych, kryzysach finansowych i kończących się pożyczanych pieniądzach. Przez pewien czas funkcjonowaliśmy w dwóch rzeczywistościach: tej prawdziwej, przygnębiającej i z lękiem spoglądającej na stan konta, oraz wirtualnej, w której z ironią komentowaliśmy zakaz wchodzenia do lasu, seks uprawiany przez sąsiadów w południe albo ziemię zaścieloną porzuconymi rękawiczkami przed sklepem spożywczym. Przemilczanie fatalnego stanu ekonomicznego przełożyło się zatem na kolejny poziom rozbicia i rozwarstwienia środowiskowego: ludzie nie tylko tracili środki do życia, ale też czuli się tym zawstydzeni (jakby utrata pracy w czasie pandemii była dowodem na ich niewydolność i brak sprytu), więc temat nie trafił właściwie do szerszej debaty ani publicznej, ani choćby środowiskowej.

Tych kilka miesięcy spędzonych w odmiennych warunkach to jednak dopiero wstęp, próba przed tym, co nastąpi i potrwa pewnie przez kilka lat. Jak uzbrajają się pisarze? Zmieniają swój tryb pracy: Urszula Jabłońska zaczyna dzielić rok na okresy przygotowań do wyjazdów, czyli czytania, pisania, zbierania materiałów, przeszukiwania zbiorów wirtualnych, oraz czas wyjazdów – dużo krótszy, organizowany w gruncie rzeczy na poczekaniu, gdy tylko otworzą się granice. Filip Springer przyznaje, że więcej podróżuje samochodem, starając się w czasie rodzinnych wyjazdów organizować także spotkania z bohaterami do swoich reportaży. Adam Robiński dodaje do tego pandemicznego kalendarza reporterskiego jeszcze jedną trudność – ponieważ pisze o przyrodzie, może wyjeżdżać tylko o określonych porach roku – nie da się nadrobić wyjazdu wiosennego jesienią i trzeba czekać na kolejny okres kwitnienia. A wszyscy ci, którzy chcą rozmawiać z ludźmi w realnej przestrzeni, muszą zaś czekać, aż opadnie lęk przed spotkaniami z obcymi, przed otwieraniem drzwi dla innych, którzy mogą przynieść ze sobą coś więcej niż nowy punkt widzenia.

Będziemy musieli dogadać się z naszymi rodzinami – to znaczy albo wywalczyć sobie przestrzeń do pracy kosztem pracy partnera/partnerki, przejmującego na pewien czas całkowitą opiekę nad dziećmi, albo też oddać dzieci pod opiekę instytucji (choć jeszcze wcale nie jest pewne, czy szkoły otworzą się we wrześniu). Jakie są tego konsekwencje? Otóż będziemy płacić za pracę intelektualną wykonywaną w domu komfortem psychicznym: już kilka razy usłyszałam od pisarek i działaczek kulturalnych, że czują się złymi matkami, ponieważ oddały dzieci na półkolonie lub wysłały je na obozy – żeby móc napisać cokolwiek. Będziemy pracować mniej, bo będziemy współdzielić opiekę nad dziećmi w ciągu dnia, ale pracę tę będziemy wykonywać przez większą część doby – z porankami rozpoczynanymi koło 5 rano, kiedy wszyscy jeszcze śpią, z przedłużanymi wieczorami z komputerem na kolanach o 23. I będziemy kupować do naszej ciągle słabo opłacanej pracy coraz droższy sprzęt komputerowy, ponieważ wizja kształcenia szkolnego prowadzonego w domu sprawia, że ceny laptopów nie spadły na początku wakacji, jak to się wcześniej zdarzało.

Patrząc na kulturę z perspektywy domowej jaskini, dostrzec można kilka problemów. Po pierwsze, inflację wydarzeń kulturalnych w internecie oraz niewielką zmianę frekwencyjną – bo choć spotkania autorskie mają więcej odsłon, to przecież kultura wcale nie stała się bardziej dostępna i egalitarna. Korzystają z niej ci, którzy mają dostęp do komputera, szybkiego łącza i wolny czas o godz. 19 – a zatem grupa dość jednak zawężona.

Po drugie, obecność kultury w sieci – jak ma wyglądać? Czy jej nowe życie wirtualne nie powinno odbywać się na innych prawach? Czy może dostęp do niej będzie płatny? Na zasadzie kupowania biletu na przedstawienia teatralne, wystawy, spotkania autorskie? Czy dalej będziemy żyć z dotacji i produkować wydarzenia tak, by wskaźniki frekwencji (a zatem wyświetlenia, odsłony itp.) były jak najwyższe? Może ten ruch da nam szansę na zmierzenie się z problemem, który każdy na razie omija, bo wydaje się nadzwyczaj śmierdzący – kto powinien płacić za dostęp do kultury: państwo czy jego obywatele? Czy ta zmiana w kulturze jest tylko przesunięciem techniczno-technologicznym, czy też wielkim ruchem jakiejś płyty tektonicznej, na której chwieje się cała konstrukcja. Czy nie powinniśmy wykorzystać tej zmiany do tego, by pisanie nie było tylko czynnością uprawianą z doskoku, po zakończeniu pracy etatowej w innej branży, albo na z trudem wywalczonym stypendium? Czy nie powinna ona być, jak zauważa Szczepan Kopyt, okazją do zmiany myślenia o rentowności kultury. Ale też nie należy przenosić na nią hierarchii sprzedażowych i ekonomicznych, które mówią, że dobrzy pisarze poradzili sobie w czasie pandemii, a ucierpieli ci mniej udani, zdolni, obrotni i nie należy im się z tego powodu żadna pomoc.

No i wreszcie trzeci problem – na razie bardzo odległy – co z kulturą po pandemii? To, póki co, melodia przyszłości, ale trzeba będzie kiedyś przekonać publiczność, by wróciła na spotkania, wyszła z domów. Bo na razie uczymy ją, jak mówi Rafał Gawin, że kultura dostępna jest w smarfonie.

 

 

Paulina Małochleb

Krytyczka, badaczka literatury i blogerka. Sekretarz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Autorka książki Przepisywanie historii. Powstanie styczniowe w powieści polskiej w perspektywie pamięci kulturowej. Publikuje w czasopismach papierowych i internetowych. Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów i Stypendium Młoda Polska.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!